Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Międzynarodowy Festiwal Komiksu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Międzynarodowy Festiwal Komiksu. Pokaż wszystkie posty

lutego 28, 2025

...dla dzieci

Wśród wielu kreatorów kultury (i nie tylko) pokutuje fałszywe stwierdzenie, że produkt dla dzieci musi być równie dobry, jak dla dorosłych, tylko że lepszy. Ale to jest niestety tylko teoria. Utopijne pragnienie, które bardzo rzadko bywa zrealizowane. Tymczasem rzeczywistość wielokrotnie pokazuje, że jest wręcz odwrotnie :( Natomiast powyższą tezę można uznać jedynie ze pusty zwrot, który nie posiada żadnego odniesienia do realnych sytuacji. Wytrych, który skrywa prawdziwy stosunek autora do realizacji dzieła dla najmłodszych odbiorców. Podobna hipokryzja funkcjonuje w świadomości twórców już od tak dawna, że stała się niemal standardem :( Naturalnie, nie oznajmia się tego faktu głośno. Bo i po co. Nikogo taka wiedza by nie uszczęśliwiła... Zdarzają się oczywiście prace spełniające wyższe kryteria jakości. Lecz są one nieliczne i stanowią raczej wyjątek od reguły... Z drugiej strony. Czy dzieci rzeczywiście mają tak wygórowane wymagania? Z doświadczenia wiem, że radość może im sprawić nawet byle co ;)

Od początku byłem przeciwnikiem konkursu dziecięcego organizowanego podczas łódzkiego konwentu komiksowego. Z wielu powodów. Pierwszym i niewątpliwie najważniejszym było utrwalanie w świadomości społeczeństwa tezy, że komiks jest produktem wyłącznie dla dzieci. Co oczywiście jest ewidentną bzdurą. Literatura obrazkowa w naszym kraju (ale również w całych „demoludach”) przez „mroczne lata” miała ogromny problem, aby wydostać się z tej „szuflady kultury”. Za komuny twórczość dla najmłodszych była łagodniej traktowana przez cenzurę. A w zasadzie, jako jedyna „bezpieczna” dopuszczana do rozpowszechniania. Nie przypominam sobie żadnych, publikowanych w tamtym czasie (w oficjalnym obiegu), nowel graficznych dla dojrzałego czytelnika. Wyjątek stanowiły krótkie historie prezentowane czasami w pismach satyrycznych (jak np. „Wesoły sanitariusz” Mleczki w Szpilkach). W epoce realnego socjalizmu komiks dla dorosłych praktycznie nie istniał :( Dopiero przemiany ustrojowe oraz właśnie konkursy konwentowe dały szansę, aby odmienić tą nienaturalną sytuację. Dlatego zawsze uważałem, że łódzki event powinien rozwijać dziedzinę zaniedbaną przez lata, miast trwonić siły i środki na promocję gatunku wśród odbiorców, którzy od dawna go znali.

Kiepskie przygotowanie tego punktu programu imprezy również nie sprzyjało inicjatywie. Co prawda dzieci uwielbiają „mazać” o wszystkich, pasjonujących je tematach. To przecież jedna z form aktywności maluchów od przedszkola (a nawet wcześniej). Jest ona doceniana zarówno przez wychowawców, jak i rodziców :) Jednak sztuka narracyjna nie jest prostackim bazgraniem na kartkach papieru. Wymaga od autora pewnej znajomości tematu oraz języka wypowiedzi wizualnej. Oba zagadnienia przeważnie są obce szkolnym nauczycielom (a nawet niektórym dorosłym twórcom :( Jeszcze w „13lat prowizorki” pisałem, że do przyzwoitej realizacji „konkursu komiksowego dla uczniów szkół podstawowych” potrzebna jest odpowiednia pomoc naukowa. Banalna broszura, która by wyjaśniała podstawowe kwestie związane z medium. Jednocześnie uczyła przyszłych adeptów sztuki ilustracji, jak poprawnie tworzyć komiksy (zrozumiałe dla wszystkich). Przez lata nikt z konwentowych orgów nie był zainteresowany właściwym rozwiązaniem tego problemu. Nie było wtedy na rynku księgarskim żadnych podręczników do nauki tworzenia historii obrazkowych. Aby poprawić nieco sytuację, podczas konwentów próbowałem organizować warsztaty komiksowe. Ale to była kropla w morzu potrzeb :( Dopiero z nastaniem ery Mamuta pojawiła się pewna skromna publikacja, stworzona według mojego pomysłu (z „13lat prowizorki”) przez uznaną, festiwalową spółkę (pasożyta kultury i rysunkowego grafomana ;) Zeszyt zawierający jedynie podstawowe informacje o komiksowej materii (podane w dość infantylnym stylu) powstał oczywiście za pieniądze publiczne, wyżebrane od jakiejś instytucji. Jednak nie sądzę, aby owo wydawnictwo zostało użyte w trakcie omawianego konkursu dla dzieci. Sprytni orgowie festiwalu zapewne skutecznie zmonetaryzowali broszurę na wolnym rynku :( Napiszę o tym jeszcze...

Wystawa prac uczestników konkursu dziecięcego nigdy nie cieszyła się szczególną sympatią nowych orgów. Stanowiła dla nich raczej dodatkowy kłopot i niezbyt mile widziane wyzwanie. Mimo, że od początku inicjatywa była wyłącznie realizowana „cudzymi rękami”. Atoli należało jeszcze znaleźć odpowiednie miejsce ekspozycji oraz środki na skromne nagrody. W trakcie wykonywania kolejnych działań pracy było zawsze co nie miara. Natomiast efekty, przeważnie znikome. Na dodatek, zawłaszczane często przez „przypadkowych orgów” z zewnątrz, jak nachalny „strażak” z magistratu (zdobywca pierwszej statuetki „kosiarza” :( Dlatego chylę czoło przed Robertem Wagą oraz jego mamą (pomysłodawcom konkursu), którzy od początku, co roku „męczą się” nad tym nieszczęsnym projektem :( Jestem niemal pewien, że Mamut wkrótce również o nich zapomni. Tak jak to zdarzyło się wcześniej w przypadku Kabula oraz pozostałych konwentowych orgów z Conturu (i nie tylko :(

Nadal uważam, że przygotowanie specjalnego konkursu komiksowego dla dzieci jest zbędnym trwonieniem środków. Ale nowi orgowie traktują inicjatywę, jako kolejną fasadę, której zadaniem jest zacieranie właściwego, nędznego obrazu łódzkiej imprezy. Czasami chwytliwa idea służy również nabieraniu nieświadomych sponsorów. Że niby event przeznaczony jest głównie dla dzieci. Niestety, słudzy Mamuta nie są odosobnieni w nadużywaniu „świętego” tematu. Parawan „dziecięcy” jest wykorzystywany przez wszystkich od zawsze. Począwszy od producentów łakoci (lub zabawek). Nie kończąc wcale na organizatorach „specjalnych” atrakcji eventowych :( Mnie bulwersuje zwłaszcza osobliwe podejście wielu twórców do formy oraz jakości produktu dla najmłodszych odbiorców. Trudno z tym faktem polemizować. Raczej nikt się nie odważy :(

Przykłady nadużywania formuły „dla dzieci” można mnożyć. W myśl zasady, że nieletni „kupią” wszystko. Każdą głupotę. Byleby była na swój sposób atrakcyjna, kolorowa, albo odpowiednio wylansowana :( Przecież rodzice (lub dziadkowie) od zarania dziejów pragną rozpieszczać swoje pociechy. Niczego im nie odmówią (na miarę własnych możliwości). W kolejce po atencję niezbyt świadomych klientów stają więc: czasami dziwna, podana w niecodziennej postaci żywność (soczko-tubki, misio-cukierki); ciekawie i brawurowo prezentowane w reklamach zabawki (samochodo-roboty, zwierzo-lalki); „modna” odzież oraz wszelkie produkty przygotowane wyłącznie dla mało wymagającego konsumenta. Oferta zgodna z cynicznie przenicowaną regułą, że wszystko dla dzieci powinno być najlepsze :( W takich realiach, kreowanie nowego kontentu komercyjnego jest banalnie łatwe... Kiedyś dziwiłem się, dlaczego postacie ze świata Pikaczu są tak prostacko zaprojektowane? Przecież musiały być sprawnie oraz tanio animowane. Niewybredny odbiorca i tak się nimi zachwycał. Ponieważ były podane w ekscytującej dla najmłodszych postaci oraz nachalnie promowane. Oprócz boleśnie schematycznego anime powstała więc ogromna oferta śmieci towarzyszących: gier, komiksów, przytulanek... Może nie wszystko było wyjątkowo podłej jakości, ale całość została stworzona wyłącznie po to, aby maksymalnie wykorzystać bezcenną licencję oraz naiwnych klientów :( Jednak fenomen Pokemona jest niczym, wobec wieloletniej gigantycznej ekspansji Lego. Marki która bezustannie zawłaszcza kolejne dziedziny naszej rzeczywistości. Firma słynąca niegdyś z tworzenia zacnych, rozwijających dziecięcą inwencję klocków, non stop sięga po dusze młodych konsumentów :(

Dzieci są ważnym elementem festiwalu. Od pierwszej edycji w 1991roku wielu miłośników komiksu dochowało się potomstwa (niektórzy nawet wnuków :) Ale chyba nie jest to wystarczający powód, aby podczas imprezy urządzać dla nich przedszkole. Albo inne atrakcje specjalne, jak „parki rozrywki” z trampolinami, lub „występy klaunów” :( Dzieci w trakcie eventu są wystarczająco kuszone wizualnie niesamowitą ofertą obrazkową komiksów oraz grami (nawet tymi bez prądu :)

Tekst został napisany człowiekiem. Obrazek stworzyła SI.

