Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z innej beczki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z innej beczki. Pokaż wszystkie posty

listopada 30, 2024

Zaczarowany ołówek

Zapewne młodsi czytelnicy mojego bloga nie pamiętają tego. Ale w czasach słusznie minionych była taka animowana bajka (seria), którą można było od święta obejrzeć na czarno białym telewizorze. Nazywała się „Zaczarowany ołówek”. Jej bohater, za pomocą magicznego narzędzia do rysowania (dostarczanego we wrażych momentach przez krasnoludka), pomagał różnym dobrym istotom w nagłej potrzebie, rysując adekwatne przedmioty, które stawały się „ciałem”... Jakże mogło być inaczej? To przecież bajka :)

Lata później zazdrościłem Jill Bioskop (fascynującej bohaterce komiksów Bilala) możliwości przeniesienia swoich myśli na „wirtualny papier”, za pomocą script walkera. Ja wtedy, jak i obecnie, z dużą trudnością zbierałem do k... pojedyncze słowa, przy użyciu tradycyjnej klawiatury. Chociaż teraz mogę już to robić nawet paszczą :)

Z pewną taką nieśmiałością podchodziłem do pierwszych, literackich emanacji Sztucznej Inteligencji, które zademonstrował mi kiedyś kumpel, jej entuzjasta. Efekt pracy wirtualnego pióra był komiczny, żeby nie powiedzieć śmieszny. Owe wypracowania, mogły sprostać jedynie wymaganiom pierwszych klas szkoły powszechnej (co pewnie czyniły). Każdy tekst był doprawdy bardzo drętwy, zbyt gładki, nienaturalny, wręcz sztuczny. Nie było w nim nawet krzty „ducha z maszyny”. Mimo rozlicznych możliwości dobierania parametrów stylu pisania, oferowanych przez mózg elektronowy gdzieś na krańcach internetu. Nawet ja, niedzielny skryba, zauważałem tą obcą cudaczność sztucznej literatury :(

Jednak, kiedy zobaczyłem efekty pracy różnych grafików SI „kopara mi opadła” :) Choć nie od razu. Pierwsza próba (z wilkiem) spełniała niemal wszystkie aspekty mojego „zaklęcia”. Ilustracja była ładna, klimatyczna, przyzwoicie wykonana. Lecz nie robiła większego wrażenia. Zapowiedź przełomu pojawiła się w trakcie spotkania robota z klownem. Pomyślałem wtedy, że z moimi umiejętnościami, nie byłbym w stanie zrobić takiego rysunku. Chociaż próbowałem :(

Aby przekazać komuś innemu, za pomocą obrazu, własną myśl, odczucie, pogląd, potrzebny jest na początku odpowiedni pomysł. Następnie trzeba przygotować materiały i właściwe narzędzia. Tak też zrobiłem w przypadku mojego rysunku z „inteligentnym pędzelkiem”. Pisałem już o tym, ale teraz nieco rozwinę temat... Oczywiście, nie miałem wtedy najmniejszej możliwości, aby rysunek stworzyć odręcznie. Wystarczającą dużo czasu poświęcałem na „pisanie”. Jednak potrzebowałem jeszcze ilustracji. Obrazek miał być prosty, czytelny dla każdego. Składał się z trzech elementów: rysunkowego tła w dużym powiększeniu, pędzelka lub stalówki oraz kreskówkowego spojrzenia (inteligentnego inaczej). Do utworzenia stosownego, drugiego planu wykorzystałem detal grafiki Trusta (z okładki pierwszego Komiks Forum). Podczas google-poszukiwania pozostałych, pasujących składników ilustracji musiałem się już sporo natrudzić :( A jeszcze należało je przekształcić we właściwy sposób. Praca przy ilustracji była niewątpliwie fascynująca. Nawet sprawiła mi pewną satysfakcję. Lecz zabrała zbyt wiele cennego czasu, jak na potrzeby banalnego obrazka zdobiącego zwykły tekst :( Po jej ukończeniu, nie byłem szczególnie zadowolony efektem. Dlatego spróbowałem współpracy z SI.

Kolejna grafika (ta z owieczkami) „rozwaliła system” :) Byłem pod ogromnym wrażeniem ich włóczkowej, dzierganej cielesności. I te spojrzenia... Sam nie byłbym w stanie stworzyć takiego dzieła! Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, ile zajęłoby mi czasu narysowanie podobnego obrazka... A wystarczyło tylko jedno, krótkie zaklęcie :) Niemal, jak w „Zaczarowanym ołówku”.

Następne „odwalenia” SI również robiły na mnie duże wrażenie. Naturalnie, dość często musiałem dokonywać wyboru, spośród licznych propozycji wirtualnych artystów. Czasami powtarzałem zaklęcia, aby uzyskać satysfakcjonujący mnie wynik. Często jednak rezultat tych działań przekraczał znacznie moje wyobrażenia. Co prawda, kilka razy „odręcznie” modyfikowałem wygenerowaną rzeczywistość. Ale tylko w celu wzmocnienia efektu całości... Pomysł, fraza, wybór. To słowa kluczowe, podczas współpracy ze Sztuczną Inteligencją. Spełniają one wszelkie wymogi artystycznej kreatywności. Oferują też niesamowity potencjał nawet zwykłemu człowiekowi. Rozumiem, że „zawodowi” graficy mogą czuć się zagrożeni, taką inwazją wirtualnej mocy. Lecz dla świadomych twórców, korzystanie z SI, będzie na pewno również pomocne przy dowolnych realizacjach. A czy zwykłe człowieki nie powinny mieć możliwości kreowania piękna? „King Size dla wszystkich!” :)

Tekst napisał tylko jeden człowiek. Natomiast obrazki, w większości, stworzyła SI.

września 29, 2024

Na linii produkcyjnej

Być może, za sprawą mojego „starczego” wieku ;) albo ciągle rozwijającej się „geriatrycznej” upierdliwości ;) jestem pod wrażeniem mechanizmu funkcjonowania współczesnych mediów społecznościowych. Oczywiście nie znam ich wszystkich, ale chyba „ocieram się” często o te najpopularniejsze.

Zdumiewa mnie zawsze ilość zbędnego kontentu, który towarzyszy każdej wizycie na Facebooku, Instagramie, czy dawnym Twitterze (nazwa X, doskonała ze względu na świetne pozycjonowanie, w pisaniu jakoś mi nie leży). Każdy odwiedzający dzisiejsze socjale, pragnąc dowiedzieć się co słychać u znajomych z całego świata, których czasami jest kilku (albo nawet pierdyliard), jest bezustannie bombardowany treścią, której na pewno nie oczekiwał. Skromne wpisy prawdziwych znajomych zaprawdę giną w zalewie niechcianych reklam, propozycji, ofert oraz bezużytecznych informacji od obcych ludzi, bądź sprytnych podmiotów gospodarczych :( Najnowsze wieści od kumpla (lub kumpeli ;) poprzedzane są i szybko zastępowane masą niepotrzebnej treści, o bardzo różnym poziomie emocjonalnym. Taki natłok odmiennych bodźców powoduje ogromne spłycenie poważnych tematów oraz rozwodnienie, tych bardziej zabawnych. Zawsze, kiedy zaglądam do obojętnego portalu społecznego, czuję się jakbym oglądał jakąś surrealistyczną linię produkcyjną anonsów różnej treści. Ciekawe, czy inni goście również wiedzą, że to oni są produktem? :(

Rozumiem potrzebę istnienia reklam. Wszak każdy portal musi na siebie zarobić. Takie są prawa natury! Przecież witryna nie może udostępniać swoich forów „za darmo”. Wieści z całego świata są na serwerach, łakomych dużej ilości prądu. A energia kosztuje coraz bardziej. Jak również pensje mądrych człowieków wciskających właściwe guziki ;) Rozumiem też wymóg targetowania. Sprawdzania tysiące razy w ciągu sekundy na co patrzę dłużej, a na co krócej. Co mnie na internetowej taśmie interesuje. Kogo lajkuję, zaś kogo hejtuję. Oczywiście źródłem cennej wiedzy dla botów są moje wpisy, a zwłaszcza komentarze. Gdyby to były żywe człowieki byłbym zadowolony. Ale jest jak jest i już na pewno nigdy nie będzie :(

