Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imprezy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imprezy. Pokaż wszystkie posty

lutego 28, 2025

...dla dzieci

Wśród wielu kreatorów kultury (i nie tylko) pokutuje fałszywe stwierdzenie, że produkt dla dzieci musi być równie dobry, jak dla dorosłych, tylko że lepszy. Ale to jest niestety tylko teoria. Utopijne pragnienie, które bardzo rzadko bywa zrealizowane. Tymczasem rzeczywistość wielokrotnie pokazuje, że jest wręcz odwrotnie :( Natomiast powyższą tezę można uznać jedynie ze pusty zwrot, który nie posiada żadnego odniesienia do realnych sytuacji. Wytrych, który skrywa prawdziwy stosunek autora do realizacji dzieła dla najmłodszych odbiorców. Podobna hipokryzja funkcjonuje w świadomości twórców już od tak dawna, że stała się niemal standardem :( Naturalnie, nie oznajmia się tego faktu głośno. Bo i po co. Nikogo taka wiedza by nie uszczęśliwiła... Zdarzają się oczywiście prace spełniające wyższe kryteria jakości. Lecz są one nieliczne i stanowią raczej wyjątek od reguły... Z drugiej strony. Czy dzieci rzeczywiście mają tak wygórowane wymagania? Z doświadczenia wiem, że radość może im sprawić nawet byle co ;)

Od początku byłem przeciwnikiem konkursu dziecięcego organizowanego podczas łódzkiego konwentu komiksowego. Z wielu powodów. Pierwszym i niewątpliwie najważniejszym było utrwalanie w świadomości społeczeństwa tezy, że komiks jest produktem wyłącznie dla dzieci. Co oczywiście jest ewidentną bzdurą. Literatura obrazkowa w naszym kraju (ale również w całych „demoludach”) przez „mroczne lata” miała ogromny problem, aby wydostać się z tej „szuflady kultury”. Za komuny twórczość dla najmłodszych była łagodniej traktowana przez cenzurę. A w zasadzie, jako jedyna „bezpieczna” dopuszczana do rozpowszechniania. Nie przypominam sobie żadnych, publikowanych w tamtym czasie (w oficjalnym obiegu), nowel graficznych dla dojrzałego czytelnika. Wyjątek stanowiły krótkie historie prezentowane czasami w pismach satyrycznych (jak np. „Wesoły sanitariusz” Mleczki w Szpilkach). W epoce realnego socjalizmu komiks dla dorosłych praktycznie nie istniał :( Dopiero przemiany ustrojowe oraz właśnie konkursy konwentowe dały szansę, aby odmienić tą nienaturalną sytuację. Dlatego zawsze uważałem, że łódzki event powinien rozwijać dziedzinę zaniedbaną przez lata, miast trwonić siły i środki na promocję gatunku wśród odbiorców, którzy od dawna go znali.

Kiepskie przygotowanie tego punktu programu imprezy również nie sprzyjało inicjatywie. Co prawda dzieci uwielbiają „mazać” o wszystkich, pasjonujących je tematach. To przecież jedna z form aktywności maluchów od przedszkola (a nawet wcześniej). Jest ona doceniana zarówno przez wychowawców, jak i rodziców :) Jednak sztuka narracyjna nie jest prostackim bazgraniem na kartkach papieru. Wymaga od autora pewnej znajomości tematu oraz języka wypowiedzi wizualnej. Oba zagadnienia przeważnie są obce szkolnym nauczycielom (a nawet niektórym dorosłym twórcom :( Jeszcze w „13lat prowizorki” pisałem, że do przyzwoitej realizacji „konkursu komiksowego dla uczniów szkół podstawowych” potrzebna jest odpowiednia pomoc naukowa. Banalna broszura, która by wyjaśniała podstawowe kwestie związane z medium. Jednocześnie uczyła przyszłych adeptów sztuki ilustracji, jak poprawnie tworzyć komiksy (zrozumiałe dla wszystkich). Przez lata nikt z konwentowych orgów nie był zainteresowany właściwym rozwiązaniem tego problemu. Nie było wtedy na rynku księgarskim żadnych podręczników do nauki tworzenia historii obrazkowych. Aby poprawić nieco sytuację, podczas konwentów próbowałem organizować warsztaty komiksowe. Ale to była kropla w morzu potrzeb :( Dopiero z nastaniem ery Mamuta pojawiła się pewna skromna publikacja, stworzona według mojego pomysłu (z „13lat prowizorki”) przez uznaną, festiwalową spółkę (pasożyta kultury i rysunkowego grafomana ;) Zeszyt zawierający jedynie podstawowe informacje o komiksowej materii (podane w dość infantylnym stylu) powstał oczywiście za pieniądze publiczne, wyżebrane od jakiejś instytucji. Jednak nie sądzę, aby owo wydawnictwo zostało użyte w trakcie omawianego konkursu dla dzieci. Sprytni orgowie festiwalu zapewne skutecznie zmonetaryzowali broszurę na wolnym rynku :( Napiszę o tym jeszcze...

Wystawa prac uczestników konkursu dziecięcego nigdy nie cieszyła się szczególną sympatią nowych orgów. Stanowiła dla nich raczej dodatkowy kłopot i niezbyt mile widziane wyzwanie. Mimo, że od początku inicjatywa była wyłącznie realizowana „cudzymi rękami”. Atoli należało jeszcze znaleźć odpowiednie miejsce ekspozycji oraz środki na skromne nagrody. W trakcie wykonywania kolejnych działań pracy było zawsze co nie miara. Natomiast efekty, przeważnie znikome. Na dodatek, zawłaszczane często przez „przypadkowych orgów” z zewnątrz, jak nachalny „strażak” z magistratu (zdobywca pierwszej statuetki „kosiarza” :( Dlatego chylę czoło przed Robertem Wagą oraz jego mamą (pomysłodawcom konkursu), którzy od początku, co roku „męczą się” nad tym nieszczęsnym projektem :( Jestem niemal pewien, że Mamut wkrótce również o nich zapomni. Tak jak to zdarzyło się wcześniej w przypadku Kabula oraz pozostałych konwentowych orgów z Conturu (i nie tylko :(

Nadal uważam, że przygotowanie specjalnego konkursu komiksowego dla dzieci jest zbędnym trwonieniem środków. Ale nowi orgowie traktują inicjatywę, jako kolejną fasadę, której zadaniem jest zacieranie właściwego, nędznego obrazu łódzkiej imprezy. Czasami chwytliwa idea służy również nabieraniu nieświadomych sponsorów. Że niby event przeznaczony jest głównie dla dzieci. Niestety, słudzy Mamuta nie są odosobnieni w nadużywaniu „świętego” tematu. Parawan „dziecięcy” jest wykorzystywany przez wszystkich od zawsze. Począwszy od producentów łakoci (lub zabawek). Nie kończąc wcale na organizatorach „specjalnych” atrakcji eventowych :( Mnie bulwersuje zwłaszcza osobliwe podejście wielu twórców do formy oraz jakości produktu dla najmłodszych odbiorców. Trudno z tym faktem polemizować. Raczej nikt się nie odważy :(

Przykłady nadużywania formuły „dla dzieci” można mnożyć. W myśl zasady, że nieletni „kupią” wszystko. Każdą głupotę. Byleby była na swój sposób atrakcyjna, kolorowa, albo odpowiednio wylansowana :( Przecież rodzice (lub dziadkowie) od zarania dziejów pragną rozpieszczać swoje pociechy. Niczego im nie odmówią (na miarę własnych możliwości). W kolejce po atencję niezbyt świadomych klientów stają więc: czasami dziwna, podana w niecodziennej postaci żywność (soczko-tubki, misio-cukierki); ciekawie i brawurowo prezentowane w reklamach zabawki (samochodo-roboty, zwierzo-lalki); „modna” odzież oraz wszelkie produkty przygotowane wyłącznie dla mało wymagającego konsumenta. Oferta zgodna z cynicznie przenicowaną regułą, że wszystko dla dzieci powinno być najlepsze :( W takich realiach, kreowanie nowego kontentu komercyjnego jest banalnie łatwe... Kiedyś dziwiłem się, dlaczego postacie ze świata Pikaczu są tak prostacko zaprojektowane? Przecież musiały być sprawnie oraz tanio animowane. Niewybredny odbiorca i tak się nimi zachwycał. Ponieważ były podane w ekscytującej dla najmłodszych postaci oraz nachalnie promowane. Oprócz boleśnie schematycznego anime powstała więc ogromna oferta śmieci towarzyszących: gier, komiksów, przytulanek... Może nie wszystko było wyjątkowo podłej jakości, ale całość została stworzona wyłącznie po to, aby maksymalnie wykorzystać bezcenną licencję oraz naiwnych klientów :( Jednak fenomen Pokemona jest niczym, wobec wieloletniej gigantycznej ekspansji Lego. Marki która bezustannie zawłaszcza kolejne dziedziny naszej rzeczywistości. Firma słynąca niegdyś z tworzenia zacnych, rozwijających dziecięcą inwencję klocków, non stop sięga po dusze młodych konsumentów :(

Dzieci są ważnym elementem festiwalu. Od pierwszej edycji w 1991roku wielu miłośników komiksu dochowało się potomstwa (niektórzy nawet wnuków :) Ale chyba nie jest to wystarczający powód, aby podczas imprezy urządzać dla nich przedszkole. Albo inne atrakcje specjalne, jak „parki rozrywki” z trampolinami, lub „występy klaunów” :( Dzieci w trakcie eventu są wystarczająco kuszone wizualnie niesamowitą ofertą obrazkową komiksów oraz grami (nawet tymi bez prądu :)

Tekst został napisany człowiekiem. Obrazek stworzyła SI.

Zrób sobie festiwal

Legenda o złym Witku
- wstęp do nowej historii Festiwalu Komiksu w Łodzi
Nisza w niszy
- opowieść o miejscu bardzo przyjaznym organizatorom
Milczenie owiec (a raczej baranów)
- historia pewnego, tajemniczego spotkania
W krainie ślepców...
- poznajemy skład pierwszego dyrektoriatu
Komiksowa agencja wycieczkowa
- ciekawe podróże dyrektoriatu na sam kraniec świata
Wystarczy być...
- co należy robić, aby trwać na cieplutkim stołku
Wystawy...
- przeróżne wystawy oraz ekspozycje z festiwalem związane
Vox populi
- głos ludu stowarzyszonego oraz obcego
Dyrekcja cyrku w budowie
- odyseja ekipy orgów po ciekawych miejscach Łodzi
Orgi oraz woły
- o tych, którzy pomagają oraz takich, co tylko udają
Inwazja autografożerców
- plaga równie żarłoczna co agresywna, niczym szarańcza
Wartość dodana
- jak z niczego stworzyć coś wartościowego?
Przypadek Klossa
- niemoralna propozycja, przyjęta przez zwierzaka bez żadnej refleksji :(
manga
- komiks, albo przebieranka... wybór należy do Ciebie :)
...dla dzieci
- czy twórczość dla dzieci rzeczywiście musi być gorsza?
ciąg dalszy nastąpi...

lutego 19, 2025

manga

Nieco przeraża mnie fenomen mangi, coraz bardziej popularny wśród ogółu miłośników literatury obrazkowej. Przez ostatnie lata, od konwentów do dzisiejszego festiwalu, przemienił on w naszym kraju entuzjastów perfekcyjnie rysowanych historii obrazkowych, w dziwne, niepokojące zjawisko socjologiczne. Oprócz niewątpliwie pozytywnych cech oddziaływania japońskich powieści graficznych na młodych autorów. Jak poznawanie odmiennej kultury oraz inspiracje wschodnią sztuką, której wpływ można zauważyć w twórczości artystycznej wielu rysujących. Również poszerzanie kręgu odbiorców całego spektrum literatury obrazkowej jest zasługą komiksu japońskiego. Jednak zauroczenie mangą niesie ze sobą także efekty negatywne. Jak wyjątkowa alienacja zwolenników tego gatunku sztuki oraz niebezpieczne zbaczanie w stronę cosplayowych przebieranek, miast aktywności komiksowej.

Mangowe komiksy poznałem jeszcze w latach .80 ubiegłego wieku. Stanowiły u nas rzadkość, ponieważ ich droga na bazary Europy Środkowej (wtedy za „żelazną kurtyną”) z kraju kwitnącej wiśni była dość daleka... Grube, czarno białe magazyny ilustrowane wyłącznie rysunkami, zapełnione głównie opowieściami w odcinkach, były bardzo popularne w Japonii. Lecz u nas, wydawnictwa te zadziwiały bardziej formą, niż treścią. Kilkuset stronicowe „cegły” z niezbyt zrozumiałymi dla polskiego czytelnika historiami, tworzone przeważnie w groteskowym stylu oraz oglądane „od tyłu”, raczej nie znajdywały większego uznania wśród odbiorców z kręgu zachodniej cywilizacji. Jednak w komiksach była zawsze doceniana niesamowita perfekcja kreski wschodnich twórców oraz niecodzienny, brawurowy wygląd napisów. Sytuacja mangi na świecie uległa zmianie dopiero, kiedy japońskimi historiami obrazkowymi zainteresowali się zachodni edytorzy.