Zrób sobie festiwal

Legenda o złym Witku
- wstęp do nowej historii Festiwalu Komiksu w Łodzi
Nisza w niszy
- opowieść o miejscu bardzo przyjaznym organizatorom
Milczenie owiec (a raczej baranów)
- historia pewnego, tajemniczego spotkania
W krainie ślepców...
- poznajemy skład pierwszego dyrektoriatu
Komiksowa agencja wycieczkowa
- ciekawe podróże dyrektoriatu na sam kraniec świata
Wystarczy być...
- co należy robić, aby trwać na cieplutkim stołku
Wystawy...
- przeróżne wystawy oraz ekspozycje z festiwalem związane
Vox populi
- głos ludu stowarzyszonego oraz obcego
Dyrekcja cyrku w budowie
- odyseja ekipy orgów po ciekawych miejscach Łodzi
Orgi oraz woły
- o tych, którzy pomagają oraz takich, co tylko udają
Inwazja autografożerców
- plaga równie żarłoczna co agresywna, niczym szarańcza
Wartość dodana
- jak z niczego stworzyć coś wartościowego?
Przypadek Klossa
- niemoralna propozycja, przyjęta przez zwierzaka bez żadnej refleksji :(
manga
- komiks, albo przebieranka... wybór należy do Ciebie :)
...dla dzieci
- czy twórczość dla dzieci rzeczywiście musi być gorsza?
ciąg dalszy nastąpi...

lutego 19, 2025

manga

Nieco przeraża mnie fenomen mangi, coraz bardziej popularny wśród ogółu miłośników literatury obrazkowej. Przez ostatnie lata, od konwentów do dzisiejszego festiwalu, przemienił on w naszym kraju entuzjastów perfekcyjnie rysowanych historii obrazkowych, w dziwne, niepokojące zjawisko socjologiczne. Oprócz niewątpliwie pozytywnych cech oddziaływania japońskich powieści graficznych na młodych autorów. Jak poznawanie odmiennej kultury oraz inspiracje wschodnią sztuką, której wpływ można zauważyć w twórczości artystycznej wielu rysujących. Również poszerzanie kręgu odbiorców całego spektrum literatury obrazkowej jest zasługą komiksu japońskiego. Jednak zauroczenie mangą niesie ze sobą także efekty negatywne. Jak wyjątkowa alienacja zwolenników tego gatunku sztuki oraz niebezpieczne zbaczanie w stronę cosplayowych przebieranek, miast aktywności komiksowej.

Mangowe komiksy poznałem jeszcze w latach .80 ubiegłego wieku. Stanowiły u nas rzadkość, ponieważ ich droga na bazary Europy Środkowej (wtedy za „żelazną kurtyną”) z kraju kwitnącej wiśni była dość daleka... Grube, czarno białe magazyny ilustrowane wyłącznie rysunkami, zapełnione głównie opowieściami w odcinkach, były bardzo popularne w Japonii. Lecz u nas, wydawnictwa te zadziwiały bardziej formą, niż treścią. Kilkuset stronicowe „cegły” z niezbyt zrozumiałymi dla polskiego czytelnika historiami, tworzone przeważnie w groteskowym stylu oraz oglądane „od tyłu”, raczej nie znajdywały większego uznania wśród odbiorców z kręgu zachodniej cywilizacji. Jednak w komiksach była zawsze doceniana niesamowita perfekcja kreski wschodnich twórców oraz niecodzienny, brawurowy wygląd napisów. Sytuacja mangi na świecie uległa zmianie dopiero, kiedy japońskimi historiami obrazkowymi zainteresowali się zachodni edytorzy.

Pierwszym, poważnym krokiem przybliżenia nowym czytelnikom komiksu mangowego była transformacja oryginalnych plansz. Wystarczyły lustrzane odbicia stron, aby treść wschodniej noweli graficznej była poznawana przez nowego odbiorcę, w bardziej naturalny dla niego sposób. Co prawda, wielu bohaterów opowieści nagle stawało się mańkutami. Ale czytelnikom to zupełnie nie przeszkadzało :) Wśród komiksów ze Wschodu na rynku amerykańskim dominowała wtedy fantastyka naukowa. Nieśmiertelne historie z robotami bojowymi oraz kultowy Akira. Wydawców raczej nie interesowały nowele obyczajowe, które były kulturowo obce dla zachodnich czytelników. Wyjątek stanowiły tytuły hentai. One zawsze znajdowały specyficznych odbiorców ;)

Zapewne drogę komiksom w tamtym czasie torowały japońskie seriale telewizyjne (jeden z nich: „Załoga G” był popularny również u nas). Ogromne powodzenie animowanych produkcji zwiększyło zainteresowanie przedsiębiorców innymi tematami wschodnich opowieści. Dostrzegli oni również potencjał drzemiący w nowych odbiorcach rysunkowych historii. Mianowicie, dziewczęta dotąd specjalnie nie interesowały się komiksem (albo się tym nie chwaliły). Dlatego nowele graficzne kierowano głównie do chłopców. Nic więc dziwnego, że światy kolorowych zeszytów były przeważnie wypełnione przygodami dziarskich herosów (którzy zakładali majtki na spodnie :) Manga pod tym względem okazała się bardziej różnorodna. Oferowała szersze spektrum tematów historii, których odbiorcami mogli być różni czytelnicy. Wśród propozycji japońskich twórców znalazł się także „kminek dla dziewczynek” :) Nowele obrazkowe, które akceptowały czytelniczki komiksów. Przygody postaci, z którymi mogły utożsamiać się dziewczęta. Bowiem to one zawsze stanowiły potęgę miłośników japońskiego komiksu :)

Manga w naszym kraju zyskała popularność dzięki czarodziejce z Księżyca (Sailor Moon). Również i w tym przypadku, wcześniej pojawił się w telewizji serial animowany, który rozpętał prawdziwą mangową histerię wśród dzieci oraz nastolatek ;) Pamiętam pierwszą imprezę dla entuzjastów tego komiksu. Została ona zorganizowana w warszawskim klubie „Stodoła”. Budynek chyba nigdy dotąd nie był tak szczelnie wypełniony ludzką treścią (niemal do granic bezpieczeństwa :) Olbrzymi tłum egzaltowanych fanek oraz nieletnich z rodzicami (lub bez ;) oblegał klub studencki przez cały dzień. Kolejka do wejścia miała kilkaset metrów długości. Niestety, jedna piąta chętnych w ogóle nie dostała się do środka :( Dlatego swój komiksowy kramik urządziłem po partyzancku. Na niewysokim murku przed wejściem do klubu :)

Droga japońskiego komiksu pod słowiańskie strzechy nie była prosta. Zresztą wtedy w Polsce nie ukazywało się wiele zagranicznych historii obrazkowych. Na ubogim rynku dominowały serie amerykańskie (za sprawą szwedzkiej firmy TM-Semic). Promocją mangi zajął się Shin Yasuda (Japonica Polonica Fantastica), późniejszy wydawca słynnego, fantastycznego Akiry. Lecz swoją działalność zaczął niezbyt fortunnie, od opowieści z historii Polski „Aż do nieba”. Niestety, nie znalazła ona większego zainteresowania wśród czytelników. Pamiętam jak wydawca wędrował po hurtowniach książek (jak ja, z moim Komiks Forum) próbując zainteresować ówczesnych „biznesmenów” nową publikacją. Dopiero inwazja czarodziejek odmieniła sytuację wydawnictwa :)

Naoko Takeuchi stworzyła uroczą serię o dziewczętach w przestrzeni kosmicznej. Głównymi postaciami „Sailor Moon” były nastolatki, które mogły przekształcać się w super bohaterki. Tworzyły one zespół „czarodziejek” z różnych planet Układu Słonecznego, które używały własnych mocy do walki ze złem we wszelkiej postaci. Niesamowite przygody ślicznych wojowniczek musiały podobać się niemal wszystkim dziewczynkom (małym i dużym :)

Dziwiła mnie zawsze osobliwa alienacja miłośników mangi (płci obojga). Oczywiście wszyscy bawili się znakomicie, ale tylko we własnym gronie :( I chyba nic więcej ich nie interesowało, poza przygodami fantastycznych postaci z wielkimi oczami, o dziwnie brzmiących imionach. Odniosłem wrażenie, jakby nie istniała dla nich inna rzeczywistość, poza światami kreowanymi przez wschodnich mistrzów komiksu :( Dlatego na wczesnych konwentach organizowałem osobne atrakcje, przygotowane specjalnie dla fanów mangi. Robiłem wszystko, aby na imprezę przyciągnąć nowych, uroczych gości :) Kiedyś w trakcie komiksowej giełdy urządziłem nawet dzień mangowy, podczas którego niektórzy wystawcy całkowicie odmieniali swoją ofertę... W tamtym okresie (druga połowa lat .90) zaczęły pojawiać się u nas pierwsze mangowe eventy. Ale chyba nikt nie próbował łączyć ze sobą różnych komiksowych światów. A szkoda :( Owa synergia stylów mogłaby artystom oraz czytelnikom przynieść wyłącznie korzyści. Obecnie nadal, na wielu imprezach, funkcjonują obok siebie różne, pozornie obce inicjatywy. Takie związane ze sztuką Wschodu, na równi z komiksem europejskim oraz amerykańskim. Lecz wszelkie działania kumulują się niezależnie. Wyłącznie jako odrębne byty :(

W XXIwieku manga poszerzyła znacznie swoje dominium. Styl japońskiej sztuki komiksowej objął już wszystkie odmiany fantastyki. Od science fiction, poprzez fantasy do horroru. Nowelom graficznym nie obcy jest romans, kryminał, jak i wszelkie możliwe historie obyczajowe. Manga już dawno przekroczyła granice mediów. Oczywiście nadal jest obecna w komiksie oraz filmie (nie tylko animowanym). A także w muzyce. Japoński styl graficzny odcisnął swoje piętno w całej branży rozrywkowej. Zwłaszcza w świecie gier. Dość szybko, z artystycznej przestrzeni sztuki wizualnej przeniknął do biznesu. Stał się bardzo atrakcyjnym towarem konsumpcyjnym :(