Szpiegowanie użytkowników sieci jest niezbędne do odpowiedniego ich profilowania. Owej wiedzy tajemnej poszukują reklamodawcy od zawsze. Dzięki niej mogą skutecznie „wciskać” do głów oglądających właściwy kontent. Jedynie słuszne treści. Natomiast każdą cenną informację skutecznie monetaryzują właściciele social mediów :) Taka „standardowa procedura” nie budzi już zastrzeżeń pozostałych gości. Być może niektórzy, ci najstarsi oraz najmłodsi, nie mają nawet bladego pojęcia o procederze. Lecz wszyscy, bez wyjątku, muszą poddać się skanowaniu, albo spieprzać. Nie bez kozery, większość internetowych witryn wymaga logowania. W ten sposób łatwiej jest rozpoznać ludzia oraz uzupełnić akta delikwenta. Ciekawe, że czasami trudno anonimowo przeglądać prezentowane w Internecie treści. Trzeba koniecznie zalogować się, aby uzupełnić swój życiowy profil. Kiedyś rozbawił mnie komentarz pewnej niewiasty, chyba blondynki (ale nie bądźmy seksistami ;). Napisała ona, że przeglądając fejsa czuje się, jakby ktoś ciągle ją obserwował. Nie łudź się „słoneczko” ;) To nie ktoś, ale cała armia bezrozumnych botów, większa niż możliwości poboru całego Imperium Galaktycznego. Owa potęga gotowa jest wypełnić każdy rozkaz. Na szczęście, wyłącznie na usługach koncernu Meta :(

Bezustanne, natarczywe propozycje zapraszania nowych znajomych do własnego kręgu jest również zrozumiałe. Przecież ciągle potrzebne są nowe „produkty” na socjalnej taśmie. Oczywiście, im jest ich więcej, tym trudniej odszukać w tym śmietnisku dezinformacji wieści od prawdziwych przyjaciół :( Dla portalu obojętne jest, czy potencjalny nowy znajomy ma z tobą wspólnych nieznajomych. Może wiążą was podobne zainteresowania? Miłość do kotów, albo kibicowanie seryjnym mordercom? Albo mieszkacie na tej samej ulicy, dzielnicy, mieście/wiosce lub kraju... Dla witryny społecznej wasze powiązanie jest drugorzędne. Najważniejsze, byleby mógł wykorzystać narzuconą znajomość do własnych celów :(

Uzupełnieniem niechcianej treści jest morze śmiesznych, strasznych, pouczających lub ostrzegających filmików. Albo, przeważnie niepotrzebnych nikomu porad, cytatów, „złotych myśli” oraz mniej lub bardziej durnych memów i dowcipów. Jedynym zadaniem tego kontentu jest wypełnienie pustej szpalty internetowej witryny. Lecz równocześnie, owa zbędna treść, jest bogatą i jedyną pożywką dla smartfonowych zombie. „Kciukających” miliardy banalnych informacji, w każdym momencie swego pustego życia :(

Kumpel, który ma normalne (szybkie) łącze internetowe, powiedział mi, że nie zwraca uwagi na „socjalne śmieci”. Lecz bez wątpienia, jego zdolność jest skutkiem olbrzymiego samozaparcia. Gigantycznej, silnej woli oraz ogromnego doświadczenia w kontaktach z siecią. Dla mnie, przebijanie się przez niechciany kontent, w poszukiwaniu wieści od prawdziwych znajomych, to kolosalna udręka. Swoją drogą. Ciekawe jaki ślad węglowy generuje zbędna treść społecznościówek, na którą i tak niewielu zwraca uwagę?

Portale społecznościowe traktuję jedynie, jako drogowskazy do kontrolowanej, wyłącznie przeze mnie, treści. Oczywiście, czasami zatrzymuję się, przeglądając widoczną stronę popularnego forum. Jeśli zdołam zauważyć ciekawą dla mnie informację, pośród „cyfrowego błota”. Jednak robię to niezmiernie rzadko. Bowiem przeważnie, pozostały kontent przyprawia mnie niemal o mdłości. Nie jestem orędownikiem używania blogów. Ale miejsca te skuteczniej prezentują poglądy twórcy, niż wszystkie popularne witryny społecznościowe razem wzięte. Gdyby pojawiło się w sieci miejsce, gromadzące wszystkich moich znajomych. Przestrzeń bez nadmiernych reklam oraz innego, zbędnego obciążenia, pokazująca jedynie drogowskazy do źródeł czystych i pięknych. Myślę, że byłbym szczęśliwy :) Nie tylko ja zresztą. A może taka utopia już istnieje? Niestety, przez moją ułomność cyfrową, nie jestem w stanie tego sprawdzić :(

Tekst ten został napisany człowiekiem. Lecz obrazek, w większości, już nie.

września 27, 2024

Legenda o złym Witku

Wielokrotnie zastanawiałem się dlaczego niektórzy przedstawiciele rodzimego środowiska komiksowego, nie znając mnie osobiście, mają o mojej osobie tak złe mniemanie. Co było powodem takiego stanu rzeczy? Oprócz oczywiście wrodzonej niechęci naszych rodaków do osób, pełniących funkcje kierownicze, wyjątkowo zdolnych ;) bardziej efektywnych ;) albo po prostu takich, które odniosły jakikolwiek sukces :(

Nikt nie lubi handlarzy. Nawet jeśli się do tego nie przyznaje :) Wynika to pewnie z zazdrości, że ktoś inny ma obiekt pożądania, który można zdobyć jedynie płacąc odpowiednią (czasami wysoką) cenę. Tymczasem ja musiałem handlować od dziecka. Wychowałem się w ubogiej, niepełnej rodzinie i był to jedyny, skuteczny sposób (a próbowałem wielu) uzyskania środków na potrzeby własne. W „czasach komuny”, kiedy gospodarka naszego kraju borykała się bezustannie z notorycznym problemem niedoboru wszystkiego (w każdej dziedzinie życia), bardziej rzutkich obywateli określano mianem spekulantów. Obojętnie, czy deficytowe towary pozyskiwali w nieczysty sposób, lub ofertę wypracowali „w pocie czoła”. Naturalnie było to nadużycie pojęcia, sprokurowane przez ówczesnych rządzących wyłącznie na potrzeby propagandy. Ale „ciemny lud” określenie kupił i zapamiętał regułę na lata, a nawet pokolenia :(

Handlowanie było jedynym sposobem pozyskania nowych komiksów do kolekcji. Pod koniec lat .70, kiedy zacząłem swoją „działalność” ;) rynek komiksowy praktycznie nie istniał. Rodzime publikacje ukazywały się niezmiernie rzadko i były trudne do zdobycia. Nieco lepiej sytuacja wyglądała na bazarach, organizowanych cyklicznie w większych miastach. Od zarania dziejów było to miejsce wymiany (drogą kupna-sprzedaży) dóbr wszelkiego rodzaju. Natomiast w epoce realnego socjalizmu, przeważnie trudno dostępnych na wolnym rynku. W miejscu tym istniała również możliwość dorobienia „paru groszy” do skromnego budżetu wielu rodaków. Dlatego cieszyło się ono szczególną popularnością, chyba we wszystkich kręgach społecznych :) Na łódzkim bazarze zobaczyłem wreszcie oryginalne komiksy zagraniczne. Uświadomiłem sobie wtedy, jaka przepaść dzieli rodzime historyjki obrazkowe od prawdziwej literatury ilustrowanej. Naturalnie, w obrocie bazarowym były wyłącznie egzemplarze używane. Cena nowych, zagranicznych publikacji, ze względu na hiper realny przelicznik walutowy, była nieosiągalna dla zwykłego miłośnika komiksów. Ale czasami trafiały się wydawnictwa w „idealnym stanie”. Bazar był nie tylko miejscem wymiany kolorowych zeszytów. Stanowił również świetną okazję spotkania innych entuzjastów gatunku. Działo się to w czasach, kiedy inne zgromadzenia człowieków nie były przez władzę mile widziane. Na Wodnym Rynku, wśród wielu pasjonatów poznałem słynnego Izydora. Legendarnego handlarza komiksami i fantastycznymi książkami, które również w tamtym okresie były rarytasem. Lecz biedna Łódź stanowiła wtedy jedynie hub gromadzący nieznane komiksy. Bez wątpienia, przyczyniła się do tego nieoficjalna oferta wydawnictw zagranicznych, które „przeciekały” z drukarni na rynek. Lecz były to przeważnie tytuły pośledniej jakości. Dlatego szukając lepszego źródła „złotego runa” musiałem ruszyć w Polskę :)