Pierwszym, poważnym krokiem przybliżenia nowym czytelnikom komiksu mangowego była transformacja oryginalnych plansz. Wystarczyły lustrzane odbicia stron, aby treść wschodniej noweli graficznej była poznawana przez nowego odbiorcę, w bardziej naturalny dla niego sposób. Co prawda, wielu bohaterów opowieści nagle stawało się mańkutami. Ale czytelnikom to zupełnie nie przeszkadzało :) Wśród komiksów ze Wschodu na rynku amerykańskim dominowała wtedy fantastyka naukowa. Nieśmiertelne historie z robotami bojowymi oraz kultowy Akira. Wydawców raczej nie interesowały nowele obyczajowe, które były kulturowo obce dla zachodnich czytelników. Wyjątek stanowiły tytuły hentai. One zawsze znajdowały specyficznych odbiorców ;)

Zapewne drogę komiksom w tamtym czasie torowały japońskie seriale telewizyjne (jeden z nich: „Załoga G” był popularny również u nas). Ogromne powodzenie animowanych produkcji zwiększyło zainteresowanie przedsiębiorców innymi tematami wschodnich opowieści. Dostrzegli oni również potencjał drzemiący w nowych odbiorcach rysunkowych historii. Mianowicie, dziewczęta dotąd specjalnie nie interesowały się komiksem (albo się tym nie chwaliły). Dlatego nowele graficzne kierowano głównie do chłopców. Nic więc dziwnego, że światy kolorowych zeszytów były przeważnie wypełnione przygodami dziarskich herosów (którzy zakładali majtki na spodnie :) Manga pod tym względem okazała się bardziej różnorodna. Oferowała szersze spektrum tematów historii, których odbiorcami mogli być różni czytelnicy. Wśród propozycji japońskich twórców znalazł się także „kminek dla dziewczynek” :) Nowele obrazkowe, które akceptowały czytelniczki komiksów. Przygody postaci, z którymi mogły utożsamiać się dziewczęta. Bowiem to one zawsze stanowiły potęgę miłośników japońskiego komiksu :)

Manga w naszym kraju zyskała popularność dzięki czarodziejce z Księżyca (Sailor Moon). Również i w tym przypadku, wcześniej pojawił się w telewizji serial animowany, który rozpętał prawdziwą mangową histerię wśród dzieci oraz nastolatek ;) Pamiętam pierwszą imprezę dla entuzjastów tego komiksu. Została ona zorganizowana w warszawskim klubie „Stodoła”. Budynek chyba nigdy dotąd nie był tak szczelnie wypełniony ludzką treścią (niemal do granic bezpieczeństwa :) Olbrzymi tłum egzaltowanych fanek oraz nieletnich z rodzicami (lub bez ;) oblegał klub studencki przez cały dzień. Kolejka do wejścia miała kilkaset metrów długości. Niestety, jedna piąta chętnych w ogóle nie dostała się do środka :( Dlatego swój komiksowy kramik urządziłem po partyzancku. Na niewysokim murku przed wejściem do klubu :)

Droga japońskiego komiksu pod słowiańskie strzechy nie była prosta. Zresztą wtedy w Polsce nie ukazywało się wiele zagranicznych historii obrazkowych. Na ubogim rynku dominowały serie amerykańskie (za sprawą szwedzkiej firmy TM-Semic). Promocją mangi zajął się Shin Yasuda (Japonica Polonica Fantastica), późniejszy wydawca słynnego, fantastycznego Akiry. Lecz swoją działalność zaczął niezbyt fortunnie, od opowieści z historii Polski „Aż do nieba”. Niestety, nie znalazła ona większego zainteresowania wśród czytelników. Pamiętam jak wydawca wędrował po hurtowniach książek (jak ja, z moim Komiks Forum) próbując zainteresować ówczesnych „biznesmenów” nową publikacją. Dopiero inwazja czarodziejek odmieniła sytuację wydawnictwa :)

Naoko Takeuchi stworzyła uroczą serię o dziewczętach w przestrzeni kosmicznej. Głównymi postaciami „Sailor Moon” były nastolatki, które mogły przekształcać się w super bohaterki. Tworzyły one zespół „czarodziejek” z różnych planet Układu Słonecznego, które używały własnych mocy do walki ze złem we wszelkiej postaci. Niesamowite przygody ślicznych wojowniczek musiały podobać się niemal wszystkim dziewczynkom (małym i dużym :)

Dziwiła mnie zawsze osobliwa alienacja miłośników mangi (płci obojga). Oczywiście wszyscy bawili się znakomicie, ale tylko we własnym gronie :( I chyba nic więcej ich nie interesowało, poza przygodami fantastycznych postaci z wielkimi oczami, o dziwnie brzmiących imionach. Odniosłem wrażenie, jakby nie istniała dla nich inna rzeczywistość, poza światami kreowanymi przez wschodnich mistrzów komiksu :( Dlatego na wczesnych konwentach organizowałem osobne atrakcje, przygotowane specjalnie dla fanów mangi. Robiłem wszystko, aby na imprezę przyciągnąć nowych, uroczych gości :) Kiedyś w trakcie komiksowej giełdy urządziłem nawet dzień mangowy, podczas którego niektórzy wystawcy całkowicie odmieniali swoją ofertę... W tamtym okresie (druga połowa lat .90) zaczęły pojawiać się u nas pierwsze mangowe eventy. Ale chyba nikt nie próbował łączyć ze sobą różnych komiksowych światów. A szkoda :( Owa synergia stylów mogłaby artystom oraz czytelnikom przynieść wyłącznie korzyści. Obecnie nadal, na wielu imprezach, funkcjonują obok siebie różne, pozornie obce inicjatywy. Takie związane ze sztuką Wschodu, na równi z komiksem europejskim oraz amerykańskim. Lecz wszelkie działania kumulują się niezależnie. Wyłącznie jako odrębne byty :(

W XXIwieku manga poszerzyła znacznie swoje dominium. Styl japońskiej sztuki komiksowej objął już wszystkie odmiany fantastyki. Od science fiction, poprzez fantasy do horroru. Nowelom graficznym nie obcy jest romans, kryminał, jak i wszelkie możliwe historie obyczajowe. Manga już dawno przekroczyła granice mediów. Oczywiście nadal jest obecna w komiksie oraz filmie (nie tylko animowanym). A także w muzyce. Japoński styl graficzny odcisnął swoje piętno w całej branży rozrywkowej. Zwłaszcza w świecie gier. Dość szybko, z artystycznej przestrzeni sztuki wizualnej przeniknął do biznesu. Stał się bardzo atrakcyjnym towarem konsumpcyjnym :(

Razem z mangą do naszego kraju przybyła moda na przebieranki. Przecież dziewczynki od zarania dziejów uwielbiały stroić się w różne fatałaszki. Co prawda, na amerykańskich konwentach miłośnicy komiksów wcielali się od dawna w postacie z ulubionych historii obrazkowych. Ale u nas, takie przedstawienia, były nowością. Sztuka japońskiego komiksu poszerzyła znacznie panteon bohaterów opowieści graficznych. Jednak wizerunki postaci akceptowane w kulturze wschodniej niekiedy znacznie odbiegają od norm przyjętych na Zachodzie. Szczególnie jest to dostrzegalne w szatach bohaterek komiksów, których stroje bywają dość wyuzdane. A przecież kreacje na eventach prezentują nierzadko osoby nieletnie. Lecz jak dotąd, wszyscy traktują cosplay jedynie, jak zabawę :)

Wydaje mi się, że obecnie kostiumowa forma wschodniej sztuki jest u nas najsilniej wyrażanym przejawem aktywności twórczej. Naturalnie autorki (ale też niektórzy autorzy), w swoich pracach, stosują często elementy rysunku mangowego. Ale rodzime komiksy w japońskim stylu są raczej rzadkością. Ponieważ, oprócz zdolności graficznych, autorom takich prac brakuje ciekawych pomysłów, zdolnych zainteresować większą grupę odbiorców. Natomiast rodzimi wydawcy wolą publikować znane oraz wypromowane na świecie, oryginalne opowieści mistrzów mangi, zamiast utworów rodzimych, początkujących adeptów rysunku. Dlatego autorki polskich komiksów we wschodnim stylu zdane są wyłącznie na niezależne, niskonakładowe edycje. Niestety, realizacje te są przeważnie odtwórcze. Niewiele mają wspólnego z kreatywnym działaniem :( Nic więc dziwnego, że cała uwaga entuzjastów mangi skierowała się w stronę cosplay :(

Jestem już starym dziadem :( Być może dlatego nie rozumiem swoistego fenomenu przebieranek za bohaterów komiksowych. Niewykluczone, że jest to nowa forma konwentowej zabawy. Na pewno także sposób na wyróżnienie barwnej osobowości spośród szarego tłumu otaczającej rzeczywistości. Przypuszczalnie również, doskonała okazja dowartościowania własnego ego... Czasami kreacje miłośników komiksu bywają interesujące. Są przecież oceniane przez „surowych” sędziów ze środowiska ;) Częściej jednak, stroje mangowych przebierańców stanowią kompromis, między dobrymi chęciami, a skromnymi możliwościami budżetu ich autorów. Niekiedy człowieki odziane w fikuśne fatałaszki wyglądają naprawdę fajnie. Wzbogacając tym samym wrażenia z każdej imprezy komiksowej. Często jednak wymyślny kostium spowija osobę, która zapewne nie posiada w domu lustra ;) Niewątpliwie cosplayowy event jest dużo łatwiejszy w przygotowaniu, niż impreza prezentująca bardziej istotne przejawy artystycznej aktywności. Dlatego orgowie wszelkiej maści lubią urządzać takie radosne spotkania, albo przynajmniej punkty programu. Wszak większość fanek mangi uwielbia przebieranki. I chyba każda z nich posiada własny kostium. Mozolnie wypracowany w domowym zaciszu (lub kupiony za ciężkie pieniądze). Do pełni szczęścia, na konwencie, zaledwie potrzebny jest dach nad głową. Albo łaskawa aura natury. Oraz odrobina hałasu :) Szkoda tylko, że oprócz źródeł inspiracji, fenomen cosplay niewiele ma wspólnego ze sztuką komiksową :(

Tekst został napisany człowiekiem. Obrazek stworzyła SI.

Zrób sobie festiwal

Legenda o złym Witku
- wstęp do nowej historii Festiwalu Komiksu w Łodzi
Nisza w niszy
- opowieść o miejscu bardzo przyjaznym organizatorom
Milczenie owiec (a raczej baranów)
- historia pewnego, tajemniczego spotkania
W krainie ślepców...
- poznajemy skład pierwszego dyrektoriatu
Komiksowa agencja wycieczkowa
- ciekawe podróże dyrektoriatu na sam kraniec świata
Wystarczy być...
- co należy robić, aby trwać na cieplutkim stołku
Wystawy...
- przeróżne wystawy oraz ekspozycje z festiwalem związane
Vox populi
- głos ludu stowarzyszonego oraz obcego
Dyrekcja cyrku w budowie
- odyseja ekipy orgów po ciekawych miejscach Łodzi
Orgi oraz woły
- o tych, którzy pomagają oraz takich, co tylko udają
Inwazja autografożerców
- plaga równie żarłoczna co agresywna, niczym szarańcza
Wartość dodana
- jak z niczego stworzyć coś wartościowego?
Przypadek Klossa
- niemoralna propozycja, przyjęta przez zwierzaka bez żadnej refleksji :(
manga
- komiks, albo przebieranka... wybór należy do Ciebie :)
...dla dzieci
- czy twórczość dla dzieci rzeczywiście musi być gorsza?

grudnia 15, 2024

Przypadek Klossa

Ciekawe, jak by się poczuł autor, twórca popularnej serii, gdyby zobaczył nowy komiks swojego cyklu stworzony ze skanów starszych jego prac, fikuśnie zmontowanych przez rządnego sławy (a raczej pieniędzy) osobnika? Pytanie to nabiera szczególnego wymiaru w dobie coraz częstszych realizacji wspomaganych Sztuczną Inteligencją.

słynne stoisko Klosa w budynku Textilimpexu podczas łódzkiego festiwalu komiksu

Nigdy specjalnie nie podobały mi się komiksy z serii Kloss. Nawet w czasach, kiedy pasjonowały mnie historie w nich opowiadane. Gdy nie znałem jeszcze znaczenia słowa grafoman :( Zeszytami gardziłem bardziej, jak zacząłem poznawać światowe dziedzictwo literatury obrazkowej. Byłem wręcz zaszokowany ich olbrzymią popularnością wśród czytelników. Bo oni wciąż nie znali prawdziwego oblicza historii ilustrowanych :( Przykro mi to stwierdzić, ale rodzima twórczość, w obszarze dziewiątej sztuki, nigdy nie miała wielu artystów godnych zapamiętania. Takich, którzy mogliby poszczycić się globalnym wpływem na pojmowanie gatunku. Nieliczne, drobne wyjątki tylko potwierdzają regułę :( Natomiast lokalne uznanie, wielu cenionych artystów zawdzięcza chyba sentymentowi leciwych już miłośników sekwencyjnych obrazków do czasów młodości. Kiedy to fanatycy komiksu zdani byli wyłącznie na podziwianie sporadycznych, skromnych emanacji twórczych. Bowiem publikacje rysunkowe stanowiły wtedy rzadkie objawienia pośród pustyni ówczesnej oferty czytelniczej.