Razem z mangą do naszego kraju przybyła moda na przebieranki. Przecież dziewczynki od zarania dziejów uwielbiały stroić się w różne fatałaszki. Co prawda, na amerykańskich konwentach miłośnicy komiksów wcielali się od dawna w postacie z ulubionych historii obrazkowych. Ale u nas, takie przedstawienia, były nowością. Sztuka japońskiego komiksu poszerzyła znacznie panteon bohaterów opowieści graficznych. Jednak wizerunki postaci akceptowane w kulturze wschodniej niekiedy znacznie odbiegają od norm przyjętych na Zachodzie. Szczególnie jest to dostrzegalne w szatach bohaterek komiksów, których stroje bywają dość wyuzdane. A przecież kreacje na eventach prezentują nierzadko osoby nieletnie. Lecz jak dotąd, wszyscy traktują cosplay jedynie, jak zabawę :)

Wydaje mi się, że obecnie kostiumowa forma wschodniej sztuki jest u nas najsilniej wyrażanym przejawem aktywności twórczej. Naturalnie autorki (ale też niektórzy autorzy), w swoich pracach, stosują często elementy rysunku mangowego. Ale rodzime komiksy w japońskim stylu są raczej rzadkością. Ponieważ, oprócz zdolności graficznych, autorom takich prac brakuje ciekawych pomysłów, zdolnych zainteresować większą grupę odbiorców. Natomiast rodzimi wydawcy wolą publikować znane oraz wypromowane na świecie, oryginalne opowieści mistrzów mangi, zamiast utworów rodzimych, początkujących adeptów rysunku. Dlatego autorki polskich komiksów we wschodnim stylu zdane są wyłącznie na niezależne, niskonakładowe edycje. Niestety, realizacje te są przeważnie odtwórcze. Niewiele mają wspólnego z kreatywnym działaniem :( Nic więc dziwnego, że cała uwaga entuzjastów mangi skierowała się w stronę cosplay :(

Jestem już starym dziadem :( Być może dlatego nie rozumiem swoistego fenomenu przebieranek za bohaterów komiksowych. Niewykluczone, że jest to nowa forma konwentowej zabawy. Na pewno także sposób na wyróżnienie barwnej osobowości spośród szarego tłumu otaczającej rzeczywistości. Przypuszczalnie również, doskonała okazja dowartościowania własnego ego... Czasami kreacje miłośników komiksu bywają interesujące. Są przecież oceniane przez „surowych” sędziów ze środowiska ;) Częściej jednak, stroje mangowych przebierańców stanowią kompromis, między dobrymi chęciami, a skromnymi możliwościami budżetu ich autorów. Niekiedy człowieki odziane w fikuśne fatałaszki wyglądają naprawdę fajnie. Wzbogacając tym samym wrażenia z każdej imprezy komiksowej. Często jednak wymyślny kostium spowija osobę, która zapewne nie posiada w domu lustra ;) Niewątpliwie cosplayowy event jest dużo łatwiejszy w przygotowaniu, niż impreza prezentująca bardziej istotne przejawy artystycznej aktywności. Dlatego orgowie wszelkiej maści lubią urządzać takie radosne spotkania, albo przynajmniej punkty programu. Wszak większość fanek mangi uwielbia przebieranki. I chyba każda z nich posiada własny kostium. Mozolnie wypracowany w domowym zaciszu (lub kupiony za ciężkie pieniądze). Do pełni szczęścia, na konwencie, zaledwie potrzebny jest dach nad głową. Albo łaskawa aura natury. Oraz odrobina hałasu :) Szkoda tylko, że oprócz źródeł inspiracji, fenomen cosplay niewiele ma wspólnego ze sztuką komiksową :(

Tekst został napisany człowiekiem. Obrazek stworzyła SI.

Zrób sobie festiwal

Legenda o złym Witku
- wstęp do nowej historii Festiwalu Komiksu w Łodzi
Nisza w niszy
- opowieść o miejscu bardzo przyjaznym organizatorom
Milczenie owiec (a raczej baranów)
- historia pewnego, tajemniczego spotkania
W krainie ślepców...
- poznajemy skład pierwszego dyrektoriatu
Komiksowa agencja wycieczkowa
- ciekawe podróże dyrektoriatu na sam kraniec świata
Wystarczy być...
- co należy robić, aby trwać na cieplutkim stołku
Wystawy...
- przeróżne wystawy oraz ekspozycje z festiwalem związane
Vox populi
- głos ludu stowarzyszonego oraz obcego
Dyrekcja cyrku w budowie
- odyseja ekipy orgów po ciekawych miejscach Łodzi
Orgi oraz woły
- o tych, którzy pomagają oraz takich, co tylko udają
Inwazja autografożerców
- plaga równie żarłoczna co agresywna, niczym szarańcza
Wartość dodana
- jak z niczego stworzyć coś wartościowego?
Przypadek Klossa
- niemoralna propozycja, przyjęta przez zwierzaka bez żadnej refleksji :(
manga
- komiks, albo przebieranka... wybór należy do Ciebie :)
...dla dzieci
- czy twórczość dla dzieci rzeczywiście musi być gorsza?

grudnia 15, 2024

Przypadek Klossa

Ciekawe, jak by się poczuł autor, twórca popularnej serii, gdyby zobaczył nowy komiks swojego cyklu stworzony ze skanów starszych jego prac, fikuśnie zmontowanych przez rządnego sławy (a raczej pieniędzy) osobnika? Pytanie to nabiera szczególnego wymiaru w dobie coraz częstszych realizacji wspomaganych Sztuczną Inteligencją.

słynne stoisko Klosa w budynku Textilimpexu podczas łódzkiego festiwalu komiksu

Nigdy specjalnie nie podobały mi się komiksy z serii Kloss. Nawet w czasach, kiedy pasjonowały mnie historie w nich opowiadane. Gdy nie znałem jeszcze znaczenia słowa grafoman :( Zeszytami gardziłem bardziej, jak zacząłem poznawać światowe dziedzictwo literatury obrazkowej. Byłem wręcz zaszokowany ich olbrzymią popularnością wśród czytelników. Bo oni wciąż nie znali prawdziwego oblicza historii ilustrowanych :( Przykro mi to stwierdzić, ale rodzima twórczość, w obszarze dziewiątej sztuki, nigdy nie miała wielu artystów godnych zapamiętania. Takich, którzy mogliby poszczycić się globalnym wpływem na pojmowanie gatunku. Nieliczne, drobne wyjątki tylko potwierdzają regułę :( Natomiast lokalne uznanie, wielu cenionych artystów zawdzięcza chyba sentymentowi leciwych już miłośników sekwencyjnych obrazków do czasów młodości. Kiedy to fanatycy komiksu zdani byli wyłącznie na podziwianie sporadycznych, skromnych emanacji twórczych. Bowiem publikacje rysunkowe stanowiły wtedy rzadkie objawienia pośród pustyni ówczesnej oferty czytelniczej.

Kiepskie rysunki, sztuczne dialogi oraz „sprane” kolory, dobierane z wyjątkowo ubogiej palety, nie przeszkodziły w popularności zeszytów z przygodami Hansa Klossa w naszym kraju. A nawet (podobno) za granicą. Głównym powodem owych „sukcesów” był brak w tamtym czasie poważnej alternatywy dla sensacyjnej serii. Ważnym elementem promocji cyklu był zapewne serial filmowy, który można było oglądać na czarno białych telewizorach. Kolejne dekady ubóstwa komiksowego rynku oraz nowe rzesze wygłodniałych czytelników wzmacniały tylko efekt kultowości naszego szpiega, w mundurze oficera Abwehry :) Telewizyjna produkcja nie sfilmowała wszystkich opowiadań literackiego pierwowzoru. Komiksowe adaptacje użyły ich jeszcze mniej. Istniała więc niewielka przestrzeń do zagospodarowania. W międzyczasie autorzy oryginału odeszli już z tego świata. A że „natura nie znosi próżni”, z okazji łatwej monetaryzacji szemranej inicjatywy, za pomocą „atrakcyjnego” dla wielu miłośników historii obrazkowych tematu, skorzystał cwany osobnik. Na podstawie opowiadania, które wcześniej nie zostało zilustrowane, stworzył nowy komiks. Jednak nie zrobił tego, kopiując odręcznie kolejne obrazki. Tak, jak to „za komuny” robiły poważne wydawnictwa, sztucznie omijając zarzut fałszerstwa. Sprytny grafik wybrał znacznie prostszą metodę ;) Mianowicie, zeskanował strony komiksów wydanych wcześniej. Następnie, korzystając z „pozyskanego” w ten sposób materiału, przy pomocy programu graficznego zmontował odpowiednio kadry nowej opowieści. Niewątpliwie, owa „produkcja” wymagała sporego nakładu pracy. Jakiegoś pomysłu na dość skomplikowaną realizację. Inicjatywa była zapewne przejawem grafomańskiej kreatywności. Ale czy była twórcza? Raczej miała czysto merkantylny charakter :( Tak skrupulatne podrabianie stylu innego autora, to bez wątpienia fałszerstwo. Nawet, jeśli czynione jest w „zbożnym celu”. Czy można sobie pozwalać na używanie pracy innego autora bez jego zgody? To raczej pytanie retoryczne.