Dobrym miejscem zdobywania unikalnych komiksów był warszawski Wolumen. Wiadomo, mieszkańcy stolicy zawsze zarabiali więcej, niż pozostali obywatele naszego kraju. Mieli ponadto lepsze możliwości pozyskania deficytowych dóbr zza „żelaznej granicy”. Toteż na Wolumenie można było kupić komiksy niemal z całego świata. Pamiętam jak kiedyś targowałem się z synem Rosińskiego, który sprzedawał kolekcję ojca. Zapewne nie chciał zabierać starych albumów do „źródła obfitości” :) Jarmark Dominikański w Gdańsku pamiętałem jeszcze z okresu dzieciństwa. Było to miejsce bogate w najróżniejsze komiksy zagraniczne. Przyczyna takiej obfitości pewnie zależała od marynarskich wojaży. W Trójmieście „rządziło” liczne środowisko miłośników komiksu, z Szyłakiem na czele. Ale z pasjonatami literatury obrazkowej zawsze mogłem się dogadać :)

W połowie lat .80 ja również zyskałem możliwość wyjazdu za „żelazną granicę”. Najbliższe, dobre księgarnie komiksowe były już w Berlinie (wtedy jeszcze Zachodnim). Wreszcie mogłem kupować naprawdę wybrane, nowe i aktualne wydawnictwa. Problemem były tylko ich wysokie ceny. Oczywiście, jak na realia naszego biednego kraju. Mimo bardzo uciążliwych warunków dojazdu z Łodzi i horrendalnie drogich kosztów takiej „wycieczki”, bywałem w tych sklepach wielokrotnie. Czasami, podczas zakupów, spotykałem Sławka Wróblewskiego, który zaopatrywał własny punkt handlowy w Gdańsku (Comics Universum) z tych samych źródeł.

Kupowanie komiksów zagranicznych, w ubiegłym wieku, nie należało do najłatwiejszych czynności. Wiązało się zawsze ze żmudną pracą i pochłaniało znaczne środki. Natomiast potencjalny zysk często był lokowany w nowym towarze. Dlatego niezmiernie trudno można było wycofać się z komiksowego interesu na własnych warunkach. Nie znam nikogo, komu się to udało :( Oczywiście kłopoty związane z handlem rzadko znajdowały zrozumienie u odbiorców. Kupujących interesowały wyłącznie jak najniższe ceny, a nie problem sprowadzania ilustrowanych rarytasów. Tak jakby atrakcyjne komiksy rosły na drzewach, w sadzie pod miastem :( O innych sposobach zdobywania unikalnych wydawnictw zapewne napiszę jeszcze :)

Bez wątpienia, mój handel oryginalnymi komiksami, a w szczególności wysokie dla laików ceny, był ważnym powodem umieszczenia Witka po złej stronie mocy :( Większość mediów branżowych, słowami troli z Produktu lub AQQ, albo hejterów z internetowych forów, często zarzucała mi nadmierną zachłanność. A przecież ceny wydawnictw w moich ofertach, obiektywnie licząc, nie były wcale najwyższe. Te same tytuły były droższe chociażby w Comics Universum. Natomiast, na konwentowej giełdzie, niektórzy sprzedawcy za szczególne albumy żądali takich sum, o jakich nawet spekulantom się nie śniło. Jednak to ja nadal byłem tym „złym” handlarzem. Taka jest, w komiksowym getcie, cena popularności oraz troski o atrakcyjny towar :( W pewnym okresie można było kupić, w sieci sklepów EMPiK, oryginalne komiksy amerykańskie. Ceny pojedynczych zeszytów były podobne do moich. Tylko ja sprzedawałem wybrane, najlepsze historie mistrzów komiksu. Natomiast największy polski dystrybutor prasy oferował poślednie tytuły autorów drugiego sortu. Żaden domorosły krytyk nigdy nie zastanowił się, ile zachodu wymaga handel komiksami. Każda publiczna wypowiedź musiała piętnować zakusy wstrętnych handlarzy, czyhających na ciężko zarobione pieniądze biednych klientów. Zupełnie jak w „czasach komuny” :( Nieodżałowany Sławek Wróblewski obrywał cięgi od troli, za zbyt wysokie ceny. Lecz nikt nie pamiętał, że w czasach „posuchy komiksowej”, sprowadzał on poszukiwane albumy z Niemiec. Samodzielnie przygotowywał tłumaczenia w odrębnych broszurach. A całe zestawy oferował wygłodniałym, polskim czytelnikom, za odpowiednią kwotę oczywiście. O handlu komiksami na pewno napiszę jeszcze :)

Wojtek Birek został ulubieńcem łódzkiego środowiska komiksowego, między innymi dlatego, że chętnie pożyczał swoje komiksy młodym twórcom. Działo się to w czasach, kiedy dobry album był zjawiskiem niezmiernie rzadkim. Naturalnie było to, ze wszech miar, bardzo uczynne podejście do młodych artystów. Wiecznie spragnionych tajemnej wiedzy ilustrowanej. Za owe liczne zasługi edukacyjne Wojtkowi należy się chwała i medal! I to nie jeden ;) Tymczasem ja nigdy nie pożyczałem swoich komiksów obcym! Mimo usilnych próśb. Pozwalałem jedynie wybranym znajomym przeglądać zbiory w zaciszu mojego domostwa :) Czy kogoś takiego można lubić?

Kiedy zacząłem pracować przy Konwencie Twórców Komiksu zderzyłem się z wyjątkową niefrasobliwością niektórych młodych artystów. Również organizatorów łódzkiej imprezy. Zapewne trudno im było zapanować nad entuzjazmem, wynikającym z tworzenia tak poważnego eventu. Dlatego przygotowania kolejnych edycji nie obywały się bez potknięć organizacyjnych. Z natury jestem szczery, więc nie żałowałem młodym twórcom słów krytyki. Zabawne, że wielokrotnie przyznawali mojej surowej opinii rację. Lecz w duchu, mieli za złe, każde bolesne wskazanie błędu. Okazało się, że artyści nie tolerują żadnej krytyki. Nawet konstruktywnej. Wielokrotnie przekonałem się o tym na własnej skórze :(

Poza tym, byłem w środowisku obcy. Dookoła sami artyści. Przynajmniej licealiści plastyczni ;) Co w takiej grupie robił handlarz?! Mimo, że znałem wielu Conturowców na długo przed konwentem, nigdy nie darzyli mnie szczególnym zaufaniem :( Nawet kiedy poznali moje umiejętności, wiedzę i doświadczenie, woleli wybrać na lidera durnego osobnika z własnego środowiska. Ze smutkiem wspominałem czasy Łódzkiego Klubu Fantastyki Phoenix, którego członkowie spotykali się regularnie, nawet w stanie wojennym. W tamtej ekipie nikt nie zwracał uwagi na profesję lub wykształcenie klubowicza. Wszyscy byli równi! Lata później, jakże zazdrościłem Krakowskiemu Klubowi Komiksu równie skonsolidowanej gromady miłośników gatunku. Naturalnie, w każdej zbiorowości różnych charakterów zdarzały się czasami spory, a nawet ostre kłótnie. Ale zazwyczaj, w obliczu poważnych wyzwań, ekipa stawała się zwarta i wspólnie realizowała każde zadanie. Być może, łódzka wspólnota twórców również dobrze czuła się we własnym gronie. Ja byłem dla nich zawsze obcy. Natura nie znosi obcych :(

Zapewne, w kontaktach z lokalnym środowiskiem przeszkadzał mój donośny sposób wysławiania. Teraz już wiem, że był to początek głuchoty. Jednak w tamtych czasach, każda moja uwaga podczas konwentu, wypowiadana normalnym, spokojnym głosem, brzmiała bardzo głośno i kategorycznie. Niemal jak krzyk, rozkaz lub groźba. Tego nikt nie lubi :( Wielokrotnie zwracano mi na ten problem uwagę. Lecz nigdy nie potrafiłem mówić „szeptem” :(