Kiepskie rysunki, sztuczne dialogi oraz „sprane” kolory, dobierane z wyjątkowo ubogiej palety, nie przeszkodziły w popularności zeszytów z przygodami Hansa Klossa w naszym kraju. A nawet (podobno) za granicą. Głównym powodem owych „sukcesów” był brak w tamtym czasie poważnej alternatywy dla sensacyjnej serii. Ważnym elementem promocji cyklu był zapewne serial filmowy, który można było oglądać na czarno białych telewizorach. Kolejne dekady ubóstwa komiksowego rynku oraz nowe rzesze wygłodniałych czytelników wzmacniały tylko efekt kultowości naszego szpiega, w mundurze oficera Abwehry :) Telewizyjna produkcja nie sfilmowała wszystkich opowiadań literackiego pierwowzoru. Komiksowe adaptacje użyły ich jeszcze mniej. Istniała więc niewielka przestrzeń do zagospodarowania. W międzyczasie autorzy oryginału odeszli już z tego świata. A że „natura nie znosi próżni”, z okazji łatwej monetaryzacji szemranej inicjatywy, za pomocą „atrakcyjnego” dla wielu miłośników historii obrazkowych tematu, skorzystał cwany osobnik. Na podstawie opowiadania, które wcześniej nie zostało zilustrowane, stworzył nowy komiks. Jednak nie zrobił tego, kopiując odręcznie kolejne obrazki. Tak, jak to „za komuny” robiły poważne wydawnictwa, sztucznie omijając zarzut fałszerstwa. Sprytny grafik wybrał znacznie prostszą metodę ;) Mianowicie, zeskanował strony komiksów wydanych wcześniej. Następnie, korzystając z „pozyskanego” w ten sposób materiału, przy pomocy programu graficznego zmontował odpowiednio kadry nowej opowieści. Niewątpliwie, owa „produkcja” wymagała sporego nakładu pracy. Jakiegoś pomysłu na dość skomplikowaną realizację. Inicjatywa była zapewne przejawem grafomańskiej kreatywności. Ale czy była twórcza? Raczej miała czysto merkantylny charakter :( Tak skrupulatne podrabianie stylu innego autora, to bez wątpienia fałszerstwo. Nawet, jeśli czynione jest w „zbożnym celu”. Czy można sobie pozwalać na używanie pracy innego autora bez jego zgody? To raczej pytanie retoryczne.

Fałszerz, w swojej adaptacji, zachował charakter rysunku oraz klimat opowieści pierwowzoru. Dzięki zastosowanej metodzie kopiowania nie stanowiło to żadnego problemu. Zapewne wierność oryginałowi była jedyną pozytywną cechą tego przedsięwzięcia. Lecz nie sądzę aby nowy „artysta”, cyfrowo „stemplując” kolejne kadry komiksu, robił to w hołdzie dla uznanego twórcy. Bowiem zeszyty z agentem Klossem uważane były zawsze (nie tylko przez grafików), za miernie rysowane. Nawet w czasach ich największej świetności. Kolejna opowieść nikomu więc nie przyniosłaby sławy. Zwłaszcza taka, która powstała w atmosferze występku. Niewątpliwie ta historia „została stworzona dla pieniędzy” :( Jestem niemal pewien, że twórca podróbki wykorzystał popularność serii wyłącznie w celach merkantylnych. Zamierzał wypłynąć na fali sentymentu do popularnego bohatera. Czerpać własne korzyści z wysiłku innych. Jakże ta koncepcja była bliska sposobowi myślenia festiwalowego dyrektoriatu :( Dziwi mnie jednak, że ów oszust (bo chyba tak należało go nazywać) nie wstydził się podpisać „swojego dzieła”. Być może dumny był z efektów takiej pracy :(

Naturalnie fałszerz, swoim chorym pomysłem, zainteresował dyrektora łódzkiego festiwalu komiksu. Mamut zawsze był łasy konwentowych atrakcji robionych przez podmioty zewnętrzne. Nigdy też, w sposób widoczny, nie przejawiał żadnych rozterek moralnych. Na początku jego rządów niewiele było oryginalnych atrakcji eventowych. A przecież zwierzak nadal był „na dorobku” w kulturalnej instytucji, musiał więc ciągle „błyskać” nowymi inicjatywami. Dlatego propozycja cwaniaka grafomana bardzo mu się spodobała :) Nie namyślając się długo, postanowił wydać „atrakcyjny” zeszyt z serii: „Kapitan Kloss” pod egidą festiwalu komiksu. Oczywiście zrobił to używając środków przeznaczonych na imprezę. Równocześnie, autorowi kontrowersyjnego projektu udostępnił za darmo sporą przestrzeń w strefie targowej konwentu. Zafundował także fałszerzowi gigantyczny baner reklamowy. Aby w pełni wykorzystać możliwości promocji inicjatywy wątpliwej proweniencji :(

W ten sposób poznałem Klosa (tak nazwaliśmy fałszerza w grupie orgów). Wydawał się dziwnym, ale rozumnym człowiekiem, z własnymi pomysłami, które ciągle stwarzały problemy festiwalowym orgom. Jednak nie miał najmniejszej koncepcji wypromowania „swojego dzieła”. Mamut zlecił mi opiekę nad właściwą prezentacją powrotu niegdyś popularnego, komiksowego szpiega. Byłem przecież odpowiedzialny za całą przestrzeń targową łódzkiej imprezy. Początkowo stoisko Klosa umieściłem w dobrym miejscu antresoli, w budynku Textilimpexu. Autor podróbki komiksu miał jakieś kontakty z grupą rekonstrukcyjną. Namówił ich więc do wypożyczenia oryginalnego niemieckiego motocykla z czasu wojny. Zrobił to zapewne, aby stworzyć właściwy klimat dla publikacji :) Razem z obsługą techniczną budynku sprawdziłem możliwości logistyczne, umieszczenia sporego eksponatu na ekspozycji. Pomysł był wykonalny. Lecz do realizacji nie doszło, ze względu na megalomanię Klosa :( Mianowicie, sponsorowany przez Mamuta baner rozrósł się do gigantycznych rozmiarów. W efekcie, nie miałem już dla niego na półpiętrze odpowiedniego miejsca. Musiałem więc stoisko oraz sporą płachtę przenieść na parter budynku. Niestety, w nowej lokalizacji nie można było powiesić wielkiej reklamy komiksu :( Dlatego zaprojektowałem oraz wykonałem z aluminiowych rurek specjalną konstrukcję (ramę), podtrzymującą materiał plakatu, z wizerunkiem okładki. Na szczęście, zwierzak nie szczędził wtedy środków :) Pozostało tylko zmontować całe stoisko. Lecz ta prosta czynność przekraczała zdolności manualne „artysty” Klosa :(

Nie miałem zamiaru dłużej wyręczać go w pracy nad jego ekspozycją. Wystarczająco dużo już dla niego zrobiłem. Przecież przed imprezą musiałem zająć się przygotowaniem własnego stoiska. Wkrótce okazało się, że „niedzielny artysta” nie potrafił używać zwykłego noża do tapet :( Nic więc dziwnego, że podczas montażu banera do ramy szpetnie zaciął się w łapkę. Wywołał tym samym nieoczekiwaną sensację wśród orgów. Nie widziałem całego zdarzenia, ponieważ byłem zajęty pracą. Ale podobno krew „sikała” z jego rany tak, że przerażeni ochroniarze wezwali pogotowie. Podejrzewam jednak, iż owo samookaleczenie powstało w akcie desperacji. Bowiem Klosu nie chciało się aranżować własnego kramu. A może rzeczywiście nie potrafił tego zrobić :( W dokończeniu ekspozycji pomógł nieobecnemu wystawcy mój znajomy (Paweł) oraz przygodni wolontariusze. Natomiast ślady „tragedii” usunęły zawodowe sprzątaczki. Tym razem obyło się bez ofiar w ludziach :)

Fałszerz Klos przeżył. Na drugi dzień, podczas otwarcia festiwalu, pojawił się jak nowo narodzony :) Nie pamiętam, czy miał zabandażowaną łapkę, czy tylko plaster skrywający powierzchowną ranę :( Po raz kolejny zaskoczył mnie nowym, dziwnym pomysłem. Zamiast obiecanego motocykla w międzyczasie „załatwił” oryginalnego kubelwagena, wraz z obsługą. Niewielką grupką statystów odzianych w stroje „z epoki”. Matkowała im jakaś staruszka. Podobno zasłużona profesorka historii. Cała ekipa robiła raczej zabawne wrażenie niepewnych człowieków, którzy nagle znaleźli się w niewłaściwym miejscu i czasie. Trzeba przyznać, że Klos „na trzeźwo” potrafił zadbać o klimat :)

Pogoda w tym dniu była jesienna. Niebo lekko zachmurzone. Rzekomo w telewizji zapowiadali po południu opady deszczu. Nic więc dziwnego, że rekonstruktorzy obawiali się mokrego wpływu na kondycję „antycznego” pojazdu (który przecież nie posiadał dachu). Klos zaproponował wtoczenie kubelwagena do wnętrza budynku. Oczywiście, pomny wcześniejszych kłopotów generowanych przez „artystę”, nie wyraziłem na to zgody. Decyzji nie zmieniłem nawet po wysłuchaniu pretensji zasuszonej profesorki. W rezultacie mojej odmowy rozżalona paniusia wykonała tradycyjnego focha i odjechała spod budynku Textilimpexu na karty historii. Razem z cennym eksponatem :( Zatem festiwalowi goście powinni być mi wdzięczni, za ostrą decyzję w sprawie kubelwagena. Dzięki temu wszyscy przeżyli bez uszczerbku na zdrowiu do końca imprezy. Nawet fajtłapa Klos ;) Deszczu naturalnie tego dnia nie było... Nie wiem jak fałszerzowi poszła sprzedaż (czy może promocja) podrobionego komiksu. Dłużej nie interesowałem się tym tematem. Lecz niewątpliwie, dzięki opiece „siły wyższej” (czyli dyrektora festiwalu) roztoczonej nad Klosem, osobnik zyskał ogromny potencjał. Znalazł się przecież w najbardziej atrakcyjnym miejscu handlowym dużej imprezy komiksowej. Zapewne to wykorzystał :)

Kilka lat później, już w Atlas Arenie, moje stoisko komiksowe odwiedził znajomy policjant z Łodzi. Również miłośnik literatury obrazkowej. Poprosił mnie o wystawienie do sprzedaży owego słynnego komiksu z przygodami kapitana Klossa. Zapytałem go z ciekawości, jak zdobył to unikalne wydawnictwo. Odpowiedział, że zeszyt kupił kiedyś na łódzkim bazarze. Zasugrtował też, żebym zażądał za niego dość wysoką cenę (niby że taki rarytas). Wyłożyłem komiks na ladzie, ponieważ z doświadczenia wiedziałem, iż z policją (lub milicją) handlarz nie powinien raczej polemizować. W trosce o własne zdrowie :( Dziwnym trafem, po pewnym czasie, przy moim kramie zjawił się „znajomy artysta”. Przywitał mnie od razu stwierdzeniem: „Widzę, że sprzedajesz mój komiks”. (?!) Wtedy przyjrzałem się publikacji dokładniej. Została nieźle wydana, choć rysunki nadal były kiepskie. Posiadała logo łódzkiego festiwalu komiksu, musiała więc być drukiem eventowym. Jednak nie pamiętałem, żeby tytuł widniał w oficjalnym spisie wydawnictw konwentowych. Zadzwoniłem tedy do Mamuta, aby rozwiać wszelkie wątpliwości. On zaś wytłumaczył mi, że po wydaniu komiksu pojawiły się jakieś problemy, w kwestii praw autorskich, oraz żebym traktował zeszyt jako wydawnictwo fanowskie. (?!) Zastanowiłem się, dlaczego nie sprawdzona publikacja, mimo braku zgody prawowitego twórcy, została wydana pod szyldem festiwalu? Natomiast fakt, że komiks wbrew temu trafił na rynek, był osobnym zagadnieniem. W historii łódzkiej poligrafii (na przestrzeni dekad), wielokrotnie zdarzało się, że niektóre tytuły „przenikały” na bazar przez dziurawe mury drukarni :( Chyba nie powinienem podejrzewać dyrektora festiwalu komiksu, o współudział w tak niecnym procederze ;)

Reasumując. Komiks opisujący nieznaną przygodę kapitana Klossa usunąłem szybko ze swojego stoiska. Po festiwalu zwróciłem go właścicielowi tłumacząc, że nie chciałem handlować „niepewnym” towarem. Wkrótce też zapomniałem o sprawie :) Jednak sporna publikacja żyła nadal własnym, niezbyt skrytym bytem. Ostatnio zauważyłem, że można ją nabyć (za dość horrendalną cenę) na jednym z portali aukcyjnych. Oczywiście komiks ten uda się również pobrać od Chomika. Ktoś ciągle na nim zarabia. A jego prawdziwi twórcy pewnie przewracają się w grobie :(

Tekst został napisany człowiekiem.