Fałszerz, w swojej adaptacji, zachował charakter rysunku oraz klimat opowieści pierwowzoru. Dzięki zastosowanej metodzie kopiowania nie stanowiło to żadnego problemu. Zapewne wierność oryginałowi była jedyną pozytywną cechą tego przedsięwzięcia. Lecz nie sądzę aby nowy „artysta”, cyfrowo „stemplując” kolejne kadry komiksu, robił to w hołdzie dla uznanego twórcy. Bowiem zeszyty z agentem Klossem uważane były zawsze (nie tylko przez grafików), za miernie rysowane. Nawet w czasach ich największej świetności. Kolejna opowieść nikomu więc nie przyniosłaby sławy. Zwłaszcza taka, która powstała w atmosferze występku. Niewątpliwie ta historia „została stworzona dla pieniędzy” :( Jestem niemal pewien, że twórca podróbki wykorzystał popularność serii wyłącznie w celach merkantylnych. Zamierzał wypłynąć na fali sentymentu do popularnego bohatera. Czerpać własne korzyści z wysiłku innych. Jakże ta koncepcja była bliska sposobowi myślenia festiwalowego dyrektoriatu :( Dziwi mnie jednak, że ów oszust (bo chyba tak należało go nazywać) nie wstydził się podpisać „swojego dzieła”. Być może dumny był z efektów takiej pracy :(

Naturalnie fałszerz, swoim chorym pomysłem, zainteresował dyrektora łódzkiego festiwalu komiksu. Mamut zawsze był łasy konwentowych atrakcji robionych przez podmioty zewnętrzne. Nigdy też, w sposób widoczny, nie przejawiał żadnych rozterek moralnych. Na początku jego rządów niewiele było oryginalnych atrakcji eventowych. A przecież zwierzak nadal był „na dorobku” w kulturalnej instytucji, musiał więc ciągle „błyskać” nowymi inicjatywami. Dlatego propozycja cwaniaka grafomana bardzo mu się spodobała :) Nie namyślając się długo, postanowił wydać „atrakcyjny” zeszyt z serii: „Kapitan Kloss” pod egidą festiwalu komiksu. Oczywiście zrobił to używając środków przeznaczonych na imprezę. Równocześnie, autorowi kontrowersyjnego projektu udostępnił za darmo sporą przestrzeń w strefie targowej konwentu. Zafundował także fałszerzowi gigantyczny baner reklamowy. Aby w pełni wykorzystać możliwości promocji inicjatywy wątpliwej proweniencji :(

W ten sposób poznałem Klosa (tak nazwaliśmy fałszerza w grupie orgów). Wydawał się dziwnym, ale rozumnym człowiekiem, z własnymi pomysłami, które ciągle stwarzały problemy festiwalowym orgom. Jednak nie miał najmniejszej koncepcji wypromowania „swojego dzieła”. Mamut zlecił mi opiekę nad właściwą prezentacją powrotu niegdyś popularnego, komiksowego szpiega. Byłem przecież odpowiedzialny za całą przestrzeń targową łódzkiej imprezy. Początkowo stoisko Klosa umieściłem w dobrym miejscu antresoli, w budynku Textilimpexu. Autor podróbki komiksu miał jakieś kontakty z grupą rekonstrukcyjną. Namówił ich więc do wypożyczenia oryginalnego niemieckiego motocykla z czasu wojny. Zrobił to zapewne, aby stworzyć właściwy klimat dla publikacji :) Razem z obsługą techniczną budynku sprawdziłem możliwości logistyczne, umieszczenia sporego eksponatu na ekspozycji. Pomysł był wykonalny. Lecz do realizacji nie doszło, ze względu na megalomanię Klosa :( Mianowicie, sponsorowany przez Mamuta baner rozrósł się do gigantycznych rozmiarów. W efekcie, nie miałem już dla niego na półpiętrze odpowiedniego miejsca. Musiałem więc stoisko oraz sporą płachtę przenieść na parter budynku. Niestety, w nowej lokalizacji nie można było powiesić wielkiej reklamy komiksu :( Dlatego zaprojektowałem oraz wykonałem z aluminiowych rurek specjalną konstrukcję (ramę), podtrzymującą materiał plakatu, z wizerunkiem okładki. Na szczęście, zwierzak nie szczędził wtedy środków :) Pozostało tylko zmontować całe stoisko. Lecz ta prosta czynność przekraczała zdolności manualne „artysty” Klosa :(

Nie miałem zamiaru dłużej wyręczać go w pracy nad jego ekspozycją. Wystarczająco dużo już dla niego zrobiłem. Przecież przed imprezą musiałem zająć się przygotowaniem własnego stoiska. Wkrótce okazało się, że „niedzielny artysta” nie potrafił używać zwykłego noża do tapet :( Nic więc dziwnego, że podczas montażu banera do ramy szpetnie zaciął się w łapkę. Wywołał tym samym nieoczekiwaną sensację wśród orgów. Nie widziałem całego zdarzenia, ponieważ byłem zajęty pracą. Ale podobno krew „sikała” z jego rany tak, że przerażeni ochroniarze wezwali pogotowie. Podejrzewam jednak, iż owo samookaleczenie powstało w akcie desperacji. Bowiem Klosu nie chciało się aranżować własnego kramu. A może rzeczywiście nie potrafił tego zrobić :( W dokończeniu ekspozycji pomógł nieobecnemu wystawcy mój znajomy (Paweł) oraz przygodni wolontariusze. Natomiast ślady „tragedii” usunęły zawodowe sprzątaczki. Tym razem obyło się bez ofiar w ludziach :)

Fałszerz Klos przeżył. Na drugi dzień, podczas otwarcia festiwalu, pojawił się jak nowo narodzony :) Nie pamiętam, czy miał zabandażowaną łapkę, czy tylko plaster skrywający powierzchowną ranę :( Po raz kolejny zaskoczył mnie nowym, dziwnym pomysłem. Zamiast obiecanego motocykla w międzyczasie „załatwił” oryginalnego kubelwagena, wraz z obsługą. Niewielką grupką statystów odzianych w stroje „z epoki”. Matkowała im jakaś staruszka. Podobno zasłużona profesorka historii. Cała ekipa robiła raczej zabawne wrażenie niepewnych człowieków, którzy nagle znaleźli się w niewłaściwym miejscu i czasie. Trzeba przyznać, że Klos „na trzeźwo” potrafił zadbać o klimat :)

Pogoda w tym dniu była jesienna. Niebo lekko zachmurzone. Rzekomo w telewizji zapowiadali po południu opady deszczu. Nic więc dziwnego, że rekonstruktorzy obawiali się mokrego wpływu na kondycję „antycznego” pojazdu (który przecież nie posiadał dachu). Klos zaproponował wtoczenie kubelwagena do wnętrza budynku. Oczywiście, pomny wcześniejszych kłopotów generowanych przez „artystę”, nie wyraziłem na to zgody. Decyzji nie zmieniłem nawet po wysłuchaniu pretensji zasuszonej profesorki. W rezultacie mojej odmowy rozżalona paniusia wykonała tradycyjnego focha i odjechała spod budynku Textilimpexu na karty historii. Razem z cennym eksponatem :( Zatem festiwalowi goście powinni być mi wdzięczni, za ostrą decyzję w sprawie kubelwagena. Dzięki temu wszyscy przeżyli bez uszczerbku na zdrowiu do końca imprezy. Nawet fajtłapa Klos ;) Deszczu naturalnie tego dnia nie było... Nie wiem jak fałszerzowi poszła sprzedaż (czy może promocja) podrobionego komiksu. Dłużej nie interesowałem się tym tematem. Lecz niewątpliwie, dzięki opiece „siły wyższej” (czyli dyrektora festiwalu) roztoczonej nad Klosem, osobnik zyskał ogromny potencjał. Znalazł się przecież w najbardziej atrakcyjnym miejscu handlowym dużej imprezy komiksowej. Zapewne to wykorzystał :)

Kilka lat później, już w Atlas Arenie, moje stoisko komiksowe odwiedził znajomy policjant z Łodzi. Również miłośnik literatury obrazkowej. Poprosił mnie o wystawienie do sprzedaży owego słynnego komiksu z przygodami kapitana Klossa. Zapytałem go z ciekawości, jak zdobył to unikalne wydawnictwo. Odpowiedział, że zeszyt kupił kiedyś na łódzkim bazarze. Zasugrtował też, żebym zażądał za niego dość wysoką cenę (niby że taki rarytas). Wyłożyłem komiks na ladzie, ponieważ z doświadczenia wiedziałem, iż z policją (lub milicją) handlarz nie powinien raczej polemizować. W trosce o własne zdrowie :( Dziwnym trafem, po pewnym czasie, przy moim kramie zjawił się „znajomy artysta”. Przywitał mnie od razu stwierdzeniem: „Widzę, że sprzedajesz mój komiks”. (?!) Wtedy przyjrzałem się publikacji dokładniej. Została nieźle wydana, choć rysunki nadal były kiepskie. Posiadała logo łódzkiego festiwalu komiksu, musiała więc być drukiem eventowym. Jednak nie pamiętałem, żeby tytuł widniał w oficjalnym spisie wydawnictw konwentowych. Zadzwoniłem tedy do Mamuta, aby rozwiać wszelkie wątpliwości. On zaś wytłumaczył mi, że po wydaniu komiksu pojawiły się jakieś problemy, w kwestii praw autorskich, oraz żebym traktował zeszyt jako wydawnictwo fanowskie. (?!) Zastanowiłem się, dlaczego nie sprawdzona publikacja, mimo braku zgody prawowitego twórcy, została wydana pod szyldem festiwalu? Natomiast fakt, że komiks wbrew temu trafił na rynek, był osobnym zagadnieniem. W historii łódzkiej poligrafii (na przestrzeni dekad), wielokrotnie zdarzało się, że niektóre tytuły „przenikały” na bazar przez dziurawe mury drukarni :( Chyba nie powinienem podejrzewać dyrektora festiwalu komiksu, o współudział w tak niecnym procederze ;)

Reasumując. Komiks opisujący nieznaną przygodę kapitana Klossa usunąłem szybko ze swojego stoiska. Po festiwalu zwróciłem go właścicielowi tłumacząc, że nie chciałem handlować „niepewnym” towarem. Wkrótce też zapomniałem o sprawie :) Jednak sporna publikacja żyła nadal własnym, niezbyt skrytym bytem. Ostatnio zauważyłem, że można ją nabyć (za dość horrendalną cenę) na jednym z portali aukcyjnych. Oczywiście komiks ten uda się również pobrać od Chomika. Ktoś ciągle na nim zarabia. A jego prawdziwi twórcy pewnie przewracają się w grobie :(

Tekst został napisany człowiekiem.