Zawsze starałem się działać według reguł przyjętych w społeczeństwie człowieków. Wydawałoby się, dla wszystkich jednakich. Dlatego od początku konkursu konwentowego denerwowało mnie podejście łódzkich twórców komiksów oraz ich znajomych do regulaminu eventu. Niepisaną zasadą stało się przyjmowanie prac konkursowych grubo po oficjalnym terminie. Pamiętam jeden komiks, który rysownik tworzył w galerii wystawowej dzień przed imprezą! W jakim świetle takie nadużycia stawiały organizatorów ogólnopolskiego konkursu? Niestety, moje uwagi lokalni artyści zazwyczaj kwitowali milczeniem, albo wykręcali się kuriozalnymi tłumaczeniami. Dopiero po latach protestów, kiedy zostałem kuratorem wystawy i umieściłem prace maruderów na specjalnej „ekspozycji pozakonkursowej”, chora sytuacja uległa poprawie. Lecz swoim desperackim czynem zyskałem wielu kolejnych, śmiertelnych wrogów :( Pisałem o tym w „13lat prowizorki”. Wcześniej jednak, kiedy na krótki okres zmieniono zasady oceny konkursowych prac, łódzcy autorzy młodszej generacji, którzy stanowili liczne grono w Akademii Komiksu, potraktowali konkurs jak plebiscyt i głosowali wyłącznie na „swoich”. Bez względu na jakość ocenianych prac. Ukrócenie tego procederu również nie przysporzyło mi przyjaciół :(

W międzyczasie, broniłem jeszcze wizerunku łódzkiej imprezy w mediach. Wielokrotnie wdawałem się w polemiki z krytykami, a raczej trolami, z całego kraju. Przeważnie moje wypowiedzi były klarowne, pełne celnych argumentów. Lecz swoje opinie przedstawiałem w bardzo ostrym tonie. Niewielu adwersarzy sprostało takiej wymianie poglądów. Natomiast większość chętnie dopisała Witka do „czarnej listy” :(

Pod koniec wieku stała się rzecz straszna ;) Kiedy większość Conturowców uciekła z Łodzi do wielkiego świata, a pozostali nie chcieli dłużej babrać się w bagnie przygotowań, przejąłem kierowanie konwentem. I zmieniłem nazwę imprezy na festiwal. W moim mniemaniu, bardziej adekwatną do charakteru łódzkiego eventu. Natomiast w kolejnych latach rozwinąłem znacznie potencjał konwentu. W normalnym kraju podobne działania przysporzyły by rzeszę zwolenników. Ale w Polsce było odwrotnie :(

Kolejnym „cierniem w oku” notorycznych malkontentów były moje działania wydawnicze. Zawsze przez autorów byłem utożsamiany z konkursem komiksowym. Przecież stworzyłem oraz wydałem pierwszy katalog konwentowy oraz redagowałem wiele kolejnych. Moje powiązania z konkursem stały się przyczyną licznych nieporozumień związanych z przygotowaniem tego eventu. Tymczasem wszelką odpowiedzialność ponosił główny organizator imprezy, czyli Łódzki Dom Kultury. Brak właściwej obsługi twórców, biorących udział w ogólnopolskim konkursie, to wyłącznie efekt pracy zatrudnionych w tej instytucji osób. Ale ja byłem „twarzą” konwentu, a następnie festiwalu przez lata. Do mnie więc kierowano wszelkie pretensje :(

Nieporozumienia pojawiły się również przy okazji mojej kolejnej inicjatywy wydawniczej. Tym razem w sferze dystrybucji Komiks Forum. Niestety, jako osoba prywatna nie mogłem skutecznie rozpowszechniać mojej antologii. Dlatego czasami zdawałem się na pomoc znajomych firm, lub dystrybutorów. Z różnym, często negatywnym skutkiem. Natomiast odpowiedzialność, za czyjeś błędy i niedociągnięcia, zawsze ponosił nieświadomy redaktor naczelny :( O problemach związanych z wydawaniem Komiks Forum napiszę jeszcze.

Pamiętam pierwszą i chyba jedyną recenzję Komiks Forum. Byłem z tego wydawnictwa bardzo dumny, zważywszy w jakim okresie pojawiło się na rynku. Oraz ile wysiłku kosztowało mnie tworzenie tej publikacji. Tymczasem recenzent, w pierwszych słowach swojego tekstu, napisał że wcześniej znał mnie jedynie, jako twórcę pierwszej flejmy w środowisku komiksowym (cytuję z pamięci). Chodziło mu zapewne, o moją zdecydowaną reakcję na kłamliwy list niejakiego Ciszaka, opublikowany kiedyś w AQQ. Choć recenzja antologii była w sumie bardzo pozytywna, to jej wstęp nie był za bardzo budujący. Ale w innych mediach zdarzały się ostrzejsze epitety. Nazywano mnie pieniaczem, cholerykiem, oszustem a nawet złodziejem. Czy któreś z tych określeń było zasadne? Aby poznać prawdę, wystarczy zapytać dowolną osobę, która znała mnie osobiście.

Nadszedł rok 2004. Sobieraj, kierownik domu kultury, „opiekun” festiwalu, wybierał się na zasłużoną (lub nie) emeryturę. Nie było wiadomo, kto po nim przejmie schedę zarządcy eventem. Pierwsze spotkanie osób, które w ostatnich latach pomagały czynnie w organizacji łódzkiej imprezy, zakończyło się decyzją o podtrzymaniu mojego kierownictwa. Nie zabiegałem o to, ponieważ miałem świadomość, ile przede mną będzie niewdzięcznej pracy organizacyjnej, której miałem już serdecznie dość! Lecz nie było wtedy innych chętnych do tej roboty :( Na szczęście stało się inaczej. Nagle powstało z martwych stowarzyszenie Mamuta, które za jeden z celów obrało przygotowanie kolejnego eventu. Ja byłem częściowo zadowolony. Ale to inna historia, o której napiszę jeszcze :)

W pierwszych latach nowego dyrektoriatu festiwalowego nie chciałem narzucać się z pomocą. Skoro bezpodstawnie zostałem wyrzucony z grona organizatorów, nie powinienem pchać się do pracy. Miałem cichą nadzieję, pomny wcześniejszych zdolności nowych orgów, że ten komitet wkrótce rozpadnie się pod ciężarem obowiązków i brakiem doświadczenia. Nie myliłem się. Lecz obserwowanie powolnego rozpadu łódzkiej imprezy nie było wcale przyjemne. Poza tym, żal mi było znaczącego składnika konwentu, komiksowej giełdy, której byłem twórcą i wieloletnim organizatorem. Łódzki event toczył się przez kilka lat siłą rozpędu, wyłącznie dzięki wiernym fanom komiksu. Aż w końcu, po długiej chorobie, zaproponowałem orgom objęcie przeze mnie opieki nad strefą targową festiwalu. O tym na pewno, nie raz napiszę jeszcze :)

Nadal byłem sam, obcy. Mimo, że dyrektoriat odkrył wreszcie możliwość korzystania z pracy darmowych wolontariuszy. Bez żadnej pomocy, skutecznie realizowałem powierzone mi zadania, którym wcześniej nie mogły sprostać panie sekretarki z eŁDeKu. Oczywiście, nigdy nie ukrywałem ironicznego stosunku do nowych orgów. W ich mniemaniu, podczas przygotowań do konwentu, często „szukałem dziury w całym”. Dlatego ciągle musiałem udowadniać obiektywną zasadność moich argumentów. Dopiero pod wpływem logicznej perswazji dyrektoriat raczył przyznawać mi rację. Ale czy megaloman może polubić mądralę, który ma zawsze rację? :( Zapewne podkreślanie, że moje rozwiązania problemów są lepsze, bardziej efektywne, nie było wtedy doceniane przez orgów. Również swobodne operowanie krytyką konstruktywną oraz wytykanie błędów pozostałym organizatorom, które wynikało z dbałości o każdy szczegół, nie było mile widziane. Owe dość siermiężne działania motywacyjne wynikały z chęci stworzenia najlepszej imprezy komiksowej na świecie. Lecz jednocześnie moje uwagi wyprowadzały z równowagi nawet najbardziej leniwych orgów. Mimo to, przez lata tolerowano obecność „marudnego Witka” w gronie twórców kolejnych festiwali. Ponieważ byłem najlepszy i niezastąpiony ;) A może dyrektoriat nie miał innego, tak doświadczonego woła do pracy :(