Zrób sobie festiwal

Legenda o złym Witku
- wstęp do nowej historii Festiwalu Komiksu w Łodzi
Nisza w niszy
- opowieść o miejscu bardzo przyjaznym organizatorom
Milczenie owiec (a raczej baranów)
- historia pewnego, tajemniczego spotkania
W krainie ślepców...
- poznajemy skład pierwszego dyrektoriatu
Komiksowa agencja wycieczkowa
- ciekawe podróże dyrektoriatu na sam kraniec świata
Wystarczy być...
- co należy robić, aby trwać na cieplutkim stołku
Wystawy...
- przeróżne wystawy oraz ekspozycje z festiwalem związane
Vox populi
- głos ludu stowarzyszonego oraz obcego
Dyrekcja cyrku w budowie
- odyseja ekipy orgów po ciekawych miejscach Łodzi
Orgi oraz woły
- o tych, którzy pomagają oraz takich, co tylko udają
Inwazja autografożerców
- plaga równie żarłoczna co agresywna, niczym szarańcza
Wartość dodana
- jak z niczego stworzyć coś wartościowego?
Przypadek Klossa
- niemoralna propozycja, przyjęta przez zwierzaka bez żadnej refleksji
manga
- komiks, albo przebieranka... wybór należy do Ciebie :)
ciąg dalszy nastąpi...

grudnia 07, 2024

Wartość dodana

Jest to temat bardzo bliski tęsknotom wielu autografożerców, bezustannie łaknących nowych, niepowtarzalnych obiektów kultu. Lecz posiadający również ogromne możliwości w zakresie promocji każdej imprezy oraz utrwalania w świadomości uczestników pozytywnego wizerunku spotkania. Wartość dodana zależy w dużym stopniu od konwentowych orgów, ale przez obecnych jest zupełnie niezrozumiała :(

na obrazku fragment grafiki, z ekspozycji Simona Bisleya podczas festiwalu komiksu w Łodzi

Ważnymi elementami, które pobudzają wspomnienia oraz przywiązanie do eventu festiwalowych gości są unikalne, ekskluzywne, trwałe przedmioty identyfikowane z imprezą, i wyłącznie na niej dostępne. Są one również doskonałym sposobem dodania prestiżu ich posiadaczowi. Niemal na równi z autografem. Plakat konwentowy, katalog konkursu komiksowego, okolicznościowe znaczki lub plakietki, a nawet zaproszenia i bilety (jeśli są ładne oraz dobrze zaprojektowane), mogą być cenną pamiątką wielu uczestników eventu. Przeważnie koszt stworzenia takiego trofeum, uzyskania tym samym wartości dodanej, jest niewielki. Natomiast przyjemność obcowania z pamiątką po latach, bezcenna :) Przypomina nieco posiadanie wyjątkowego rysunku lub podpisu autora w komiksie. Lecz nie powoduje nadmiernych kosztów ludzkich, wśród twórców ;) Poza tym, pamiatka jest unikalna. A zatem... tak rzadki oraz niepowtarzalny obiekt porządania można również zacnie zmonetaryzować :)

Niewątpliwie cenną pamiątką z eventu mogą być prywatne fotografie, które w erze smartfonów wykonują nagminnie wszyscy uczestnicy każdej imprezy. Są one zapewne wyjątkowe. Ale czy ekskluzywne? Skoro każdy człowiek odwiedzający konwent może sobie zrobić selfie na tle wybranej atrakcji, gwiazdy festiwalu, malowniczo przebranego gościa, bądź ulubionego stoiska (wystawcy). Takie fotki są raczej trofeum prywatnym, więc czasami trudno się nimi chwalić ;)

Plakat festiwalowy jest dobrym tematem wspomnień, posiadającym też często niezwykłą wartość artystyczną. Ale ponieważ ma on raczej duże rozmiary (100x70cm), trudno go eksponować w skromnym, „podręcznym” miejscu, poza oczywiście ścianą pokoju. Ponadto, nie jest łatwo dostępny. Chyba nigdy, podczas eventu, plakatu nie sprzedawano (nie jestem pewien). Ale czasami, jego nadprodukcję, wolontariusze rozdawali nielicznym gościom łódzkiej imprezy. Naturalnie, po zakończonym konwencie, niektórzy łowcy autografów zrywali plakaty ze ścian Atlas Areny, zyskując tym samym ekskluzywną pamiątkę. Lecz nieco pokancerowaną :( Było to nad wyraz działanie pro ekologiczne. Ponieważ zapomniane afisze zawsze po evencie lądowały w koszu na śmieci :(

Katalog konkursu festiwalowego przestał być okolicznościową pamiątką kilka lat temu. Kiedy Mamut uśmiercił, trwający bez przerwy przez trzydzieści jesieni, konkurs komiksowy :( Poważne źródło edukacji, inspiracji oraz bez precedensową możliwość prezentowania własnych prac wielu młodych adeptów sztuki komiksowej. Zamiast katalogu pozostał jako souvenir program imprezy, który od zawsze był mało czytelny (ze względu na dziwaczny układ informacji oraz mikroskopijną czcionkę). Ponieważ jego redaktorzy pragnęli jedynie, żeby istniał fizycznie. Przecież stanowił jedyny trwały ślad ich „działalności”. Jednak nigdy nie przywiązywali większej wagi do zawartej w programie treści :( Przepraszam. Reklamy sponsorów prawie zawsze wychodziły doskonale :)

Tylko wybrańcy: goście, dziennikarze, wystawcy i organizatorzy, jako ekskluzywną pamiątkę z uczestnictwa w festiwalu komiksu, mogą potraktować plastykową plakietkę identyfikacyjną. Niektórzy nawet je kolekcjonują :) Wolontariusze obecnie dostają chyba tylko fikuśne żółte podkoszulki (niestety, bez napisu MTBiHu ;) Ale mogę się mylić, bo od dwudziestu lat nie jestem już wolontariuszem :) Trudno bowiem, jako souvenir, potraktować festiwalową smyczkę, której wzór nie zmienił się od wieku. Albo papierową (wzmacnianą pewnie kevlarem) opaskę, z której po godzinie używania robi się paskudna, brudna szmata :( Lecz nadal nie można łatwo jej zerwać, więc trzeba nosić dumnie, niemal do śmierci :( I właśnie o to chodziło Mamutowi, kiedy wybierał metodę tagowania odwiedzających. Żeby każdy uczestnik festiwalu komiksu miał dozgonną pamiątkę, z pobytu na imprezie w mieście Łodzi :)

Jednego roku Mamut wymyślił „cegiełki sponsorskie”, dla uczestników eventu. Zapewne pragnął w ten sposób pozyskać dodatkowe środki na organizację. Było to wtedy, gdy wstęp do Atlas Areny, na komiksową imprezę, był wolny. Tak, zdarzyło się kiedyś, że można było podziwiać atrakcje festiwalu za darmo :) Ale „to se nevrati”. Bo komuś to przeszkadza :( Można było owe „cegiełki” przygotować w formie unikalnych, ekskluzywnych grafik (np. na kartkach pocztowych), pod autografy twórców. Tymczasem „materiały budowlane” zwierzaka były zwykłymi kawałkami papieru. Zapewne dodatkowo zostały opatrzone jakimś okolicznościowym tekstem oraz kwotą datku, a na pewno numerem seryjnym (to druk ścisłego zarachowania). Nie przyglądałem się im zbytnio. Stanowiły zatem dość mizerną pamiątkę z eventu. Nic więc dziwnego, że nie cieszyły się zbytnio zainteresowaniem zwiedzających gości :(

W trakcie imprezy pojawiają się czasami pamiątki mniej trwałe. Lecz równie wyjątkowe, co niepowtarzalne :) Osobliwą atrakcją każdego konwentu jest bez wątpienia okolicznościowe piwo, którego niestety nigdy nie miałem okazji spróbować (mimo atencji do samego trunku). Ciekawe jednak, w jaki sposób dyrektoriat uzasadnia konieczną obecność alkoholowego napitku, na evencie gromadzącym tak wielką rzeszę nieletnich gości? Podczas festiwalu rzadziej można spróbować niezwykłych napojów, dozwolonych poniżej lat osiemnastu :( Niezmiernie rzadko pojawiają się też niecodzienne przekąski. Pamiętam event, w trakcie którego wolontariusze roznosili wśród publiczności czekoladki, ozdobione kolorowymi literkami (z loga festiwalu: K O M I K S). Lecz tace, z ułożonymi na nich pralinami, nie wyglądały zbyt apetycznie. Nieco wyższa w tym dniu temperatura powietrza oraz „gorąca” atmosfera imprezy sprawiły, że „czekolada” zaczęła się rozpuszczać. Dlatego brązowe kęsy przypominały raczej kawałki g.., niż smaczną delicję. Nic więc dziwnego, że owe kostki nie miały „wzięcia” wśród eventowych gości. Ja również zrezygnowałem z tej wątpliwej przyjemności :( Na szczęście dla organizatorów, Sanepid tego dnia miał wolne ;) Natomiast najodważniejsi uczestnicy imprezy, których skusiły czekoladki, mieli po konwencie niewątpliwie kolorowe g... :(

Podobnie przaśne pomysły „gotowanych” atrakcji, podczas celebrowania mniej lub bardziej spektakularnych, około festiwalowych zdarzeń, pojawiały się dość często między uszami, w skromnym umyśle Mamuta. Pozwolę sobie przypomnieć słynne „bitwy na torty”. Ulubioną formę rozrywki podczas afterparty. Stanowiły one dość prostacki, zabawny dla nielicznych, ale żenujący większość wzór do naśladowania. Jakże popularny w kręgach całego dyrektoriatu, oraz czytelników tych „durnych historyjek obrazkowych”. Produktu wyłącznie dla debili :(

Wyjątkowym przejawem wartości dodanej był mój pomysł unikalnej grafiki dla bywalców strefy autografożerców, podczas festiwalu komiksu w 2003roku. Początkowo Mamut zaproponował, aby zaproszeni autorzy brytyjscy stawiali autografy na niewielkiej, zwykłej acz kolorowej karteczce reklamowej (format B5). Znajdowała się na niej informacja o projekcie „Imagine this”. I była ona dodana do każdego katalogu konwentowego. Pomijając fakt, że owa kartka nie zapewniała wiele miejsca na podpis, to raczej stanowiła bardzo prymitywną formę trofeum :( W tamtym roku patronat nad łódzką imprezą objął British Council. Z tej okazji twórcy opowieści o Slainie, Pat Mills i Clint Langley, przygotowali specjalny, jedno planszowy komiks, w którym celtycki barbarzyńca spotyka Smoka Wawelskiego. Short ukazał się w katalogu festiwalowym. Ja natomiast zaproponowałem, aby wersję bez dymków wydrukować w niewielkim nakładzie (50 egzemplarzy), jako ekskluzywną grafikę pod autografy twórców. Według mnie, obrazek w formacie A3, drukowany na dobrym, grubszym papierze, byłby niewątpliwie cenną oraz unikalną pamiątką z imprezy. Pomysł swój zrealizowałem, przy niechętnej aprobacie Mamuta. Wtedy jeszcze zwierzak, w sprawach organizacyjnych, niewiele miał do powiedzenia :) Mój print Langleya rozszedł się natychmiast wśród autografożerców. Może dlatego, że był za darmo rozdawany. Niestety, po raz kolejny, tylko ja poniosłem część kosztów tej inicjatywy. Bowiem przyszły dyrektor festiwalu nie lubił dzielić się wyżebraną od sponsorów kasą, więc nie zwrócił mi całej kwoty, którą wydałem na druk grafik :( Pisałem już o tym w „13lat prowizorki”.