Zrób sobie festiwal

Legenda o złym Witku
- wstęp do nowej historii Festiwalu Komiksu w Łodzi
Nisza w niszy
- opowieść o miejscu bardzo przyjaznym organizatorom
Milczenie owiec (a raczej baranów)
- historia pewnego, tajemniczego spotkania
W krainie ślepców...
- poznajemy skład pierwszego dyrektoriatu
Komiksowa agencja wycieczkowa
- ciekawe podróże dyrektoriatu na sam kraniec świata
Wystarczy być...
- co należy robić, aby trwać na cieplutkim stołku
Wystawy...
- przeróżne wystawy oraz ekspozycje z festiwalem związane
Vox populi
- głos ludu stowarzyszonego oraz obcego
Dyrekcja cyrku w budowie
- odyseja ekipy orgów po ciekawych miejscach Łodzi
Orgi oraz woły
- o tych, którzy pomagają oraz takich, co tylko udają
Inwazja autografożerców
- plaga równie żarłoczna co agresywna, niczym szarańcza
Wartość dodana
- jak z niczego stworzyć coś wartościowego?
Przypadek Klossa
- niemoralna propozycja, przyjęta przez zwierzaka bez żadnej refleksji
manga
- komiks, albo przebieranka... wybór należy do Ciebie :)
ciąg dalszy nastąpi...

grudnia 07, 2024

Wartość dodana

Jest to temat bardzo bliski tęsknotom wielu autografożerców, bezustannie łaknących nowych, niepowtarzalnych obiektów kultu. Lecz posiadający również ogromne możliwości w zakresie promocji każdej imprezy oraz utrwalania w świadomości uczestników pozytywnego wizerunku spotkania. Wartość dodana zależy w dużym stopniu od konwentowych orgów, ale przez obecnych jest zupełnie niezrozumiała :(

na obrazku fragment grafiki, z ekspozycji Simona Bisleya podczas festiwalu komiksu w Łodzi

Ważnymi elementami, które pobudzają wspomnienia oraz przywiązanie do eventu festiwalowych gości są unikalne, ekskluzywne, trwałe przedmioty identyfikowane z imprezą, i wyłącznie na niej dostępne. Są one również doskonałym sposobem dodania prestiżu ich posiadaczowi. Niemal na równi z autografem. Plakat konwentowy, katalog konkursu komiksowego, okolicznościowe znaczki lub plakietki, a nawet zaproszenia i bilety (jeśli są ładne oraz dobrze zaprojektowane), mogą być cenną pamiątką wielu uczestników eventu. Przeważnie koszt stworzenia takiego trofeum, uzyskania tym samym wartości dodanej, jest niewielki. Natomiast przyjemność obcowania z pamiątką po latach, bezcenna :) Przypomina nieco posiadanie wyjątkowego rysunku lub podpisu autora w komiksie. Lecz nie powoduje nadmiernych kosztów ludzkich, wśród twórców ;) Poza tym, pamiatka jest unikalna. A zatem... tak rzadki oraz niepowtarzalny obiekt porządania można również zacnie zmonetaryzować :)

Niewątpliwie cenną pamiątką z eventu mogą być prywatne fotografie, które w erze smartfonów wykonują nagminnie wszyscy uczestnicy każdej imprezy. Są one zapewne wyjątkowe. Ale czy ekskluzywne? Skoro każdy człowiek odwiedzający konwent może sobie zrobić selfie na tle wybranej atrakcji, gwiazdy festiwalu, malowniczo przebranego gościa, bądź ulubionego stoiska (wystawcy). Takie fotki są raczej trofeum prywatnym, więc czasami trudno się nimi chwalić ;)

Plakat festiwalowy jest dobrym tematem wspomnień, posiadającym też często niezwykłą wartość artystyczną. Ale ponieważ ma on raczej duże rozmiary (100x70cm), trudno go eksponować w skromnym, „podręcznym” miejscu, poza oczywiście ścianą pokoju. Ponadto, nie jest łatwo dostępny. Chyba nigdy, podczas eventu, plakatu nie sprzedawano (nie jestem pewien). Ale czasami, jego nadprodukcję, wolontariusze rozdawali nielicznym gościom łódzkiej imprezy. Naturalnie, po zakończonym konwencie, niektórzy łowcy autografów zrywali plakaty ze ścian Atlas Areny, zyskując tym samym ekskluzywną pamiątkę. Lecz nieco pokancerowaną :( Było to nad wyraz działanie pro ekologiczne. Ponieważ zapomniane afisze zawsze po evencie lądowały w koszu na śmieci :(

Katalog konkursu festiwalowego przestał być okolicznościową pamiątką kilka lat temu. Kiedy Mamut uśmiercił, trwający bez przerwy przez trzydzieści jesieni, konkurs komiksowy :( Poważne źródło edukacji, inspiracji oraz bez precedensową możliwość prezentowania własnych prac wielu młodych adeptów sztuki komiksowej. Zamiast katalogu pozostał jako souvenir program imprezy, który od zawsze był mało czytelny (ze względu na dziwaczny układ informacji oraz mikroskopijną czcionkę). Ponieważ jego redaktorzy pragnęli jedynie, żeby istniał fizycznie. Przecież stanowił jedyny trwały ślad ich „działalności”. Jednak nigdy nie przywiązywali większej wagi do zawartej w programie treści :( Przepraszam. Reklamy sponsorów prawie zawsze wychodziły doskonale :)

Tylko wybrańcy: goście, dziennikarze, wystawcy i organizatorzy, jako ekskluzywną pamiątkę z uczestnictwa w festiwalu komiksu, mogą potraktować plastykową plakietkę identyfikacyjną. Niektórzy nawet je kolekcjonują :) Wolontariusze obecnie dostają chyba tylko fikuśne żółte podkoszulki (niestety, bez napisu MTBiHu ;) Ale mogę się mylić, bo od dwudziestu lat nie jestem już wolontariuszem :) Trudno bowiem, jako souvenir, potraktować festiwalową smyczkę, której wzór nie zmienił się od wieku. Albo papierową (wzmacnianą pewnie kevlarem) opaskę, z której po godzinie używania robi się paskudna, brudna szmata :( Lecz nadal nie można łatwo jej zerwać, więc trzeba nosić dumnie, niemal do śmierci :( I właśnie o to chodziło Mamutowi, kiedy wybierał metodę tagowania odwiedzających. Żeby każdy uczestnik festiwalu komiksu miał dozgonną pamiątkę, z pobytu na imprezie w mieście Łodzi :)

Jednego roku Mamut wymyślił „cegiełki sponsorskie”, dla uczestników eventu. Zapewne pragnął w ten sposób pozyskać dodatkowe środki na organizację. Było to wtedy, gdy wstęp do Atlas Areny, na komiksową imprezę, był wolny. Tak, zdarzyło się kiedyś, że można było podziwiać atrakcje festiwalu za darmo :) Ale „to se nevrati”. Bo komuś to przeszkadza :( Można było owe „cegiełki” przygotować w formie unikalnych, ekskluzywnych grafik (np. na kartkach pocztowych), pod autografy twórców. Tymczasem „materiały budowlane” zwierzaka były zwykłymi kawałkami papieru. Zapewne dodatkowo zostały opatrzone jakimś okolicznościowym tekstem oraz kwotą datku, a na pewno numerem seryjnym (to druk ścisłego zarachowania). Nie przyglądałem się im zbytnio. Stanowiły zatem dość mizerną pamiątkę z eventu. Nic więc dziwnego, że nie cieszyły się zbytnio zainteresowaniem zwiedzających gości :(

W trakcie imprezy pojawiają się czasami pamiątki mniej trwałe. Lecz równie wyjątkowe, co niepowtarzalne :) Osobliwą atrakcją każdego konwentu jest bez wątpienia okolicznościowe piwo, którego niestety nigdy nie miałem okazji spróbować (mimo atencji do samego trunku). Ciekawe jednak, w jaki sposób dyrektoriat uzasadnia konieczną obecność alkoholowego napitku, na evencie gromadzącym tak wielką rzeszę nieletnich gości? Podczas festiwalu rzadziej można spróbować niezwykłych napojów, dozwolonych poniżej lat osiemnastu :( Niezmiernie rzadko pojawiają się też niecodzienne przekąski. Pamiętam event, w trakcie którego wolontariusze roznosili wśród publiczności czekoladki, ozdobione kolorowymi literkami (z loga festiwalu: K O M I K S). Lecz tace, z ułożonymi na nich pralinami, nie wyglądały zbyt apetycznie. Nieco wyższa w tym dniu temperatura powietrza oraz „gorąca” atmosfera imprezy sprawiły, że „czekolada” zaczęła się rozpuszczać. Dlatego brązowe kęsy przypominały raczej kawałki g.., niż smaczną delicję. Nic więc dziwnego, że owe kostki nie miały „wzięcia” wśród eventowych gości. Ja również zrezygnowałem z tej wątpliwej przyjemności :( Na szczęście dla organizatorów, Sanepid tego dnia miał wolne ;) Natomiast najodważniejsi uczestnicy imprezy, których skusiły czekoladki, mieli po konwencie niewątpliwie kolorowe g... :(