Wszystkie powyższe przyczyny powstania „Legendy o złym Witku” nijak się mają do możliwości rozpowszechnienia owej bajki w rodzimym gettcie komiksowym. Działo się to oczywiście na imprezach gromadzących fanów literatury obrazkowej. Podczas których mogli osobiście spotkać się oraz swobodnie wymienić poglądami różni działacze środowiska: twórcy i krytycy, komiksolodzy i dziennikarze, ale również trole i hejterzy. Ja w tym samym czasie, jeśli byłem obecny na evencie, zawsze karnie stałem przy swoim kramiku z komiksami. Jakże oddalonym, od potężnej sfery opiniotwórczej :( Nie mogłem więc skutecznie wyjaśniać kłamstw, fejków lub nieporozumień, ani polemizować z często durnymi argumentami strony negatywnej. Skutkiem tego, w środowisku powstało wiele niepochlebnych opinii, bajek i legend dotyczących mojej osoby. Czy były prawdziwe? W większości nie. Można jednak, w prosty sposób, wyrobić sobie własny pogląd. Wystarczy przejrzeć moje wpisy na blogu. Co prawda, poruszane w tekstach problemy zabarwione są emocjonalnie. Wszak dotyczą mojej osoby, więc czasami trudno mi jest zachować chłodny obiektywizm. Jednak opisywane sytuacje oraz przytaczane suche fakty są neutralne, bezstronne. A chyba to właśnie one opisują właściwie obraz rzeczywistości. Na ich podstawie każdy czytelnik mojego bloga zapewne lepiej pozna „złego Witka”.

Nie piszę o genezie powstania mitu złego Witka dlatego, że mi on przeszkadza. Zdążyłem już przyzwyczaić się do chorego postrzegania mojej osoby. Jednak owe fałszywe opinie rzutują na inne moje działania, tworząc nieprzychylny klimat. Zdaję sobie sprawę, że podobny mechanizm inwersji, jest często w różnych środowiskach miarą popularności bohatera. Na pewno jednak sprawia przykrość bezzasadnie krytykowanemu ludziowi :(

Tekst ten został napisany człowiekiem. Ale obrazek „odwaliła” SI :)

PS. Niespecjalnie lubię pisać o sobie. Ale Legenda... musiała powstać, jako kontrapunkt kolejnych wpisów oraz przyszłej książki, kontynuacji historii łódzkiego Festiwalu Komiksu.

Zrób sobie festiwal

Legenda o złym Witku
- wstęp do nowej historii Festiwalu Komiksu w Łodzi
Nisza w niszy
- opowieść o miejscu bardzo przyjaznym organizatorom

września 20, 2024

Powrót Inkwizycji

Bardzo rozbawiła mnie żywiołowa dyskusja około festiwalowa, dotycząca Sztucznej Inteligencji. Wielu tzw. artystów oburzało się na przygotowanie, podczas łódzkiej imprezy komiksowej, warsztatów wykorzystania SI przy pracy nad komiksem. A na czele buntu stanęła Kasia, która zagroziła, że jeśli Sztuczna Inteligencja będzie w programie, to jej naturalna nie postawi na evencie nawet stopy :) Mój komentarz, że SI to tylko kolejne narzędzie w warsztacie artysty spotkał się z dość agresywną reakcją innego, znanego twórcy komiksów. Żalił się, że dzięki chałturom „odwalanym” przez darmową SI wielu jego znajomych straciło pracę :(

Niestety, takie są koszty postępu. Za jego sprawą wcześniej stracili pracę dorożkarze, których zastąpili kierowcy taksówek. Oni też wkrótce zostaną wyeliminowani przez autonomiczne pojazdy :( Co dzisiaj robią panie telefonistki z centrali, zastąpione automatami? Przykłady rozwoju cywilizacyjnego, dzięki któremu różni ludzie stracili pracę, mógłbym jeszcze długo mnożyć. Najzabawniejsze jest to, że Sztuczna Inteligencja nie wymyśliła się sama. Zrobił to człowiek. Widocznie SI była mu do czegoś potrzebna :)

Pamiętam jak kiedyś, jeszcze przed erą komputerów, mój znajomy, znany grafik wspominał, że jednym z trudniejszych zadań w szkole plastycznej było pokrycie powierzchni jednolitym kolorem, bez plam i zacieków. Obecnie program graficzny robi to samo w sekundy, po kilku pacnięciach palcem w ekran. Więcej czasu zajmuje wybór odpowiedniego koloru, niż sama procedura. Ponieważ wszystkie żmudne czynności, tak nielubiane przez człowieków, wykonuje algorytm. Ale każdy program, obojętnie, prosty czy wysoce skomplikowany, został stworzony przez człowieka. Jak wszystkie jego narzędzia. Nawet jeśli proces tworzenia zostaje na pewnym etapie zautomatyzowany, w taki sposób, że trudno pojąć mechanizm jego działania, to zawsze na początku kreacji jest człowiek!

Bezrozumni twórcy zarzucają SI bezprawne korzystanie z Internetowych baz danych, jako źródła inspiracji. A czy ktokolwiek sprawdził skąd pochodzi pierwowzór „sztucznego” dzieła? Czyje prawa własności naruszył „cyfrowy” artysta? Najłatwiej jest być na Nie ;) Zwłaszcza, jeśli występuje się w tłumie. Tak czynią tylko głupcy :(

A przecież człowieki działają na podobnej zasadzie, co SI. Tylko każda czynność kreatywna, tworząca nowe dzieło, zajmuje im znaaacznie więcej czaaasu. Najpierw muszą poznać ogólne zasady. Nauczyć się właściwego używania narzędzi. Czy aby później, podczas swojej pracy kreatywnej, nie korzystają z inspiracji dorobkiem innych uznanych twórców? Zwłaszcza, jeśli to robią nieświadomie? Przecież lata żmudnej nauki, doświadczenia życiowe muszą pozostawić w głowie jakieś wzorce. Wszak wszystko już było ;) Po co więc wywarzać otwarte drzwi.

Pod koniec lat .80 ubiegłego wieku, kiedy wzrosły możliwości cyfrowej obróbki dźwięku, bardziej kreatywni muzycy zaczęli korzystać w swoich utworach z gotowych sampli. Unikalnych dźwięków lub fragmentów utworów innych wykonawców. Czyje prawa naruszali wtedy? Obecnie takie działania traktowane są jak artystyczna oryginalność. I nikt nie obrusza się, kiedy artyści czerpią ze źródeł cudzej twórczości. Podobnie „oryginalne” działania miały również wielokrotnie miejsce w sztukach plastycznych.

A przypominacie sobie historię „Klossa”. Kolesia, który zeskanował zeszyty popularnej serii komiksowej. Następnie, korzystając ze „zdobytych” ilustracji oraz niepublikowanej obrazkowo przygody agenta wywiadu, stworzył nowe „dzieło”. Facet został gwiazdą (a raczej kometą) łódzkiego Festiwalu Komiksu, organizowanego przez Mamuta oczywiście. Nie było wtedy jeszcze SI. Natomiast nowy „oryginalny” autor, człowiek z krwi i kości, wykazał się nad wyraz zabójczą artystyczną kreatywnością. Napiszę o tym jeszcze :)

Być może utrata pracy przez grafików, jest efektem darmowej alternatywy SI. A może twórcy byli za dobrzy (zbyt kosztowni) dla pracodawcy. Zleceniodawca potrzebował mniej wyrafinowanego produktu. Może graficy chcieli zarabiać „kokosy” na banalnych chałturach, z którymi poradzi sobie nawet najgłupsza Sztuczna Inteligencja. Ja również wykonuję czasami specyficzne prace graficzne dla wymagających klientów. Jestem pewien, że w prostszych robotach zastępuje mnie Czat-GPT. Ale nie skarżę się. Bo wiem, że ewolucji na pewno nie zatrzymam. Wolę świadomie korzystać z nowych możliwości, miast utyskiwać na postęp techniki w szeregach inkwizycji.