Prawdopodobnie mój pomysł specjalnego, wyjątkowego druku festiwalowego, trwałej wartości dodanej dla eventowych gości, był jedyną taką inicjatywą w historii łódzkiej imprezy. Chociaż podobnych możliwości, zależnych wyłącznie od dyrektoriatu, w kolejnych latach było wiele. Przecież w tym czasie przez konwent przewinęło się spore grono zacnych twórców. Mistrzów komiksu światowego. Lecz, jak zwykle, festiwalowym orgom nie chciało się aktywizować ponad standardowe minimum. Owe status quo nigdy nie zmuszało ich do nadmiernego wysiłku :(

Niewątpliwie wartością dodaną mogą poszczycić się także moje „resztki” materiałów na ekspozycję Bisleya, która pewnego razu uzupełniła program festiwalu. Printy wzbogacone autografem autora, którymi chciałem onegdaj podzielić się z fanami jego twórczości, za pośrednictwem Allegro. Trudno bowiem, żebym wszystkie inicjatywy własne rozdawał za darmo. Pisałem już o tym ;)

Jakiś czas temu, kiedy dowiedziałem się, że łódzki konwent zamierza odwiedzić Jim Lee (światowa gwiazda komiksu zza wielkiej wody), zaproponowałem organizatorom imprezy stworzenie nowej wartości dodanej. Według mojego pomysłu sprzed lat kilku. Lecz wyraz głębokiej niechęci do kolejnej inicjatywy, malujący się na twarzy Joanny (świeżego nabytku dyrektoriatu), wystarczająco ostudził moje zamiary. Nowi orgowie mieli w głębokim poważaniu wszelkie unikatowe atrakcje z komiksem związane. Tak samo, jak „starzy wyjadacze”. Przykład niestety idzie z góry :( Dla wszystkich, obecnych organizatorów festiwalu komiksu ważnym stało się tylko, aby impreza toczyła się nieśpiesznie dalej, wytyczonymi przez lata koleinami. Dlatego każde odstępstwo od ustalonej normy stanowi dla nich zawsze gigantyczny problem :(

Tekst został napisany człowiekiem.

Zrób sobie festiwal

Legenda o złym Witku
- wstęp do nowej historii Festiwalu Komiksu w Łodzi
Nisza w niszy
- opowieść o miejscu bardzo przyjaznym organizatorom
Milczenie owiec (a raczej baranów)
- historia pewnego, tajemniczego spotkania
W krainie ślepców...
- poznajemy skład pierwszego dyrektoriatu
Komiksowa agencja wycieczkowa
- ciekawe podróże dyrektoriatu na sam kraniec świata
Wystarczy być...
- co należy robić, aby trwać na cieplutkim stołku
Wystawy...
- przeróżne wystawy oraz ekspozycje z festiwalem związane
Vox populi
- głos ludu stowarzyszonego oraz obcego
Dyrekcja cyrku w budowie
- odyseja ekipy orgów po ciekawych miejscach Łodzi
Orgi oraz woły
- o tych, którzy pomagają oraz takich, co tylko udają
Inwazja autografożerców
- plaga równie żarłoczna co agresywna, niczym szarańcza
Wartość dodana
- jak z niczego stworzyć coś wartościowego?
Przypadek Klossa
- niemoralna propozycja, przyjęta przez zwierzaka bez żadnej refleksji :(

listopada 28, 2024

Inwazja autografożerców

Zupełnie nie rozumiem potrzeby, u coraz większej grupy człowieków, posiadania autografu znanej, uznawanej, lecz zupełnie obcej osoby. Być może jest to moda rozprzestrzeniająca się niczym pandemia, aby mieć podpis gwiazdy, albo przynajmniej patocelebryty. A jeszcze lepiej zrobić sobie selfie z gościem, którego nawet by się nie rozpoznało w biały dzień na ulicy :( Czy może jest to indywidualna próba otagowania nowo odkrytej, unikalnej rzeczywistości. Wynik nagłego entuzjazmu spowodowany kontaktem z czymś nadzwyczajnym, niemal boskim. Wzorem starożytnych wandali, którzy wydrapywali swoje inicjały na murach Colosseum: Tu byłem... To widziałem. Musiałem więc zostawić jakiś ślad dla potomnych. Bo inaczej nikt by mi nie uwierzył :( Prawdopodobnie podpis jest również takim potwierdzeniem bliskiego kontaktu z siłą wyższą, nadistotą. Wyrastającą ponad ogół zwykłych, banalnych człowieków. Można się nim pochwalić rodzinie i znajomym. Oraz wzbudzić zazdrość u wrogów :) A może posiadanie autografu jest jedynym sposobem dowartościowania własnego szarego, pustego, nędznego żywota, w którym na co dzień brak jakichkolwiek wyzwań, poważniejszych wzruszeń. Wtedy podpis „osobistości” jest jedynym trofeum uzasadniającym sens życia :(

MFKiG 2018, Atlas Arena, strefa autografów - ...nad gigantyczną, zbędną konstrukcją podtrzymującą jedynie festiwalowy baner widać elementy kratownicy wyciągarki :(

Naturalnie, jako handlarz (choć raczej ciałem, niż duchem), jestem świadom merkantylnych możliwości dysponowania autografem. Dowartościowania w ten sposób zwykłej książki, rysunku... części garderoby. Doprawdy zadziwiające są tęsknoty oraz wymagania niektórych autografożerców pragnących posiadać choć niewielką cząstkę dotkniętą przez mistrza :) Kiedyś jako organizator, na aukcji podczas jednego z eventów, wystawiłem do licytacji (w zbożnym celu) poplamioną kawą koszulkę Papcia Chmiela, którą twórca nosił w trakcie imprezy. Ale wybrudził ;) Nawet boję się wyobrażać sobie, do czego mogła posłużyć zwycięzcy przetargu owa relikwia :( Jednak nie każdy psychofan ulubionego autora jest w stanie dostąpić „zaszczytu” zdobycia wymarzonego fantu osobiście, w prosty sposób. Wtedy do akcji przystępują „łowcy autografów”. Owe pasożyty fanów obecne są na każdej imprezie. Zawsze w pierwszym rzędzie. Na początku każdej kolejki. Zaiste wielka jest siła pieniądza, która zmusza zwykłych ludzi do ekstremalnych czynów :( Łowcy zazwyczaj swoją zdobycz, autograf bądź wrys (paskudne słowo), dość szybko monetaryzują na internetowych aukcjach, uszczęśliwiając tym czynem bogatszych autografożerców. Lecz głównie siebie ;) Wówczas ktoś nieobecny podczas eventu, albo taki, który nie dopchał się do „numerka” może również podziwiać trofeum. Chwalić się nim wśród znajomych. Jeśli oczywiście za taką „przyziemność” odpowiednio zapłacił :)

Mój negatywny stosunek do autografożerców wynika z obserwacji zezwierzęcenia wielu człowieków w trakcie prób pozyskania cennego dobra, jakim jest podpis autora :( Kiedy Grzegorz Rosiński, po wielu latach spędzonych na obczyźnie, odwiedził łódzki konwent komiksu, autografożercy zdemolowali cały program imprezy. Kolejka po rysunek mistrza ciągnęła się przez całą długość dużej, reprezentacyjnej sali 304 Łódzkiego Domu Kultury. Ludzka stonoga zajmowała cenne miejsce oraz czas przewidziany na spotkania z innymi gośćmi eventu. Ówcześni organizatorzy nie potrafili sobie z tym problemem poradzić. Ja niestety byłem (jak zwykle) na giełdzie :( Wcześniej nie miałem nawet świadomości, jak dzika jest gawiedź chętnych zdobycia unikalnego śladu autora w komiksie. Nagle dochodziły do głosu wszelkie pierwotne mechanizmy natury, które cywilizacja próbowała wyplenić przez wieki :( Oczywiście wcześniej, na srebrnym ekranie, czasami widziałem nieśmiałe próby pozyskania podpisu uznanej gwiazdy, lub idola. Zdawałem sobie również sprawę z możliwości zabójczej histerii tłumu, podczas zawodów sportowych, albo koncertów popularnych wykonawców. Lecz bezpośredni kontakt z plagą autografożerców, zrobił na mnie kolosalne, negatywne wrażenie. Człowieki te nagle potrafiły być bardzo (niemal krwiożerczo) agresywne. Najczęściej jednak potulnie, niczym owieczki, nocami oraz godzinami trwały w skamieniałej kolejce, czekając na swój moment ekstazy ;) Zapewne takie zachowanie sprzyjało powstawaniu nowych znajomości wśród miłośników komiksu. Kontaktom towarzyskim oraz wymianie poglądów, w ogonku do artysty. I jest to jedyny pozytywny aspekt całego zagadnienia :)

Autografożercy byli zawsze nad wyraz namolni. Wybranemu obiektowi kultu nie dawali nawet chwili wytchnienia. Pamiętam, jak na jednym z konwentów, już wieczorem (a nawet nocą), Rosiński „gryzmolił” swoje obrazki w kuchni prywatnego mieszkania dziennikarki Anki. Ten zacny rysownik bezustannie był oblegany przez natrętów, wyzbytych wszelkich hamulców przyzwoitości. Tak jakby poprzez bycie gwiazdą stawał się automatycznie ich własnością :( Jako organizator przyszłych konwentów musiałem więc przygotować odpowiednie miejsce dla rzeszy jego wielbicieli oraz „łowców”. Postanowiłem wygrodzić specjalną przestrzeń na „strefę autografów”. Zarówno dla komfortu mistrza, jak i sprawnego przebiegu imprezy. Ustawianie dowolnej ilości rzędów krzeseł, stolików lub barierek nie przynosiło żadnego rezultatu. Wszelkie ruchome obiekty były natychmiast spychane przez rozentuzjazmowaną tłuszczę :( Lecz znalazłem rozwiązanie problemu :) Wykorzystałem niewielki obszar otoczony stalowymi balustradami, przy wejściu do ogromnej sali „kolumnowej”. Taką nieużywaną niszę :) Artysta był dobrze widoczny dla gości, ale jednocześnie otoczony „murem” nie do przejścia, ani zepchnięcia. Natomiast łowcy autografów musieli obowiązkowo ustawiać się w kolejce wzdłuż długiej balustrady, okalającej całą antresolę wokół prestiżowej sali. Po raz pierwszy autografożercy mieli sposobność, przynajmniej częściowego, udziału w imprezie :) Moje rozwiązanie okazało się proste oraz skuteczne. Aż dziw bierze, że żaden z eŁDeKowych orgów nie wpadł na nie wcześniej. Oczywiście, nie wszystkim się ono podobało :(

Dlatego, w kolejnych latach, orgowie umieszczali gwiazdy konwentu wyłącznie w „klatce” biura organizatorów, do którego nikt postronny nie miał prawa wstępu :( Zabawnie wyglądała wtedy kolejka autografożerców. Człowieki oczekujące „zbawienia”, smętnie siedzące na posadzce w korytarzu. Wtedy też, po raz pierwszy pomyślałem o zastosowaniu numerków. Żeby goście łaknący podpisu lub rysunku nie musieli bezsensownie zapychać wąskich korytarzy przedwojennej instytucji kultury. Aby w nieco większym stopniu, niż zazwyczaj, korzystali z całej imprezy.