Podobnie przaśne pomysły „gotowanych” atrakcji, podczas celebrowania mniej lub bardziej spektakularnych, około festiwalowych zdarzeń, pojawiały się dość często między uszami, w skromnym umyśle Mamuta. Pozwolę sobie przypomnieć słynne „bitwy na torty”. Ulubioną formę rozrywki podczas afterparty. Stanowiły one dość prostacki, zabawny dla nielicznych, ale żenujący większość wzór do naśladowania. Jakże popularny w kręgach całego dyrektoriatu, oraz czytelników tych „durnych historyjek obrazkowych”. Produktu wyłącznie dla debili :(

Wyjątkowym przejawem wartości dodanej był mój pomysł unikalnej grafiki dla bywalców strefy autografożerców, podczas festiwalu komiksu w 2003roku. Początkowo Mamut zaproponował, aby zaproszeni autorzy brytyjscy stawiali autografy na niewielkiej, zwykłej acz kolorowej karteczce reklamowej (format B5). Znajdowała się na niej informacja o projekcie „Imagine this”. I była ona dodana do każdego katalogu konwentowego. Pomijając fakt, że owa kartka nie zapewniała wiele miejsca na podpis, to raczej stanowiła bardzo prymitywną formę trofeum :( W tamtym roku patronat nad łódzką imprezą objął British Council. Z tej okazji twórcy opowieści o Slainie, Pat Mills i Clint Langley, przygotowali specjalny, jedno planszowy komiks, w którym celtycki barbarzyńca spotyka Smoka Wawelskiego. Short ukazał się w katalogu festiwalowym. Ja natomiast zaproponowałem, aby wersję bez dymków wydrukować w niewielkim nakładzie (50 egzemplarzy), jako ekskluzywną grafikę pod autografy twórców. Według mnie, obrazek w formacie A3, drukowany na dobrym, grubszym papierze, byłby niewątpliwie cenną oraz unikalną pamiątką z imprezy. Pomysł swój zrealizowałem, przy niechętnej aprobacie Mamuta. Wtedy jeszcze zwierzak, w sprawach organizacyjnych, niewiele miał do powiedzenia :) Mój print Langleya rozszedł się natychmiast wśród autografożerców. Może dlatego, że był za darmo rozdawany. Niestety, po raz kolejny, tylko ja poniosłem część kosztów tej inicjatywy. Bowiem przyszły dyrektor festiwalu nie lubił dzielić się wyżebraną od sponsorów kasą, więc nie zwrócił mi całej kwoty, którą wydałem na druk grafik :( Pisałem już o tym w „13lat prowizorki”.

Prawdopodobnie mój pomysł specjalnego, wyjątkowego druku festiwalowego, trwałej wartości dodanej dla eventowych gości, był jedyną taką inicjatywą w historii łódzkiej imprezy. Chociaż podobnych możliwości, zależnych wyłącznie od dyrektoriatu, w kolejnych latach było wiele. Przecież w tym czasie przez konwent przewinęło się spore grono zacnych twórców. Mistrzów komiksu światowego. Lecz, jak zwykle, festiwalowym orgom nie chciało się aktywizować ponad standardowe minimum. Owe status quo nigdy nie zmuszało ich do nadmiernego wysiłku :(

Niewątpliwie wartością dodaną mogą poszczycić się także moje „resztki” materiałów na ekspozycję Bisleya, która pewnego razu uzupełniła program festiwalu. Printy wzbogacone autografem autora, którymi chciałem onegdaj podzielić się z fanami jego twórczości, za pośrednictwem Allegro. Trudno bowiem, żebym wszystkie inicjatywy własne rozdawał za darmo. Pisałem już o tym ;)

Jakiś czas temu, kiedy dowiedziałem się, że łódzki konwent zamierza odwiedzić Jim Lee (światowa gwiazda komiksu zza wielkiej wody), zaproponowałem organizatorom imprezy stworzenie nowej wartości dodanej. Według mojego pomysłu sprzed lat kilku. Lecz wyraz głębokiej niechęci do kolejnej inicjatywy, malujący się na twarzy Joanny (świeżego nabytku dyrektoriatu), wystarczająco ostudził moje zamiary. Nowi orgowie mieli w głębokim poważaniu wszelkie unikatowe atrakcje z komiksem związane. Tak samo, jak „starzy wyjadacze”. Przykład niestety idzie z góry :( Dla wszystkich, obecnych organizatorów festiwalu komiksu ważnym stało się tylko, aby impreza toczyła się nieśpiesznie dalej, wytyczonymi przez lata koleinami. Dlatego każde odstępstwo od ustalonej normy stanowi dla nich zawsze gigantyczny problem :(

Tekst został napisany człowiekiem.

Zrób sobie festiwal

Legenda o złym Witku
- wstęp do nowej historii Festiwalu Komiksu w Łodzi
Nisza w niszy
- opowieść o miejscu bardzo przyjaznym organizatorom
Milczenie owiec (a raczej baranów)
- historia pewnego, tajemniczego spotkania
W krainie ślepców...
- poznajemy skład pierwszego dyrektoriatu
Komiksowa agencja wycieczkowa
- ciekawe podróże dyrektoriatu na sam kraniec świata
Wystarczy być...
- co należy robić, aby trwać na cieplutkim stołku
Wystawy...
- przeróżne wystawy oraz ekspozycje z festiwalem związane
Vox populi
- głos ludu stowarzyszonego oraz obcego
Dyrekcja cyrku w budowie
- odyseja ekipy orgów po ciekawych miejscach Łodzi
Orgi oraz woły
- o tych, którzy pomagają oraz takich, co tylko udają
Inwazja autografożerców
- plaga równie żarłoczna co agresywna, niczym szarańcza
Wartość dodana
- jak z niczego stworzyć coś wartościowego?
Przypadek Klossa
- niemoralna propozycja, przyjęta przez zwierzaka bez żadnej refleksji :(

listopada 28, 2024

Inwazja autografożerców

Zupełnie nie rozumiem potrzeby, u coraz większej grupy człowieków, posiadania autografu znanej, uznawanej, lecz zupełnie obcej osoby. Być może jest to moda rozprzestrzeniająca się niczym pandemia, aby mieć podpis gwiazdy, albo przynajmniej patocelebryty. A jeszcze lepiej zrobić sobie selfie z gościem, którego nawet by się nie rozpoznało w biały dzień na ulicy :( Czy może jest to indywidualna próba otagowania nowo odkrytej, unikalnej rzeczywistości. Wynik nagłego entuzjazmu spowodowany kontaktem z czymś nadzwyczajnym, niemal boskim. Wzorem starożytnych wandali, którzy wydrapywali swoje inicjały na murach Colosseum: Tu byłem... To widziałem. Musiałem więc zostawić jakiś ślad dla potomnych. Bo inaczej nikt by mi nie uwierzył :( Prawdopodobnie podpis jest również takim potwierdzeniem bliskiego kontaktu z siłą wyższą, nadistotą. Wyrastającą ponad ogół zwykłych, banalnych człowieków. Można się nim pochwalić rodzinie i znajomym. Oraz wzbudzić zazdrość u wrogów :) A może posiadanie autografu jest jedynym sposobem dowartościowania własnego szarego, pustego, nędznego żywota, w którym na co dzień brak jakichkolwiek wyzwań, poważniejszych wzruszeń. Wtedy podpis „osobistości” jest jedynym trofeum uzasadniającym sens życia :(

MFKiG 2018, Atlas Arena, strefa autografów - ...nad gigantyczną, zbędną konstrukcją podtrzymującą jedynie festiwalowy baner widać elementy kratownicy wyciągarki :(

Naturalnie, jako handlarz (choć raczej ciałem, niż duchem), jestem świadom merkantylnych możliwości dysponowania autografem. Dowartościowania w ten sposób zwykłej książki, rysunku... części garderoby. Doprawdy zadziwiające są tęsknoty oraz wymagania niektórych autografożerców pragnących posiadać choć niewielką cząstkę dotkniętą przez mistrza :) Kiedyś jako organizator, na aukcji podczas jednego z eventów, wystawiłem do licytacji (w zbożnym celu) poplamioną kawą koszulkę Papcia Chmiela, którą twórca nosił w trakcie imprezy. Ale wybrudził ;) Nawet boję się wyobrażać sobie, do czego mogła posłużyć zwycięzcy przetargu owa relikwia :( Jednak nie każdy psychofan ulubionego autora jest w stanie dostąpić „zaszczytu” zdobycia wymarzonego fantu osobiście, w prosty sposób. Wtedy do akcji przystępują „łowcy autografów”. Owe pasożyty fanów obecne są na każdej imprezie. Zawsze w pierwszym rzędzie. Na początku każdej kolejki. Zaiste wielka jest siła pieniądza, która zmusza zwykłych ludzi do ekstremalnych czynów :( Łowcy zazwyczaj swoją zdobycz, autograf bądź wrys (paskudne słowo), dość szybko monetaryzują na internetowych aukcjach, uszczęśliwiając tym czynem bogatszych autografożerców. Lecz głównie siebie ;) Wówczas ktoś nieobecny podczas eventu, albo taki, który nie dopchał się do „numerka” może również podziwiać trofeum. Chwalić się nim wśród znajomych. Jeśli oczywiście za taką „przyziemność” odpowiednio zapłacił :)