Kasiu Nie brnij dalej tą drogą ;) bo tylko ułatwiasz życie festiwalowym orgom. Wszak oni niczego tak nie lubią bardziej, niż rezygnacji z kolejnych punktów programu :) Przecież fasadowe zadanie zostało już wykonane. Pojawiła się zajawka o warsztatach, w konwentowych kanałach medialnych. A że spotkanie się nie odbędzie, to nie ich wina. Vox populi... Swoim protestem Kasiu wzbudziłaś tylko śmieszność u przyszłych pokoleń twórców komiksów i oczywiście lawinę lajków od pozostałych płaskoziemców. Zapewne o to właśnie Ci chodziło :)

Tekst ten został napisany człowiekiem.

PS. Obrazki z Mamutem, które użyłem na blogu, zamówił dla mnie na Czacie-GPT kumpel, grafik posiadający własną firmę reklamową. Lecz również entuzjasta Sztucznej Inteligencji. Mimo to, nie narzeka na brak zleceń. Bo jest lepszy od SI :)

Natomiast powyższą ilustrację wykonałem sam, metodą „promptowania”. Czyli sposobem, jakim obecnie działa SI. Tło jest fragmentem rysunku Przemka Truścińskiego, z okładki pierwszego Komiks Forum. Natomiast pozostałe dwa elementy, to materiały wyguglane z Internetu na zwroty: „caligraphy brush” oraz „cartoon eyes”. Samo wyszukanie odpowiednich obrazków zajęło mi godzinę. Kolejną ich opracowanie. A chciałem tylko prostą ilustrację do krótkiego, niekomercyjnego tekstu. Pomysł miałem wcześniej w głowie. Pozostała tylko realizacja. Sztuczna Inteligencja zrobiła by to samo w sekundę. Eliminując, w miedzyczasie, tysiące projektów nie spełniających wymagań algorytmu :)

sierpnia 24, 2024

W zalewie cyfrowego gówna

Zdaję sobie sprawę, że wpis będzie doskonałą pożywką dla wszelkiej maści troli, niezbyt przychylnych mojej osobie. Jednak muszę przedstawić aktualne realia, w których pracuję. Aby uzmysłowić czytelnikom bloga stan mojej cyfrowej ułomności.

transfer niewielki, ale dla mnie maksymalny :( to cyfrowe śmieci, w trakcie logowania do fejsa

Z powodów budżetowych częściowo jestem wykluczony cyfrowo. Obecnie używam bezpłatnego, ale niezmiernie wolnego dostępu do Internetu. Prędkość przesyłu danych, która dla mnie jest osiągalna, pamiętają jedynie użytkownicy analogowych modemów telefonicznych z przełomu wieku. Ponadto, mój „ulubiony” dostawca usług sieciowych zrywa połączenie co godzinę. Zaś do ponownego wznowienia transmisji wymaga podania kodu z „kapcia” ;) Ale „darowanemu koniu w zęby się nie patrzy”, więc muszę jakoś sobie radzić w zaistniałej sytuacji. Nie narzekam. Co prawda, nie mogę korzystać w pełni z dobrodziejstw Internetu, ale przynajmniej mogę zobaczyć jak sieć pracuje. Widzę niemal każdy jej trybik ;) I obraz ten przeraża mnie dogłębnie :!

Jestem zaszokowany ilością cyfrowego śmiecia, którym zalewają użytkowników globalnej sieci największe witryny przy każdym połączeniu. Nie chodzi tylko o niechciane reklamy, których jest coraz więcej. Lecz o wszelkiej maści zbędny kontent, który zachwycić może jedynie smarfonowych zombie :( Przykładowo, na fejsie durnych reklam, natrętnych propozycji, czy pseudo-zabawnych wpisów i rolek jest kilkakrotnie więcej, niż oczekiwanych informacji od znajomych. Nie mogłem uwierzyć w tak gigantyczny nawis nadbudowy. Wszak, w ostatnich latach portal ten stał się większym dostawcą cyfrowego gówna, niż telewizja nadziemna, która przecież żyje wyłącznie z reklam :( Nieco lepiej jest na insta. Ale też kiepsko. Mimo, że obie platformy mają teraz wspólnego właściciela. Powodem dodatkowej frustracji może być, w moim przypadku (budżetowy dostęp), niemal pięciominutowy czas potrzebny do zalogowania. Świadczy to o ilości zbędnego śmiecia, które musi do przeglądarki wcisnąć nieznany serwer, zanim połączy mnie z portalem. Obecnie, nieco lepiej wypada dawny Twitter. Działa w miarę sprawnie i stosunkowo szybko. Lecz gości na nim jeszcze mało ludzi z branży ;) Aczkolwiek, nie bez powodu platformę kupił Mask (spec od dobrych interesów), zmieniając jej nazwę na X. Niewykluczone, że wkrótce zapragnie lepiej zmonetaryzować użytkowników :(

Jednak lawina zbędnej treści nie jest jedynym powodem powodem nadmiernego ruchu w sieci. Na pewno znaczącym czynnikiem jest nagminne szpiegowanie użytkowników. Nadmierne pozycjonowanie, natrętne targetowanie przez „ciasteczka”, roboty sieciowe i wszelkiego rodzaju booty. Pozyskiwanie każdej informacji o konsumentach cyfrowego kontentu stało się obecnie zmorą Internetu. Chyba nawet większą niż wirusy. Nie jestem wyznawcą „spiskowej teorii dziejów”, ale przecież wiedza o tym procederze była znana od dawna społeczności internetowej. Niekiedy próbowano dawać odpór demiurgom sieciowym, tworząc specjalne prawa. Lecz akcje ustawodawcze nigdy nie nadążały za szybkimi zmianami cyfrowej rzeczywistości. Natomiast wprowadzane z trudem ograniczenia częściej utrudniały życie użytkownikom, niż kreatorom problemów. Przykładem niech będą „ciasteczka”, które stały się wymogiem uczestnictwa w cyfrowym świecie większości witryn. Nachalnie wciskane są do naszych urządzeń, komputerów, smartfonów, tabletów lub konsol. A wewnątrz działają wedle uznania twórców. Bez naszego udziału i świadomości. Sposobem tym, mimowolnie staliśmy się „bateryjkami” nie Matrixowego... ale realnego świata :(

Winni takiego stanu rzeczy są również użytkownicy sieci. Ponieważ zbyt łatwo akceptują działania programistów, którzy nad wyraz często aktualizują dobre aplikacje, aby dostosować je do mniej lotnych odbiorców. Wiadomo, wygoda musi kosztować. Ale ale, przecież konsumenci cyfrowych treści nie mają żadnego wyboru :( Nad ubezwłasnowolnieniem klientów Internetu czuwają już eksperci marketingu, bo widzą w tym zysk. Handlarze wirtualnych tożsamości zarabiają na pewno lepiej niż dostawcy prochów :(

Od jakiegoś czasu wymuszane są na nas działania ekologiczne. Dlatego staramy się dbać o środowisko. Segregujemy własne śmieci. Przetwarzamy surowce wtórne. Dlaczego więc nie reagujemy na cyfrowe śmieci? Ich wytwarzanie również pochłania cenne środki. Ponadto przesyłanie gównianej treści wymaga sporej ilości energii, która przecież nie jest za darmo. Ciekawe, jaki ślad węglowy ciągle generuje niechciany cyfrowy kontent? Kiedy zauważymy ten problem?

Każdy użytkownik Internetu może jeszcze samodzielnie wybrać odpowiednią formę istnienia w sieci. Ja postanowiłem wypowiadać się na blogu. W odróżnieniu od portali społecznościowych, nie ma tu reklam i zbędnego kontentu. Dowolny znajomy, ale także obcy może poznać moje opinie. Bez wymogu logowania. Oczywiście, tu również istnieje pewna forma śledzenia. Ale jest ona niemal bezbolesna. Poza tym, szpiegowania nie da się już nigdzie w sieci uniknąć. Bo taki świat zbudowaliśmy sobie sami.

Tekst ten został napisany człowiekiem.

sierpnia 16, 2024

Dlaczego!

Zauważyłem ostatnio większe zainteresowanie blogiem wśród czytelników portalu komikspec.pl Postanowiłem więc wyjaśnić kilka kwestii zaciekawionym forumowiczom oraz przedstawić najważniejsze powody mojego nieoczekiwanego ożywienia w blogosferze...