Lecz numerki do strefy autografów pojawiły się dużo później. Już za rządów Mamuta. Były sposobem, ale też nieudolną próbą, rozwiązania kłopotu wiecznego tłoku chętnych uzyskania podpisu autora. Przypominam sobie festiwal, podczas którego stoliki dla artystów umieszczone były w cieniu dość wysokiej sceny. Zabawnie na zdjęciu wyglądał jakiś dzieciak, który siedząc na podeście radośnie dyndał nogami nad głową pracującego artysty. Pewnie ze sceny miał lepszy widok ;) Kolejnym razem, do utrzymania porządku w strefie autografów, orgowie zatrudnili filigranowej budowy, nieletnią wolontariuszkę. Jej cichutki głosik nieustannie ginął, przytłoczony chucią potężnych, wygłodniałych, wkur... autografożerców :( Jakim trzeba być orgiem-idiotą, żeby dopuścić do podobnej sytuacji :( Oczywiście „zmyślni” organizatorzy Mamuta znaleźli wreszcie (po latach) sposób opieki nad rysującymi autorami. Wynajęli ekipę z Warszawy (?!) Kilku rosłych kolesi, którzy w wolnych chwilach zajmowali się handlem oryginałami prac ilustrowanych (koniecznie z autografem). Oni na pewno wiedzieli, jak zaprowadzić właściwy porządek oraz kto ma pierwszeństwo w kolejce :( Tutaj przypomina mi się sytuacja z festiwalu w hali Expo, o której wspomniałem już w „Staruchy do piachu”. Mianowicie zwierzak, w swoistym, bizantyjskim geście, zarządził powstanie dwóch osobnych przestrzeni scenicznych. Tylko po co? Obie sceny były pokaźnych rozmiarów. Wyposażone w olbrzymie ekrany, kamery oraz świetną infrastrukturę elektroniczną stanowiły wizytówkę niefrasobliwego trwonienia środków przez Mamuta. Tymczasem na „scenie” autografów, jakiś osiłek ochroniarz musiał ryczeć kolejne numery autografożerców, przekrzykując spory hałas z hali, bowiem dla niego właśnie zabrakło mikrofonu :( Jednak mnie bardziej przerażał koszt wynajęcia całego sprzętu, który oczywiście zaakceptował dyrektor festiwalu :( Ile za tak zmarnotrawione pieniądze można by było wydać publikacji, promujących młodych artystów oraz sam komiks polski?

Zresztą nieudolność, marnotrawstwo oraz niegospodarność to określenia, które charakteryzują wszelkie działania całego festiwalowego dyrektoriatu ery Mamuta. Przykładem niech będzie pomysł Tymka na strefę autografów (wspominałem już o nim). Zrealizowany wyłącznie po to, aby spełnić kaprys zwierzaka. Tymek wymyślił specjalną „wyspę” dla autorów na płycie areny, stworzoną z podestów scenicznych. Jej wygląd był nieco dziwny, ale przynajmniej nikt twórcom nie „wisiał” nad głową :) W pierwszym roku podestów użyczyła Atlas Arena. Nie znam dokładnych rozliczeń Conturu, ale podobno wszelkie elementy (jak np. podesty, stoły, krzesła...) należące do hali sportowej wchodziły w skład kosztów użytkowania całego obiektu. Tymczasem rok później, kiedy podestów areny zabrakło, trzeba je było wynająć od firmy zewnętrznej. W tym przypadku cena wyspy Tymka wyniosła prawie siedem tysięcy złotych. Wiem to dokładnie, ponieważ wtedy zamawiałem wszystkie elementy zabudowy targowej. W tamtym czasie, za podobne pieniądze, można by było wydać dwa stu-stronicowe albumy komiksowe. Następnie rozdać je uczestnikom imprezy gratis. Ciekawe, co bardziej by ucieszyło festiwalowych gości? Fikuśna wyspa służąca tylko strefie autografów, czy darmowa publikacja dla wszystkich gości :(

Pozwolę sobie na jeszcze jeden przykład niegospodarności dyrektoriatu w zakresie autografów. W ostatnim roku (2018), w którym organizowałem cały obszar targowy łódzkiego festiwalu komiksu, dowiedziałem się, że w Atlas Arenie oddano do użytku specjalną konstrukcję dźwigową, do montażu różnych obiektów pod dachem hali. Na przykład: elementów scenografii lub wielkich wyświetlaczy. Urządzenie było o tyle fajne, ponieważ pozwalało instalować wszelkie moduły na poziomie ziemi. Następnie unosiło je wyciągarką, niemal pod sam sufit. Dlatego można było zrezygnować z usług drogich pracowników do robót na wysokościach, bo wszystko mógł kontrolować jeden człowiek :) Nośność nowej kratownicy była olbrzymia. Zapewne konstrukcja zdolna była unieść małe stado słoni ;) Wyciągarka znajdowała się tylko po jednej stronie hali. Nie namyślając się długo, przeniosłem w to miejsce (nie bez oporu Mamuta) scenę główną imprezy oraz strefę autografów. Pomyślałem, że w ten sposób będzie łatwiej, szybciej i taniej przygotować owe stałe elementy programu imprezy. Dokończyłem również plan pozostałych stoisk, w zabudowie targowej, na płycie Atlas Areny. Jakież było moje zdumienie, kiedy trzy dni przed festiwalem, gdy stoiska handlowe były już ustawione, Mamut zdecydował o innym sposobie montażu ekranu na scenie głównej :( Zamiast skorzystać z profesjonalnej, unoszonej płynnie rampy, do której (oprócz stada słoni) mógł być podwieszony dowolny wyświetlacz, zwierzak (albo jego kumple) wybrał równie profesjonalną, ale zbędną oraz bardzo drogą konstrukcję, składającą się z potężnych dźwigarów, na której radośnie hasali równie drodzy „alpiniści” :( Niespodziewana alternatywa zajęła dodatkowe cztery metry szerokości całej powierzchni, po obu stronach sceny. Naturalnie wpłynęło to na komunikację uczestników konwentu wokół stoisk targowych. Alejki zwęziły się znacznie. A mój misterny plan zabudowy areny uległ poważnej perturbacji. Czyja to była wina? :( Mamut od zawsze miał w „głębokim poważaniu” pracę innych. Lubił też, do ostatniej chwili, skrywać pomysły własne. Ku „uciesze” pozostałych organizatorów :(

Tekst został napisany człowiekiem. Fotkę również zrobił Witek.

Zrób sobie festiwal

Legenda o złym Witku
- wstęp do nowej historii Festiwalu Komiksu w Łodzi
Nisza w niszy
- opowieść o miejscu bardzo przyjaznym organizatorom
Milczenie owiec (a raczej baranów)
- historia pewnego, tajemniczego spotkania
W krainie ślepców...
- poznajemy skład pierwszego dyrektoriatu
Komiksowa agencja wycieczkowa
- ciekawe podróże dyrektoriatu na sam kraniec świata
Wystarczy być...
- co należy robić, aby trwać na cieplutkim stołku
Wystawy...
- przeróżne wystawy oraz ekspozycje z festiwalem związane
Vox populi
- głos ludu stowarzyszonego oraz obcego
Dyrekcja cyrku w budowie
- odyseja ekipy orgów po ciekawych miejscach Łodzi
Orgi oraz woły
- o tych, którzy pomagają oraz takich, co tylko udają
Inwazja autografożerców
- plaga równie żarłoczna co agresywna, niczym szarańcza
Wartość dodana
- jak z niczego stworzyć coś wartościowego?

listopada 23, 2024

Ciche miejsce

Odwiedziłem dzisiaj Łódzkie Targi Książki. Mimo, że zostały zorganizowane na kolejowym Dworcu Łódź Fabryczna, było to miejsce nadzwyczaj ciche i spokojne. Pomimo sporych tłumów gości, poruszających się z wolna alejkami między książkowymi stoiskami. W przestrzeni nie dominował hałas eventu, a jedynie delikatny szmer zainteresowania. Można więc w dzisiejszych czasach zorganizować imprezę kulturalną bez krzykliwej estrady, głośnej muzyki oraz ryków wypuszczonych z „klatek” cospleyerów. Tak też zapewne było dzisiaj na warszawskim „Niech żyje komiks” :)

Szkoda tylko, że w Łodzi zabrakło komiksów. Były tylko trzy stoiska (dwa duże i jedno mikro) na osiemdziesiąt możliwych :( Ale to w przyszłości można zmienić. Przypomnę tylko, że na przełomie wieku zorganizowałem kilka edycji Targów Komiksu. Pisałem o tym w „13lat prowizorki”. Być może warto więc wskrzesić tą inicjatywę? Z dala od monopolu Mamuta i jego przydupasów, którzy najpierw zawłaszczyli dla siebie cały polski komiks, a ostatnio Centrum Komiksu i TePe :( Dworzec Łódź Fabryczna doskonale się nadaje do tego celu. To chyba największy obiekt tego typu w Polsce. Jest tu ogromna przestrzeń (pod przeszklonym dachem) i jeszcze większy potencjał do organizacji przeróżnych eventów :)

Ważne jest tylko jedno. Żeby przyszli organizatorzy nie byli tak pazerni na kasę za stoiska, jak orgowie festiwalu komiksu w Atlas Arenie. Wstęp na Łódzkie Targi Książki jest darmowy. To cieszy każdego odwiedzającego :)

Tekst oraz foto zostały zrobione człowiekiem.

listopada 21, 2024

Orgi oraz woły

Podczas lektury moich festiwalowych wspomnień można odnieść mylne wrażenie, że ekipa przygotowująca kolejną edycję imprezy nie musi być liczna. Może tak było w pierwszych latach łódzkiego konwentu. Lecz zawsze potrzebni byli ludzie do wykonywania prostych czynności oraz tacy, którzy wyznaczali kierunki działania, dbali też o całokształt eventu. Od poziomu współpracy obu grup zależał sukces, bądź porażka każdego wydarzenia. Co prawda, zawsze największa odpowiedzialność, za powodzenie imprezy, spoczywała na barkach kierownictwa. Jednak bez wysiłku wielu szeregowych pomocników nie dałoby się stworzyć żadnego festiwalu.

Naturalnie wszystkie człowieki pracujące przy organizacji każdego konwentu musiały być jego organizatorami. Zarówno osoby planujące poszczególne punkty programu imprezy. Rezerwujące niezbędną przestrzeń w określonych ramach czasowych. Pozyskujące środki na realizację różnych składników kolejnego eventu. Raczej nie dało się tego robić na kredyt :( Zawsze też potrzebni byli ludzie dbający o koordynację wszelkich działań. Opiekujący się wystawami, Strefą Targową, konkursami oraz grami, publikacjami, czy spotkaniami z publicznością. Również niezbędne były osoby sumiennie zarządzające całym projektem (tak zwaną „papierologią”) z ramienia instytucji opiekuńczej (eŁDeK, eMeL, ECe1...). Wykonujące drobne usługi na rzecz eventu. Dbające także o ład i porządek, albo ochronę gości w trakcie imprezy. Wszyscy oni byli orgami! Obojętnie, czy za swoją pracę otrzymywali kasę, miskę strawy i koszulkę, albo jedynie „uścisk dłoni prezesa”. Nikomu nie powinno się odmawiać miana organizatora. Czy jednak można porównywać wkład pracy różnych człowieków?

W pierwszych latach łódzkiej imprezy poważny problem stanowiło wypełnienie galerii, użyczonych przez dom kultury, twórczością radosną początkujących autorów komiksów. Pracownicy instytucji rzadko się tym zajmowali. Przeważnie mieli „ważniejsze” sprawy na głowie, niż zajmowanie się promocją młodocianych artystów. Dlatego przygotowaniem konwentowych wystaw musieli zająć się ludzie Conturu, oraz ich znajomi z liceum, bądź uczelni. Czynność ta tylko z pozoru wydawała się łatwa. W specjalnych uchwytach, chybotliwych stelaży z metalowych rurek, należało precyzyjnie umieścić dwie ciężkie, metrowej wielkości, grube szyby z hartowanego szkła. Wcześniej między nimi ustawiano prace. Grafiki były często prezentowane po obu stronach szklanej tafli, więc procedurę powtarzano kilkukrotnie. Upadek sporego ciężaru z wysokości metra mógł skończyć się śmiercią lub kalectwem montażystów. Ale nikt nie zginął :) Jednak podczas tworzenia kolejnych wystaw eŁDeK stracił kilka kompletów drogich szyb :( A przecież mógł zatrudnić zawodowców... Kiedy z biegiem lat zaczęli „znikać” conturowcy, w przygotowaniu ekspozycji pomagały następne pokolenia licealistów z „plastyka” oraz ich koledzy. Niestety, na przełomie wieku darmowych pomocników zabrakło. Mimo iż dom kultury przeznaczał już niewielkie środki na właściwą prezentację komiksów. Pewnego roku sam z konieczności stałem się kuratorem wystaw. Odpowiednio przygotowałem materiał do ekspozycji. Natomiast przed imprezą, montażem prac w galerii zajął się Paweł. Znajomy handlarz z giełdy, wraz z kumplem. Oni też stali się organizatorami festiwalu :) Tylko dwie osoby? Czyli można było urządzić galerie sprawnie i szybko. Bez zbędnego, aczkolwiek miłego, towarzystwa całej kompanii orgów... Z doświadczenia wiem, że grupa znajomych, podczas wspólnej pracy, więcej czasu spędza na pogaduszkach i wymianie poglądów, niż efektywnym działaniu :(