Mój negatywny stosunek do autografożerców wynika z obserwacji zezwierzęcenia wielu człowieków w trakcie prób pozyskania cennego dobra, jakim jest podpis autora :( Kiedy Grzegorz Rosiński, po wielu latach spędzonych na obczyźnie, odwiedził łódzki konwent komiksu, autografożercy zdemolowali cały program imprezy. Kolejka po rysunek mistrza ciągnęła się przez całą długość dużej, reprezentacyjnej sali 304 Łódzkiego Domu Kultury. Ludzka stonoga zajmowała cenne miejsce oraz czas przewidziany na spotkania z innymi gośćmi eventu. Ówcześni organizatorzy nie potrafili sobie z tym problemem poradzić. Ja niestety byłem (jak zwykle) na giełdzie :( Wcześniej nie miałem nawet świadomości, jak dzika jest gawiedź chętnych zdobycia unikalnego śladu autora w komiksie. Nagle dochodziły do głosu wszelkie pierwotne mechanizmy natury, które cywilizacja próbowała wyplenić przez wieki :( Oczywiście wcześniej, na srebrnym ekranie, czasami widziałem nieśmiałe próby pozyskania podpisu uznanej gwiazdy, lub idola. Zdawałem sobie również sprawę z możliwości zabójczej histerii tłumu, podczas zawodów sportowych, albo koncertów popularnych wykonawców. Lecz bezpośredni kontakt z plagą autografożerców, zrobił na mnie kolosalne, negatywne wrażenie. Człowieki te nagle potrafiły być bardzo (niemal krwiożerczo) agresywne. Najczęściej jednak potulnie, niczym owieczki, nocami oraz godzinami trwały w skamieniałej kolejce, czekając na swój moment ekstazy ;) Zapewne takie zachowanie sprzyjało powstawaniu nowych znajomości wśród miłośników komiksu. Kontaktom towarzyskim oraz wymianie poglądów, w ogonku do artysty. I jest to jedyny pozytywny aspekt całego zagadnienia :)

Autografożercy byli zawsze nad wyraz namolni. Wybranemu obiektowi kultu nie dawali nawet chwili wytchnienia. Pamiętam, jak na jednym z konwentów, już wieczorem (a nawet nocą), Rosiński „gryzmolił” swoje obrazki w kuchni prywatnego mieszkania dziennikarki Anki. Ten zacny rysownik bezustannie był oblegany przez natrętów, wyzbytych wszelkich hamulców przyzwoitości. Tak jakby poprzez bycie gwiazdą stawał się automatycznie ich własnością :( Jako organizator przyszłych konwentów musiałem więc przygotować odpowiednie miejsce dla rzeszy jego wielbicieli oraz „łowców”. Postanowiłem wygrodzić specjalną przestrzeń na „strefę autografów”. Zarówno dla komfortu mistrza, jak i sprawnego przebiegu imprezy. Ustawianie dowolnej ilości rzędów krzeseł, stolików lub barierek nie przynosiło żadnego rezultatu. Wszelkie ruchome obiekty były natychmiast spychane przez rozentuzjazmowaną tłuszczę :( Lecz znalazłem rozwiązanie problemu :) Wykorzystałem niewielki obszar otoczony stalowymi balustradami, przy wejściu do ogromnej sali „kolumnowej”. Taką nieużywaną niszę :) Artysta był dobrze widoczny dla gości, ale jednocześnie otoczony „murem” nie do przejścia, ani zepchnięcia. Natomiast łowcy autografów musieli obowiązkowo ustawiać się w kolejce wzdłuż długiej balustrady, okalającej całą antresolę wokół prestiżowej sali. Po raz pierwszy autografożercy mieli sposobność, przynajmniej częściowego, udziału w imprezie :) Moje rozwiązanie okazało się proste oraz skuteczne. Aż dziw bierze, że żaden z eŁDeKowych orgów nie wpadł na nie wcześniej. Oczywiście, nie wszystkim się ono podobało :(

Dlatego, w kolejnych latach, orgowie umieszczali gwiazdy konwentu wyłącznie w „klatce” biura organizatorów, do którego nikt postronny nie miał prawa wstępu :( Zabawnie wyglądała wtedy kolejka autografożerców. Człowieki oczekujące „zbawienia”, smętnie siedzące na posadzce w korytarzu. Wtedy też, po raz pierwszy pomyślałem o zastosowaniu numerków. Żeby goście łaknący podpisu lub rysunku nie musieli bezsensownie zapychać wąskich korytarzy przedwojennej instytucji kultury. Aby w nieco większym stopniu, niż zazwyczaj, korzystali z całej imprezy.

Lecz numerki do strefy autografów pojawiły się dużo później. Już za rządów Mamuta. Były sposobem, ale też nieudolną próbą, rozwiązania kłopotu wiecznego tłoku chętnych uzyskania podpisu autora. Przypominam sobie festiwal, podczas którego stoliki dla artystów umieszczone były w cieniu dość wysokiej sceny. Zabawnie na zdjęciu wyglądał jakiś dzieciak, który siedząc na podeście radośnie dyndał nogami nad głową pracującego artysty. Pewnie ze sceny miał lepszy widok ;) Kolejnym razem, do utrzymania porządku w strefie autografów, orgowie zatrudnili filigranowej budowy, nieletnią wolontariuszkę. Jej cichutki głosik nieustannie ginął, przytłoczony chucią potężnych, wygłodniałych, wkur... autografożerców :( Jakim trzeba być orgiem-idiotą, żeby dopuścić do podobnej sytuacji :( Oczywiście „zmyślni” organizatorzy Mamuta znaleźli wreszcie (po latach) sposób opieki nad rysującymi autorami. Wynajęli ekipę z Warszawy (?!) Kilku rosłych kolesi, którzy w wolnych chwilach zajmowali się handlem oryginałami prac ilustrowanych (koniecznie z autografem). Oni na pewno wiedzieli, jak zaprowadzić właściwy porządek oraz kto ma pierwszeństwo w kolejce :( Tutaj przypomina mi się sytuacja z festiwalu w hali Expo, o której wspomniałem już w „Staruchy do piachu”. Mianowicie zwierzak, w swoistym, bizantyjskim geście, zarządził powstanie dwóch osobnych przestrzeni scenicznych. Tylko po co? Obie sceny były pokaźnych rozmiarów. Wyposażone w olbrzymie ekrany, kamery oraz świetną infrastrukturę elektroniczną stanowiły wizytówkę niefrasobliwego trwonienia środków przez Mamuta. Tymczasem na „scenie” autografów, jakiś osiłek ochroniarz musiał ryczeć kolejne numery autografożerców, przekrzykując spory hałas z hali, bowiem dla niego właśnie zabrakło mikrofonu :( Jednak mnie bardziej przerażał koszt wynajęcia całego sprzętu, który oczywiście zaakceptował dyrektor festiwalu :( Ile za tak zmarnotrawione pieniądze można by było wydać publikacji, promujących młodych artystów oraz sam komiks polski?

Zresztą nieudolność, marnotrawstwo oraz niegospodarność to określenia, które charakteryzują wszelkie działania całego festiwalowego dyrektoriatu ery Mamuta. Przykładem niech będzie pomysł Tymka na strefę autografów (wspominałem już o nim). Zrealizowany wyłącznie po to, aby spełnić kaprys zwierzaka. Tymek wymyślił specjalną „wyspę” dla autorów na płycie areny, stworzoną z podestów scenicznych. Jej wygląd był nieco dziwny, ale przynajmniej nikt twórcom nie „wisiał” nad głową :) W pierwszym roku podestów użyczyła Atlas Arena. Nie znam dokładnych rozliczeń Conturu, ale podobno wszelkie elementy (jak np. podesty, stoły, krzesła...) należące do hali sportowej wchodziły w skład kosztów użytkowania całego obiektu. Tymczasem rok później, kiedy podestów areny zabrakło, trzeba je było wynająć od firmy zewnętrznej. W tym przypadku cena wyspy Tymka wyniosła prawie siedem tysięcy złotych. Wiem to dokładnie, ponieważ wtedy zamawiałem wszystkie elementy zabudowy targowej. W tamtym czasie, za podobne pieniądze, można by było wydać dwa stu-stronicowe albumy komiksowe. Następnie rozdać je uczestnikom imprezy gratis. Ciekawe, co bardziej by ucieszyło festiwalowych gości? Fikuśna wyspa służąca tylko strefie autografów, czy darmowa publikacja dla wszystkich gości :(

Pozwolę sobie na jeszcze jeden przykład niegospodarności dyrektoriatu w zakresie autografów. W ostatnim roku (2018), w którym organizowałem cały obszar targowy łódzkiego festiwalu komiksu, dowiedziałem się, że w Atlas Arenie oddano do użytku specjalną konstrukcję dźwigową, do montażu różnych obiektów pod dachem hali. Na przykład: elementów scenografii lub wielkich wyświetlaczy. Urządzenie było o tyle fajne, ponieważ pozwalało instalować wszelkie moduły na poziomie ziemi. Następnie unosiło je wyciągarką, niemal pod sam sufit. Dlatego można było zrezygnować z usług drogich pracowników do robót na wysokościach, bo wszystko mógł kontrolować jeden człowiek :) Nośność nowej kratownicy była olbrzymia. Zapewne konstrukcja zdolna była unieść małe stado słoni ;) Wyciągarka znajdowała się tylko po jednej stronie hali. Nie namyślając się długo, przeniosłem w to miejsce (nie bez oporu Mamuta) scenę główną imprezy oraz strefę autografów. Pomyślałem, że w ten sposób będzie łatwiej, szybciej i taniej przygotować owe stałe elementy programu imprezy. Dokończyłem również plan pozostałych stoisk, w zabudowie targowej, na płycie Atlas Areny. Jakież było moje zdumienie, kiedy trzy dni przed festiwalem, gdy stoiska handlowe były już ustawione, Mamut zdecydował o innym sposobie montażu ekranu na scenie głównej :( Zamiast skorzystać z profesjonalnej, unoszonej płynnie rampy, do której (oprócz stada słoni) mógł być podwieszony dowolny wyświetlacz, zwierzak (albo jego kumple) wybrał równie profesjonalną, ale zbędną oraz bardzo drogą konstrukcję, składającą się z potężnych dźwigarów, na której radośnie hasali równie drodzy „alpiniści” :( Niespodziewana alternatywa zajęła dodatkowe cztery metry szerokości całej powierzchni, po obu stronach sceny. Naturalnie wpłynęło to na komunikację uczestników konwentu wokół stoisk targowych. Alejki zwęziły się znacznie. A mój misterny plan zabudowy areny uległ poważnej perturbacji. Czyja to była wina? :( Mamut od zawsze miał w „głębokim poważaniu” pracę innych. Lubił też, do ostatniej chwili, skrywać pomysły własne. Ku „uciesze” pozostałych organizatorów :(

Tekst został napisany człowiekiem. Fotkę również zrobił Witek.