Moje wcześniejsze działania w obszarze dyskusyjnych forów nie były zbyt budujące. Ostatnie zdarzyło się kilkanaście lat temu, kiedy próbowałem zainteresować potencjalnych czytelników moją komiksową antologią. Obnażyło ono mechanizm działania tych portali, do którego oczywiście można się przyzwyczaić. Tylko po co? Schemat jest banalnie prosty. Ma nawet osobliwy urok. Mianowicie: dowolny wpis prezentujący jakąkolwiek tezę, prawdziwą lub nie, jest rozrywany na części składowe przez sfrustrowanych bywalców, pod okiem „ślepych” moderatorów. Bardzo szybko sens wypowiedzi autora ginie podczas żarliwej kłótni, o każde słowo, kropkę czy przecinek. Toczonej przez ludzi próbujących w tak osobliwy sposób odreagować własne problemy życiowe. Oczywiście anonimowość uczestników sporu ma zasadniczy wpływ na kształt „dyskusji”. Zapewne sprytny respondent mógłby taką formułę wykorzystać do własnych celów. Lecz ja jestem za stary, żeby uczyć się nowych sztuczek. A tym bardziej, uczestniczyć w bezsensownych pyskówkach :( Dlatego do prezentacji własnych wypowiedzi wybrałem bloga. Ale bawiły mnie narzekania stałych forumowiczów, że w dyskusjach brakuje postów uznanych autorytetów. Przecież odpowiedź mieli zawsze przed oczami. Na każdej stronie. Wszelako nikt rozsądny nie będzie spierał się z „wariatami” :)

Ważnym powodem dla którego ponownie ożywiłem bloga jest próba unaocznienia środowisku, oraz obecnym organizatorom, sytuacji w jakiej znalazł się łódzki festiwal komiksu. Dlatego zamieściłem „stare” zdjęcia z poprzedniego eventu. Żeby zobrazować każdy problem. Czytelnicy „13lat prowizorki” zauważyli chyba, jak wiele z moich postulatów (z 2004roku) zostało uwzględnionych w przygotowaniu kolejnych imprez. Zapewne dlatego, że były oczywistym i najprostszym sposobem rozwiązania opisanego problemu.

Opinia środowiska jest bardzo ważna. Musi z nią liczyć się nawet dyrektoriat (orgi - cudowny skrótowiec). Ponieważ apele uznanych autorytetów, do nawet najwyższych władz, nie odnoszą żadnego skutku. Ulegają bowiem biurokratycznej karuzeli rządzącej wieloma aspektami naszego poczciwego kraju. Skargi lub petycje do Prezydenta, a nawet Ministerstwa Kultury przesyłane są do instytucji lokalnego szczebla. Natomiast stamtąd, automatycznie przekierowane są do... Mamuciego „kosza”. A wtedy zwierzak dopisuje następnego malkontenta do swojej „czarnej listy” :(

Kolejnym motywem powstania moich postów jest chęć przypomnienia historii, która w ostatnich latach była skutecznie wymazywana przez orgów. Przytoczę tu brak jakichkolwiek śladów w Centrum Komiksu i TePe (CKiTP) wielu inicjatyw środowiska, które legły u podstaw współczesnego komiksu polskiego. Wiedza o historii działań różnych entuzjastów literatury obrazkowej, jest bez wątpienia niezbyt wygodna zarówno dla Mamuta, jak i całego dyrektoriatu. Ponieważ neguje siłę sprawczą obecnych organizatorów. Przecież oni tylko wykorzystali ścieżki wytyczone z trudem przez poprzedników.

W tym miejscu ponownie, niechętnie muszę przypomnieć, że nigdy nie byłem etatowym pracownikiem, ani eŁDeKu czy Muzeum Literatury, ani tym bardziej EC1. Mimo to współpracowałem z tymi instytucjami podczas przygotowań do kolejnego konwentu, niekiedy przez cały rok. Za swoją pracę czasami dostawałem niewielką gratyfikację. Ale dopiero od początku wieku. A przecież impreza przynosiła już wtedy znaczny dochód. Był to największy event w eŁDeKu. Jednak pierwsi do bonusowej wypłaty ustawiali się pracownicy (a raczej biurokraci) domu kultury, którzy wszak byli już wynagrodzeni za etaty. Wcześniej byłem chyba jednym z wolontariuszy (wol - kolejny skrótowiec?). Tymczasem obecni organizatorzy tkwią na państwowych posadach od lat. Natomiast efekty ich „pracy” są niewspółmiernie małe. Mtbihu? :(

Dla kogo powstał łódzki konwent, przemianowany po kilku latach na festiwal? Dla twórców. Przynajmniej tak wynikało z jego pierwotnej nazwy. Oczywiście komiksy niewiele znaczą bez czytelników, których można zmonetaryzować. Żeby uzyskać środki, z których część zmotywuje twórców do dalszej pracy. Proste :) W pierwszych latach impreza przyciągała większy procent autorów niż miłośników sekwencyjnych obrazków. Ale przecież w ostatniej dekadzie ubiegłego wieku komiks nie cieszył się w naszym kraju zbytnią sympatią, ani popularnością. Wystarczy przypomnieć skromną ofertę, nielicznych w tamtym okresie, wydawców. Myślę, że poważnym czynnikiem bumu z początku wieku była olbrzymia atrakcyjność ekranizacji, stworzonych na motywach scenariuszy komiksowych. Wtedy świadomość potencjału drzemiącego w literaturze obrazkowej dotarła wreszcie do mainstreamu.

Naturalnie ilość niezależnych twórców historii obrazkowych była zawsze spora. Ponieważ jest to medium, które w prosty, ale jednocześnie bardzo efektywny sposób potrafi przekazać myśli autora. Natomiast w tamtym czasie nie było żadnej formy wsparcia młodych twórców. Ani też możliwości prezentacji ich prac. Przypomnę, że Internetu jeszcze nie było. Zaś w prasie, historie przypadkowych artystów, pojawiały się raczej sporadycznie. O publikacji prac debiutantów nie mogło być mowy. Jednak dla mnie, najważniejszym problemem autorów był od zawsze brak edukacji komiksowej. Nieznajomość podstaw języka literatury obrazkowej oraz zasad narracji sekwencyjnej. Zresztą, u młodych rysowników, aspekty te są kłopotliwe do dziś. To właśnie dla nich powstał konwent.

Spotkanie twórców we własnym gronie było największym sukcesem łódzkiej imprezy. Kiedy jeszcze zwiększyła się liczba czytelników, pojawili się goście specjalni. Również zagraniczni, ale ze swojsko brzmiącymi nazwiskami :) Oczywiście w ślad za nimi, znęceni „atrakcyjnym zapachem”, przypełzli autografożercy :( Obecność na każdej imprezie, poznanie nowych trendów, historii i spotkanie znajomych było dla mnie zawsze największą przyjemnością. Nie potrzebowałem cudzoziemskich gości, sprowadzanych (chyba wyłącznie) przez wydawców. Festiwal nigdy nie ryzykował takich kosztów. Natomiast autografożerców zawsze traktowałem z pogardą. Mierzi mnie bowiem ten beznamiętny sposób dowartościowania własnej kolekcji, który często niszczy komiksy. Lecz ewidentnie świadom jestem merkantylnego powodu takiego działania. Kiedyś moje stoisko odwiedził koleś, który chełpił się wyżebraniem aż dziesięciu autografów na zeszytach z Batmanem :( Po co mu była taka ilość? Żeby pochwalić się przed kolegami, czy na handel?