Ale już w trakcie eventu, owi liczni „orgowie” zazwyczaj nic nie robili. Aczkolwiek wszyscy, zawsze stawiali się w komplecie, kiedy nadarzała się okazja do świętowania. Nagle pałali chęcią, aby udzielać się towarzysko. Spotykać starych znajomych. Chwalić się cudzymi sukcesami. Po prostu, robić dobre wrażenie. Bo przecież to była ICH impreza :( Wcześniej niektórzy „organizatorzy” nawet nie musieli nic czynić. Wystarczyło bowiem, że uważali się za członków Conturu, Grupy 8, lub innego stowarzyszenia, bądź grupy. Tym sposobem, ciągle rozrastała się sfera wirtualnych orgów... Tylko przed następnym konwentem, trudno było znaleźć wśród nich pomocników do realnej pracy :(

Wybrani pracownicy każdej instytucji kultury, która „opiekowała” się w swoim czasie łódzką imprezą, również przyczyniali się znacznie do powstania kolejnego festiwalu. Jednak większość działań wykonywali w ramach obowiązków służbowych. Natomiast za „nadgodziny” byli dodatkowo, sowicie opłacani. We właściwym przygotowaniu konwentu zawsze bardzo pomocne były środki z magistratu oraz innych instytucji publicznych, a także od sponsorów. Owych licznych mecenasów sztuki również winniśmy uważać za organizatorów :)

W pewnym momencie historii łódzkiego festiwalu komiksu pojawili się wolontariusze. Nie wiem dokładnie kiedy to było, ani skąd się wzięli. Bowiem nigdy bezpośrednio nie miałem z nimi do czynienia :( Być może, wolontariusze początkowo byli werbowani za pomocą „poczty pantoflowej”. Później, raczej przez liczne apele internetowe. Niewykluczone też, że mogła to być kolejna generacja uczniów liceum plastycznego, bowiem niektórzy z nich znali się wcześniej... Byli to przeważnie bardzo młodzi ludzie, żeby nie powiedzieć dzieci. Widocznie rodzice pozwalali nieletnim na taką aktywność. A może „starzy” nic nie wiedzieli, albo sami byli orgami? Przeważnie dyrektoriat wykorzystywał młodzież do prostych prac pomocniczych, jak noszenie, przenoszenie, ustawianie i przestawianie krzeseł, stolików i tym podobnych, dość lekkich obiektów... Wolontariusze pomagali też w obsłudze festiwalu. Starsi pracowali przy „obrączkowaniu” uczestników. Działali także w służbie informacyjnej oraz podstawowej opiece nad punktami programu imprezy. Czy byli organizatorami? Raczej wołami, bowiem wielokrotnie widziałem, jak dzieci przenosiły korytarzami o-ringu różne paczki, bambetle wystawców szczególnie lubianych przez Mamuta :( Zresztą cały dyrektoriat często zwalał na wolontariuszy liczne obowiązki, które powinien raczej powierzać dorosłym, płatnym pracownikom :( Natomiast kiedy zabrakło zleconej pracy, albo przydzielone zadanie zostało ukończone, młode woły często snuły się grupkami po korytarzach areny bez nadzoru. To mogło być niebezpieczne. Dlatego potrzebny był kierownik.

Pierwszym nadzorcą niewolników, pod rządami zwierzaka w Atlas Arenie, został Pączek. Miły, korpulentny, jowialny osobnik, którego lubili wszyscy. Zarówno orgowie, jak i woły. Jednak Pączek nie potrafił wypracować sobie autorytetu u młodzieży. Dlatego raczej nie nadawał się do pełnienia tak odpowiedzialnej funkcji. Jego brak zdolności przywódczych oraz nikła zdolność sterowania zasobami ludzkimi często był powodem festiwalowych perturbacji :( Nieco lepiej radził sobie z wołami Micheangelo. Pod jego rozkazami wolontariusze chodzili niemal, „jak w zegarku”. Ze mną również miał dobry kontakt. Ale chyba za bardzo przejmował się rolą. Ewidentnie, niezbyt skrycie pragnął władzy. Czasami dziwnie traktował niektórych mniejszych wystawców. Jednym zabraniał korzystać z dodatkowej, wolnej przestrzeni. Innym pozwalał rozkładać towar na „ziemi”, jak na podrzędnym bazarze. Trochę nie licowało to z prestiżowym wizerunkiem całej imprezy :(

Wkrótce Michała zastąpił Tymek. Nowa nadzieja kierownictwa festiwalu. Miał on dobry kontakt, zarówno z młodymi pomocnikami, jak i doświadczonymi orgami. Zawsze był bardzo zaangażowany w każde realizowane zadanie. Jeśli nie był pewien własnej decyzji, nie wahał się prosić o radę „starszych” ;) Powodem takiego, rzadko spotykanego wśród innych organizatorów, stosunku do pracy była chęć nabrania doświadczenia. Bowiem Tymek zamierzał w przyszłości otworzyć własną działalność eventową. Tymczasem był on pomysłodawcą unikalnej konstrukcji strefy autografów, z podestów scenicznych. Sprawiała się ona dobrze, jeśli elementy do budowy użyczała Atlas Arena. Lecz gdy ich zabrakło, wynajęcie podobnych od firmy zajmującej się zabudową targową, kosztowało krocie :( Sam Tymoteusz, po dwóch latach zacnej współpracy, opuścił ekipę orgów. W ramach wymiany studenckiej wyfrunął z Bolandu. Mamut był naprawdę niepocieszony :( Kiedyś tłumaczył mi, że musi wychować następców, bo on nie będzie organizatorem wiecznie (święte słowa). Doprawdy, czynił to w iście spartański sposób. Od razu wrzucał przypadkowych kolesiów na „głęboką wodę”. Niestety, rzadko który wypływał :( A najlepszy z nich odfrunął z matecznika ;)

Teraz wolontariuszami zaopiekował się Mariusz. Etatowy pracownik EC1. Przynajmniej przez dwa lata (wspomniałem już o nim kiedyś na blogu). Lecz obecnie, to były pracownik. I chyba nic tego nie zmieni :( Mariusz przez kilkanaście edycji łódzkiej imprezy zajmował się grową częścią festiwalu. Z różnym skutkiem. Napiszę o tym jeszcze... Ale chyba zapracował sobie na stanowisko.

Jak widać, w historii konwentu komiksowego, organizatorów było wielu. Chociaż tych naprawdę pomocnych, znacznie mniej. Według mnie, zupełnie by wystarczyła połowa. Lecz wyłącznie takich, pełnych entuzjazmu do działania... Niestety, wiecznym problemem dyrektoriatu była organizacja pracy. Trudno się temu dziwić, skoro orgowie od początku nie potrafili raz w roku wykrzesać z siebie nawet odrobiny zaangażowania. Zawsze zadowalali się cudzą robotą, badź inicjatywą. Obojętne, jaka by ona nie była :( Przykro jest to stwierdzić, ale wielu wolontariuszy zrobiło w przeszłości dla imprezy więcej, niż niektórzy, obecni organizatorzy. A to właśnie oni czerpią teraz korzyści z wysiłku innych, nie dając nic w zamian :(

Tekst został napisany człowiekiem. Lecz ilustrację wygenerowała SI
z niewielką pomocą Witka :)

Zrób sobie festiwal

Legenda o złym Witku
- wstęp do nowej historii Festiwalu Komiksu w Łodzi
Nisza w niszy
- opowieść o miejscu bardzo przyjaznym organizatorom
Milczenie owiec (a raczej baranów)
- historia pewnego, tajemniczego spotkania
W krainie ślepców...
- poznajemy skład pierwszego dyrektoriatu
Komiksowa agencja wycieczkowa
- ciekawe podróże dyrektoriatu na sam kraniec świata
Wystarczy być...
- co należy robić, aby trwać na cieplutkim stołku
Wystawy...
- przeróżne wystawy oraz ekspozycje z festiwalem związane
Vox populi
- głos ludu stowarzyszonego oraz obcego
Dyrekcja cyrku w budowie
- odyseja ekipy orgów po ciekawych miejscach Łodzi
Orgi oraz woły
- o tych, którzy pomagają oraz takich, co tylko udają
Inwazja autografożerców
- kolejne, ślepe ogniwo w łańcuchu ewolucji człowieków

listopada 16, 2024

Dyrekcja cyrku w budowie

Pierwsze lata, w roli chyba kierownika działu (nie wiem jakiego), w Łódzkim Domu Kultury, zapewne nie były dla Mamuta zbyt komfortowe. Musiał sprostać wielu okrutnym wymogom tej instytucji. Oczywiście, żadne z nich nie było związane z kulturą, ani nawet sztuką :( Najważniejszym było trwanie na posterunku, od godziny ósmej do szesnastej, potwierdzane własnoręcznym podpisem (na szczęście, nie krwią). Co robił zwierzak w tym czasie przy swoim biurku? Nikogo już nie obchodziło. Dla naiwnych, albo cwanych, zwierzchników najważniejsze było, że mienił się organizatorem złotodajnego festiwalu komiksu. Największej imprezy przygotowywanej „pod skrzydłami” eŁDeKu. Zwierzak musiał więc siedzieć cicho. Nie wychylać się zbytnio, aby dyrekcja nie poznała jego skrywanych „umiejętności”. W przeciwnym razie wyleciałby na ryj z instytucji, bez względu na potencjalne, eventowe skłonności. Taki był koszt paktu z domem kultury :( Nie odwiedzałem zwierzaka w tamtym miejscu. Bo i po co? To przecież on wyrzucił mnie z grona konwentowych orgów :( Współczułem nawet Mamutowi, tych lat spędzonych niemal samotnie w tej kulturalnej twierdzy. Pewnie towarzyszyły mu tylko byłe sekretarki Sobieraja, te z jednocyfrowym IQ. Można się załamać ;)

Ale, w niedługim czasie, pod auspicjami eŁDeKu, utworzyła się ekipa nieco bardziej lotnych organizatorów konwentu. Żeby ciągle nie podawać nazwisk, nazwałem ją, dla uproszczenia, dyrektoriatem. Ponieważ odtąd, owa trójca, rządziła niepodzielnie łódzkim festiwalem komiksu. Oczywiście, na tronie zawsze zasiadał Mamut. Po swojej prawicy miał „pracowitego” redaktora Piotra. Natomiast podnóżek zajmowała wierna sekretarka Kasia. Z biegiem lat oraz możliwości fikcyjnego zatrudnienia drużyna wzbogacała się, lub traciła, nowych orgów. Lecz jej trzon pozostał nie zmieniony do dzisiaj. Niektóre nowe postacie trwały na państwowym garnuszku (albo jego połowie) dłużej. Inne jedynie przez „chwilę”. Nigdy, specjalnie nie interesowała mnie struktura organizacyjna festiwalowego dyrektoriatu, więc nie będę szerzej zajmował się tym tematem. Ważne jest jedno. Wszyscy przedstawiciele owej „grupy trzymającej władzę” mieli podobny stosunek do pracy, własnej aktywności oraz samego komiksu. „Dobrali się, jak w korcu maku” :(

Reżim trwania oraz zarządzania aktywnością w eŁDeKu, odziedziczony w instytucji po minionym ustroju, bardzo przeszkadzał Mamutowi. Nie mógł swobodnie „wyfruwać na miasto”, bowiem jedyne drzwi (wyjściowo-wejściowe) były zawsze pod czujnym okiem cerberów z recepcji. Natomiast każde opuszczenie „stanowiska pracy” musiało zostać udokumentowane w magicznej księdze :( Dlatego zwierzak, ze swoją ekipą, bezustannie szukał możliwości ucieczki z placówki, która go przygarnęła. Być może jednak został z niej wyrzucony? Może kierownictwo eŁDeKu poznało wreszcie skrywane „zalety” Mamuta? Co wcale nie było takie trudne :) Ciepłe gniazdko, dla całej trójcy oraz stowarzyszenia, zwierzak znalazł w Domu Literatury w Łodzi, na słynnej ulicy Roosevelta. Miejsce to było znacznie mniej rygorystyczne, niż eŁDeK, więc dyrektor festiwalu chętnie przylepił się do niego, na doczepkę :) Nie jestem pewien, czy kierownictwo tej instytucji, było w pełni świadome przyssania nowych pasożytów kultury :( Kilka razy byłem w tej „siedzibie” orgów. Składała się ona z okrągłego stoliczka (może mieli jeszcze własną szafkę), pośrodku jednej z sal zabytkowego budynku, zajmowanej przez etatowych pracowników Muzeum Literatury. Nigdy nie widziałem w tym miejscu całego kworum. Zapewne, owa partyzantka, była dla Mamuta idealnym rozwiązaniem. Nareszcie był wolny. Nie podlegał żadnej kontroli :)

Wszelako siedziba dyrektora Międzynarodowego Festiwalu Komiksu wymagała właściwej rangi. Przecież nie mógł on „siedzieć kontem” u obcych, jak jakiś żebrak. Dlatego wkrótce, od władz miasta, za „zasługi” w promocji, otrzymał luksusowy lokal przy ulicy Piotrkowskiej 28 (obok Domu Handlowego Magda). Było to bardzo prestiżowe miejsce. Oraz bardzo cenne, bo lokale przy Piotrkowskiej są najdroższe w Łodzi, więc niewielu „biedaków” na nie stać. Lecz Mamut nie musiał za nową siedzibę aż tyle płacić. Magistrat potraktował go bardzo ulgowo. Pewnie zwierzak omamił nieświadomych urzędników perspektywą przyszłych, licznych akcji związanych z promocją miasta. Fasadowych oczywiście :( Ale nadal potrzebował kasy na opłacenie lokalu. Własnych środków posiadał zawsze niewiele, bo wszystkie pozyskane lub wyżebrane, od razu „przeżerał”.

Ekskluzywny lokal w centrum miasta składał się z dwóch sal większych, dwóch mniejszych, osobnych: łazienki oraz kiblo-ścianki. Za „komuny” znajdował się tu duży sklep obuwniczy. Ale w gospodarce rynkowej szybko upadł. Wejście do lokalu otwarte było na niewielki wybrukowany placyk, z popularną rzeźbą fabrykantów, zorganizowaną kiedyś przez kolejnego, łódzkiego, pozytywnego oszołoma ;) Obok była jadłodajnia McDenata i pamiętający „lepsze” czasy dom handlowy. Pod nim istniały śmierdzące kazamaty, w których znalazł się magazyn Centrum Komiksu oraz Stowarzyszenia Contur :( Lecz na powierzchni, cały obszar wyglądał doprawdy interesująco. Przestrzeń była odpowiednia do organizacji przeróżnych eventów na świeżym powietrzu. Nic więc dziwnego, że dyrektoriat często korzystał z tej możliwości.

Mamut część największej sali podnajął Biskupowi na sklep/antykwariat, książkowo/płytowy, lecz przeważnie komiksowy. Nie jestem pewien, czy było mu wolno. Ale tym sposobem znalazł środki na opłacenie wynajmu całego lokalu. W pozostałej części pomieszczenia (na oknach) znalazła miejsce kieszonkowa galeria (w tym przypadku określenie ekspozycja, byłoby również nadużyciem) oraz komiksowa „biblioteczka” (na ścianach), z której atrakcyjne pozycje, wyżebrane od wydawców, znikały „wypożyczane” bezzwrotnie z upływem czasu :( W drugiej, mniejszej sali znajdowało się biuro festiwalowych orgów. W międzyczasie ich ekipa powiększyła się o Ewę oraz Blu. Wszyscy potrzebowali więc dużo przestrzeni :) Dwie mniejsze salki były podręcznymi magazynami, na konwentowe wydawnictwa oraz bezcenne, wielkie arkusze pięciowarstwowej tektury. Używając kilku z nich, po latach, zrobiłem moje słynne komiksowe standy ;)

Duży lokal, znajdujący się w prestiżowej lokalizacji, był świeżo wyremontowany. Wkrótce zapełniły go meble. Ogromna lada i szafki na komiksy w dużej sali (sklepowo/galeryjnej), oraz biurka i składane krzesełka w części „biurowej”. Tutaj też spoczywały dwa wygodne fotele dla specjalnych gości. Zaraz obok biurka dyrektora :) Długo jednak lokacja nie pachniała świeżością. Wkrótce część sklepową spowił niesamowity zapaszek stęchlizny, znany skądinąd bywalcom wielu antykwariatów. Często na biurku Mamuta oraz okolicznej podłodze walały się słonecznikowe łupiny (zwierzak bynajmniej nie był wielbicielem Van Gogha). Natomiast welurowe fotele pokryły włosy z sierści liniejącej bullterierki, ulubienicy Kasi. Nieodzowny, do pełnego obrazu „twórczego nieładu”, był wieczny bałagan na pozostałych biurkach. A zwłaszcza w strefie antykwarycznej. Wkrótce też luksusowa siedziba Łódzkiego Centrum Komiksu zaczęła przypominać stajnię. Działo się to wszystko w reprezentacyjnym punkcie Łodzi :( Lecz orgowie Mamuta nadal podtrzymywali „artystyczną atmosferę” miejsca. Wernisaże w mikro galerii częstokroć nie mieściły się w środku. Jeśli były „zakrapiane”, stwarzały problem straży miejskiej. Ale na szczęście, w pobliżu był monitoring ;) Aby wypełnić zobowiązania edukacyjne obiecane miastu, czasami dla wycieczek szkolnych, albo przypadkowych gości, orgowie urządzali „warsztaty komiksowe” prowadzone przez okazjonalnych „artystów”. Dzieci były zawsze bardzo zadowolone. Przecież zrobiłyby wszystko, żeby uniknąć nudnych lekcji :( Lecz największym entuzjazmem cieszyły się zabawy na świeżym powietrzu. Robione wyłącznie dla najmłodszych, które beztrosko akceptowały wszelką prostacką, atoli barwną rozrywkę. Znowu małe urwisy radowały się setnie, więc dorośli musieli tym bardziej :( Każde, nawet najmniejsze wydarzenie w Centrum Komiksu, było skrupulatnie obfotografowane. Aby następnie świadczyć w mediach, o niebywałych zdolnościach organizatorów oraz potrzebie istnienia takiego, kultowego miejsca w centrum miasta.

W eŁCeKu odbywały się jeszcze jakieś „tajne” działania, których rezultaty niewielu człowieków widziało. Związane z organizacją „City Stories”, „wystaw komiksowych w kraju i za granicą, warsztatów, spotkań autorskich, premier albumów, prezentacji, paneli dyskusyjnych”. Dyrektoriat „włączał się w projekty, w których komiks jest narzędziem informacji i edukacji”. Nie lękajcie się :) To tylko medialne newsy, podtrzymujące fasadę efektywności orgów, z oficjalnej, publicznej laurki całego zespołu. Piksele ekranu zniosą znacznie więcej :(

Wkrótce jednak Mamut zapragnął odrobiny spokoju. Mimo, że raczej rzadko można go było spotkać przy dyrektorskim biurku w eŁCeKu :( Podobno kończyła się możliwość wynajmu lokalu przy Piotrkowskiej. A może decydenci mieli dość, przaśnych atrakcji dyrektoriatu w tym miejscu? Lecz dla zwierzaka oraz jego świty pojawiła się kolejna okazja. Kończono właśnie remont, rewitalizację starej, zabytkowej elektrociepłowni łódzkiej (EC1). Znajdującej się blisko eŁDeKu, czyli w centrum miasta. Nie tylko Mamut był zauroczony olbrzymią budowlą, ale i całym obszarem przyszłego „miasta kultury”. Dyrektoriat szybko zmienił „barwy klubowe” i w głównym budynku dostał nowe biuro :) Czyżby pojawiła się kolejna możliwość przekształcenia siedziby w stajnię?

Przez jakiś czas ekipa orgów nie mogła znaleźć sobie pozycji w „mieście kultury”. Biuro festiwalowe „wędrowało” po różnych pietrach całego budynku. Wreszcie Mamut odkrył właściwe miejsce na „gniazdo”. W kolejnym, „prywatnym” już budynku: Centrum Komiksu i Te Pe, który niemal wybudował „własnymy rencamy” :) Ale to już inna historia...

Tekst został napisany człowiekiem. Obrazek również zrobił Witek
z trzech grafik dostarczonych przez SI :)

Zrób sobie festiwal

Legenda o złym Witku
- wstęp do nowej historii Festiwalu Komiksu w Łodzi
Nisza w niszy
- opowieść o miejscu bardzo przyjaznym organizatorom
Milczenie owiec (a raczej baranów)
- historia pewnego, tajemniczego spotkania
W krainie ślepców...
- poznajemy skład pierwszego dyrektoriatu
Komiksowa agencja wycieczkowa
- ciekawe podróże dyrektoriatu na sam kraniec świata
Wystarczy być...
- co należy robić, aby trwać na cieplutkim stołku
Wystawy...
- przeróżne wystawy oraz ekspozycje z festiwalem związane
Vox populi
- głos ludu stowarzyszonego oraz obcego
Dyrekcja cyrku w budowie
- odyseja ekipy orgów po ciekawych miejscach Łodzi
Orgi oraz woły
- o tych, którzy pomagają oraz takich, co tylko udają

listopada 09, 2024

Metoda strusia

Co prawda... Głównym celem moich tegorocznych wpisów nie było wcale zdetronizowanie Mamuta (byłaby to zapewne doskonała pożywka dla wiecznie żądnych krwi mediów :) Ani też przywrócenie do pionu całego dyrektoriatu (tego się już zrobić nie da). Miałem jednak nadzieję szerszego zainteresowania problemami około-festiwalowymi większą rzeszę środowiska. Tymczasem znane od lat portale, zajmujące się tematyką komiksową (Aleja Komiksu, Polter, Zeszyty Komiksowe, KZ... Gildia już się sprzedała), do których zwróciłem się z prośbą, o zamieszczenie choćby linka do bloga Komiks Forum, nawet mi nie odpowiedziały. Kogo bowiem interesuje organizacja imprez komiksowych w naszym kraju? Liczą się przecież tylko świeżo wydane komiksy oraz te archiwalne, lecz najbardziej ulubione :) Niekiedy odzywają się w sieci odgłosy protestu: że event jest źle przygotowany, spotkania banalne, bywa za głośno, stoiska na giełdzie rozproszone... Lecz giną one, w bardzo krótkim czasie, w ogólnej atmosferze histerycznego entuzjazmu, że coś się w ogóle udało. Prezentowanej desperacko przez większość portali. Oprócz mojego :)

Dzięki uprzejmości Krzysztofa, który udostępnił mi linki: https://www.facebook.com/acabnews24/posts/pfbid0qRTnaHxXKHBqXWBkMht33GabiRBsqw7nXesaNX9Q4M4jGS3cMkMCXRZVvVHo9cRxl oraz https://www.facebook.com/polskiekomiksy/posts/pfbid0nXpoyCSUGZwcWg99n9Bq4qHmJSqtPdVxseVFiWhybm68TUzZfX3FvvqRaWX32jfcl mogłem poznać dwie krytyczne oceny tegorocznego festiwalu zamieszczone na fejsie. Przykro mi, że nadal nie jestem w stanie skutecznie buszować po sieci. Ale nie zamierzam nikogo, po raz kolejny, zanudzać moimi problemami. Niemniej smutne jest, że owe zasadne opinie zostały potraktowane przez organizatorów w znany od lat sposób: psy szczekają, a karawan Mamuta jedzie dalej :( Zapewne w tej chwili opinie „malkontentów” zniknęły już z „taśmy produkcyjnej” portalu społecznościowego. Młodzi pokrzyczeli sobie trochę. Pomarudzili, pokrzyczeli. Zmęczyli się i zamilkli :(

Pozytywnym aspektem odpowiedzi Mamuta, na aktualne zarzuty fejsbookowych adwersarzy, jest użycie przez dyrektora festiwalu Sztucznej Inteligencji ;) Bowiem nigdy nie widziałem tak gładkich i „okrągłych” tekstów, o niczym, spod „betonowego” pióra zwierzaka. Zapewne zastosował SI, żeby zbytnio nie nadwyrężyć własnej :)

Zabawnym jest, że większość problemów poruszanych, w krytycznych recenzjach łódzkiego festiwalu komiksu, pojawiła się już dawno na moim blogu. Jednak zmarła śmiercią zapomnienia, ponieważ żaden z ówczesnych „malkontentów” tematu wtedy nie podlinkował :( Nawet jeden z czołowych działaczy obecnego środowiska miłośników komiksu był zaskoczony moim (choć nie tylko) ostatnim wpisem: Vox populi. Bowiem nie wiedział, że „tarcia”, w obrębie stowarzyszenia Contur, trwają aż tak długo :(

Kiedy skończę moją obecną „książkę” o historii łódzkiego festiwalu, znacznie różniącej się od oficjalnej propagandy Mamuta, zapewne przez tydzień, dwa, może miesiąc będzie w komiksowym getcie trochę szumu. Lecz wkrótce sytuacja wróci do „normy” :( Tak, jak to było dwadzieścia lat temu, po publikacji „13lat prowizorki”. Bo kogo obchodzą imprezy komiksowe oraz kto nimi rządzi? Liczy się tylko to, że są :( Pozwolę sobie przypomnieć jeden argument, o którym napiszę jeszcze. Podczas jednego festiwalu, za pieniądze niepotrzebnie wyrzucone w błoto, poprzez wynajęcie zbędnych podestów scenicznych dla strefy autografów, można by wydać dwa stu stronicowe albumy komiksowe, które chyba bardziej ucieszyłyby miłośników komiksu. A na pewno autorów graficznych opowieści :(

Tekst napisał tylko jeden człowiek. Natomiast obrazek wydrapała SI :(