Teraz o informacji i terminach. Pisałem już kiedyś, że wszelkie prace przygotowawcze do eventu są dla biurokratów kultury wyzwaniem ponad siły. Najchętniej nic by nie robili. Przecież oni, mimo powtarzanego od lat schematu, nadal są amatorami. Nic więc dziwnego, że do organizacji imprezy podchodzą w tak niefrasobliwy sposób. Pamiętam boje z Kasińskim o to, żeby program festiwalu ułożony był godzinami, a nie salami. Bo tak Piotrowi było wygodniej. W odróżnieniu od uczestników imprezy. Dopiero w ostatnich latach to się zmieniło. Jakieś olśnienie? Czy wymóg tłumu. Dużo wcześniej sam przerobiłem program w odpowiedni sposób. Następnie stworzyłem blok w HTML-u i umieściłem dla przykładu w Internecie. Zrobiłem to w nadziei zamieszczenia właściwej informacji, w prosty sposób, na konwentowej stronie (to w kwestii inicjatywy). Oczywiście nic z tego nie wyszło. Zabawniejsze jest, że w pierwszych latach eventu w Atlas Arenie, wolontariusze w punkcie informacyjnym nie mieli planów zabudowy targowej (orgowie mieli). Nie wiedzieli więc jak kierować wystawców na wynajęte stoiska. Dopiero moja interwencja (bo byłem blisko :) i pokazanie adresu planów na moim blogu, poprawiła sytuację. Zapewne wcześniej mógłbym zapobiec problemowi, ale Mamut nie umożliwił mi dostępu do edycji festiwalowej strony. Czyżby obawiał się, że popsuję coś w silniku witryny, w której prawie nic nie ma? A może czekał na pomoc kumpli, którzy tą stronę przygotowywali (i wzięli za to kasę). Tak, szuflady w biurkach festiwalowych orgów pełne są martwych inicjatyw :( Natomiast program eventu nigdy nie jest gotowy, nawet na tydzień przed imprezą :)

Wolontariusze, to chyba pomysł zwierzaka. Przyznam, że w mojej starej głowie nigdy nie zrodził się pomysł wykorzystania do pracy nieletnich niewolników. Bez wątpienia mieli oni jeszcze mniej doświadczenia niż orgi. Mamut tłumaczył mi kiedyś, po kolejnej wpadce, że musi szkolić następców. Doprawdy, zaczynał robić to bardzo wcześnie. Tymczasem, przez lata robienia planów strefy targowej, mnie nigdy nie przydzielono uczniów. Może dlatego dzisiejszym kiermaszem rządzi bałagan :( Przepraszam, raz otrzymałem problematyczne wsparcie, w postaci małej grupki uczennic z jakiejś szkoły w Toruniu?! Nic więc dziwnego, że pomoc w przygotowaniach traktowały jak zabawę. Dlatego, po krótkim przeszkoleniu, wysłałem dziewczynki do przyklejania plakatów festiwalowych na filarach Atlas Areny. Oczywiście, pracę tą trzeba było poprawiać :( Często jednak widziałem innych woli (nie mylić z wołami), jak targali jakieś pudła korytarzami o-ringu, w asyście wystawców szczególnie lubianych przez Mamuta.

Temat gier, to świetna metoda aby pozyskać dodatkowe środki na imprezę od sponsorów. Nawet Mamut to zauważył. Jednak sposób, w jaki pomysł ten realizują orgi, nie ma na dłuższą metę racji bytu. Pisałem już o tym w „Staruchy do piachu”. Obecnie amatorskie rozgrywki komputerowe oraz konsolowe, nie są żadną atrakcją. Ponieważ większość graczy urządzenie rozrywkowe ma w domu. A szybka sieć dostępna jest niemal dla każdego. Natomiast granie na ośmiobitowcach w Atlas Arenie znudzi się kiedyś nawet fanatykom Minecrafta :) Również wpatrywanie w ekrany strefy „Game Jam” jest rozrywką tylko dla masochistów. Nie znam nudniejszego sposobu zwiększenia atrakcyjności imprezy :( Cyfrowe rozgrywki podczas eventu organizował dobrze, przez kilka lat, jedynie ESL. Firma chciała nawet przejąć cały festiwal, ale Mamut na to się nie zgodził. Straciłby wtedy „dojną krowę”, lecz przede wszystkim sens istnienia Centrum Komiksu i TePe. Przypomnę tylko, że ćwierć wieku temu, organizowałem samotnie w eŁDeKu turnieje growe w ramach Cyberiady. Wtedy igrzyska miały jakiś sens. Nawet, jeśli musiałem ściągać komputery z Optimusa w Bielsku Białej do Łodzi. Bo w moim mieście żadna firma nie chciała użyczyć sprzętu do rozgrywek :(

Być może, zarzewiem przyszłych zmian wizerunku łódzkiego eventu byłoby szersze udostępnienie informacji o imprezie, które zamieszczam na blogu. W jednym miejscu, bez kłótni i sporów. Opinii byłego organizatora festiwalu. Chyba przykrych dla obecnych orgów, ale raczej obiektywnych. Będę wdzięczny za każde poparcie :)

Tekst ten został napisany człowiekiem.

W założeniu, blog miał być platformą wymiany myśli ludzi zainteresowanych komiksowym tematem, nie zaś tablicą prezentującą poglądy jednej tylko osoby. Dlatego miejsce to jest otwarte na rzetelne wypowiedzi lub przemyślenia czytelników. Oczywiście, nie mam zamiaru konkurować z profesjonalnymi forami dyskusyjnymi. Za dużo przy tym pracy.

PS. W kwestii reakcji środowiska. Bardzo spodobał mi się wpis na forum:

Narzędzia są różne, z tego co słyszałem, to najbardziej efektywne są nalepki w kiblach, Mamut momentalnie reaguje na ich obecność i treść XD Serio, skoro to działa, to czemu nie? ;)

A jeszcze bardziej na poważnie (XD), skoro dotarcie do łódzkich orgów to aż taki problem, to może niezadowoleni forumowicze powinni dołączyć do, istniejącego od lat, ruchu oporu? Witek Idczak prowadzi ten bój samotnie, więc może czas, żeby ktoś go wsparł? Łódzki Resistance, pod szyldem "Rower Witka", zorganizowany w cosplayerskie drużyny rodem z "Allo, allo", zajmuje część giełdy i publicznie wycina stojaki na komiksy z kartonu. To mogłoby się udać.

listopada 01, 2015

świat Tytusa, Romka i A'Tomka

Być może, w przyszłoroczne wakacje, zostanie przygotowana wystawa według pomysłu Wojtka Łowickiego, pod roboczym tytułem: „świat Tytusa, Romka i A'Tomka”. Aby zachęcić do jej realizacji, przygotowałem niewielką wizualizację tego projektu.





września 04, 2015

Szybcy i niekoniecznie wściekli

Ostatnie wspomnienia z wakacji. W przyszłym tygodniu już tylko tematy komiksowe...

YOKOHAMA JAPFEST czyli FESTIWAL JAPOŃSKIEJ MOTORYZACJI, impreza dla fanów ścigaczy z kraju kwitnącej wiśni. Tegoroczny odbył się na Torze Rakietowa we Wrocławiu, w dniach 24-26 lipca. Ja też tam byłem i gumy paliłem :)

Na festyn zjechało kilkaset skośnookich bryk. Nie sposób na blogu pokazać je wszystkie. Dlatego przedstawiam najbardziej, moim zdaniem, urocze...








...to mój faworyt :)

Pierwsza atrakcja - TimeAttack, czyli zawody w pokonywaniu toru na czas.




Dla podniesienia temperatury i ciśnienia, niekoniecznie w oponach :), organizowano, w przerwach między wyścigami, pokazy sexy Car Wash. Sesje gromadziły tłumy, a prowadzone były rzetelnie, przy "dźwiękach muzyki", przez słynne JAPFEST GIRLS. Bryki po takich zabiegach były naprawdę czyściuuutkie :)




...ale niektórzy się nudzili :(

Wreszcie nadeszła pora na DRIFT BATTLE, czyli po naszemu "palenie gumy" :)





...uwielbiam zapach smażonego kauczuku o poranku :)

Jeszcze tylko spotkanie z miss festiwalu.


"...ona tańczy dla mnie" :)

...i czas wracać do domu :)



Na koniec... autoportret po trawie :)

sierpnia 24, 2015

Z innej beczki

Zanim na blogu pojawią się kolejne informacje festiwalowej treści postanowiłem nieco zmienić tematykę.

Ostatnio, dzięki znajomemu, zainteresowałem się motoryzacją ekstremalną. Nie znaczy to, że zrezygnowałem z mojego ulubionego środka transportu,.. roweru. Ale, jak każdy chłopiec, zawsze lubię bawić się nowymi zabawkami. Dlatego chętnie skorzystałem z możliwości jazdy sportowym samochodem na torze w Poznaniu.

Zrobiłem przy okazji trochę fotek moim niskobudżetowym aparatem. Oto kilka z nich:

Takie bryki brykały na torze :)

Przed startem...

I wiatr we włosach... No, niezupełnie. W "konserwie", pod kaskiem było raczej duszno :(

Wreszcie meta.

Czas odsapnąć :)