Zrób sobie festiwal

Legenda o złym Witku
- wstęp do nowej historii Festiwalu Komiksu w Łodzi
Nisza w niszy
- opowieść o miejscu bardzo przyjaznym organizatorom
Milczenie owiec (a raczej baranów)
- historia pewnego, tajemniczego spotkania
W krainie ślepców...
- poznajemy skład pierwszego dyrektoriatu
Komiksowa agencja wycieczkowa
- ciekawe podróże dyrektoriatu na sam kraniec świata
Wystarczy być...
- co należy robić, aby trwać na cieplutkim stołku
Wystawy...
- przeróżne wystawy oraz ekspozycje z festiwalem związane
Vox populi
- głos ludu stowarzyszonego oraz obcego
Dyrekcja cyrku w budowie
- odyseja ekipy orgów po ciekawych miejscach Łodzi
Orgi oraz woły
- o tych, którzy pomagają oraz takich, co tylko udają
Inwazja autografożerców
- plaga równie żarłoczna co agresywna, niczym szarańcza
Wartość dodana
- jak z niczego stworzyć coś wartościowego?

listopada 21, 2024

Orgi oraz woły

Podczas lektury moich festiwalowych wspomnień można odnieść mylne wrażenie, że ekipa przygotowująca kolejną edycję imprezy nie musi być liczna. Może tak było w pierwszych latach łódzkiego konwentu. Lecz zawsze potrzebni byli ludzie do wykonywania prostych czynności oraz tacy, którzy wyznaczali kierunki działania, dbali też o całokształt eventu. Od poziomu współpracy obu grup zależał sukces, bądź porażka każdego wydarzenia. Co prawda, zawsze największa odpowiedzialność, za powodzenie imprezy, spoczywała na barkach kierownictwa. Jednak bez wysiłku wielu szeregowych pomocników nie dałoby się stworzyć żadnego festiwalu.

Naturalnie wszystkie człowieki pracujące przy organizacji każdego konwentu musiały być jego organizatorami. Zarówno osoby planujące poszczególne punkty programu imprezy. Rezerwujące niezbędną przestrzeń w określonych ramach czasowych. Pozyskujące środki na realizację różnych składników kolejnego eventu. Raczej nie dało się tego robić na kredyt :( Zawsze też potrzebni byli ludzie dbający o koordynację wszelkich działań. Opiekujący się wystawami, Strefą Targową, konkursami oraz grami, publikacjami, czy spotkaniami z publicznością. Również niezbędne były osoby sumiennie zarządzające całym projektem (tak zwaną „papierologią”) z ramienia instytucji opiekuńczej (eŁDeK, eMeL, ECe1...). Wykonujące drobne usługi na rzecz eventu. Dbające także o ład i porządek, albo ochronę gości w trakcie imprezy. Wszyscy oni byli orgami! Obojętnie, czy za swoją pracę otrzymywali kasę, miskę strawy i koszulkę, albo jedynie „uścisk dłoni prezesa”. Nikomu nie powinno się odmawiać miana organizatora. Czy jednak można porównywać wkład pracy różnych człowieków?

W pierwszych latach łódzkiej imprezy poważny problem stanowiło wypełnienie galerii, użyczonych przez dom kultury, twórczością radosną początkujących autorów komiksów. Pracownicy instytucji rzadko się tym zajmowali. Przeważnie mieli „ważniejsze” sprawy na głowie, niż zajmowanie się promocją młodocianych artystów. Dlatego przygotowaniem konwentowych wystaw musieli zająć się ludzie Conturu, oraz ich znajomi z liceum, bądź uczelni. Czynność ta tylko z pozoru wydawała się łatwa. W specjalnych uchwytach, chybotliwych stelaży z metalowych rurek, należało precyzyjnie umieścić dwie ciężkie, metrowej wielkości, grube szyby z hartowanego szkła. Wcześniej między nimi ustawiano prace. Grafiki były często prezentowane po obu stronach szklanej tafli, więc procedurę powtarzano kilkukrotnie. Upadek sporego ciężaru z wysokości metra mógł skończyć się śmiercią lub kalectwem montażystów. Ale nikt nie zginął :) Jednak podczas tworzenia kolejnych wystaw eŁDeK stracił kilka kompletów drogich szyb :( A przecież mógł zatrudnić zawodowców... Kiedy z biegiem lat zaczęli „znikać” conturowcy, w przygotowaniu ekspozycji pomagały następne pokolenia licealistów z „plastyka” oraz ich koledzy. Niestety, na przełomie wieku darmowych pomocników zabrakło. Mimo iż dom kultury przeznaczał już niewielkie środki na właściwą prezentację komiksów. Pewnego roku sam z konieczności stałem się kuratorem wystaw. Odpowiednio przygotowałem materiał do ekspozycji. Natomiast przed imprezą, montażem prac w galerii zajął się Paweł. Znajomy handlarz z giełdy, wraz z kumplem. Oni też stali się organizatorami festiwalu :) Tylko dwie osoby? Czyli można było urządzić galerie sprawnie i szybko. Bez zbędnego, aczkolwiek miłego, towarzystwa całej kompanii orgów... Z doświadczenia wiem, że grupa znajomych, podczas wspólnej pracy, więcej czasu spędza na pogaduszkach i wymianie poglądów, niż efektywnym działaniu :(

Ale już w trakcie eventu, owi liczni „orgowie” zazwyczaj nic nie robili. Aczkolwiek wszyscy, zawsze stawiali się w komplecie, kiedy nadarzała się okazja do świętowania. Nagle pałali chęcią, aby udzielać się towarzysko. Spotykać starych znajomych. Chwalić się cudzymi sukcesami. Po prostu, robić dobre wrażenie. Bo przecież to była ICH impreza :( Wcześniej niektórzy „organizatorzy” nawet nie musieli nic czynić. Wystarczyło bowiem, że uważali się za członków Conturu, Grupy 8, lub innego stowarzyszenia, bądź grupy. Tym sposobem, ciągle rozrastała się sfera wirtualnych orgów... Tylko przed następnym konwentem, trudno było znaleźć wśród nich pomocników do realnej pracy :(

Wybrani pracownicy każdej instytucji kultury, która „opiekowała” się w swoim czasie łódzką imprezą, również przyczyniali się znacznie do powstania kolejnego festiwalu. Jednak większość działań wykonywali w ramach obowiązków służbowych. Natomiast za „nadgodziny” byli dodatkowo, sowicie opłacani. We właściwym przygotowaniu konwentu zawsze bardzo pomocne były środki z magistratu oraz innych instytucji publicznych, a także od sponsorów. Owych licznych mecenasów sztuki również winniśmy uważać za organizatorów :)

W pewnym momencie historii łódzkiego festiwalu komiksu pojawili się wolontariusze. Nie wiem dokładnie kiedy to było, ani skąd się wzięli. Bowiem nigdy bezpośrednio nie miałem z nimi do czynienia :( Być może, wolontariusze początkowo byli werbowani za pomocą „poczty pantoflowej”. Później, raczej przez liczne apele internetowe. Niewykluczone też, że mogła to być kolejna generacja uczniów liceum plastycznego, bowiem niektórzy z nich znali się wcześniej... Byli to przeważnie bardzo młodzi ludzie, żeby nie powiedzieć dzieci. Widocznie rodzice pozwalali nieletnim na taką aktywność. A może „starzy” nic nie wiedzieli, albo sami byli orgami? Przeważnie dyrektoriat wykorzystywał młodzież do prostych prac pomocniczych, jak noszenie, przenoszenie, ustawianie i przestawianie krzeseł, stolików i tym podobnych, dość lekkich obiektów... Wolontariusze pomagali też w obsłudze festiwalu. Starsi pracowali przy „obrączkowaniu” uczestników. Działali także w służbie informacyjnej oraz podstawowej opiece nad punktami programu imprezy. Czy byli organizatorami? Raczej wołami, bowiem wielokrotnie widziałem, jak dzieci przenosiły korytarzami o-ringu różne paczki, bambetle wystawców szczególnie lubianych przez Mamuta :( Zresztą cały dyrektoriat często zwalał na wolontariuszy liczne obowiązki, które powinien raczej powierzać dorosłym, płatnym pracownikom :( Natomiast kiedy zabrakło zleconej pracy, albo przydzielone zadanie zostało ukończone, młode woły często snuły się grupkami po korytarzach areny bez nadzoru. To mogło być niebezpieczne. Dlatego potrzebny był kierownik.

Pierwszym nadzorcą niewolników, pod rządami zwierzaka w Atlas Arenie, został Pączek. Miły, korpulentny, jowialny osobnik, którego lubili wszyscy. Zarówno orgowie, jak i woły. Jednak Pączek nie potrafił wypracować sobie autorytetu u młodzieży. Dlatego raczej nie nadawał się do pełnienia tak odpowiedzialnej funkcji. Jego brak zdolności przywódczych oraz nikła zdolność sterowania zasobami ludzkimi często był powodem festiwalowych perturbacji :( Nieco lepiej radził sobie z wołami Micheangelo. Pod jego rozkazami wolontariusze chodzili niemal, „jak w zegarku”. Ze mną również miał dobry kontakt. Ale chyba za bardzo przejmował się rolą. Ewidentnie, niezbyt skrycie pragnął władzy. Czasami dziwnie traktował niektórych mniejszych wystawców. Jednym zabraniał korzystać z dodatkowej, wolnej przestrzeni. Innym pozwalał rozkładać towar na „ziemi”, jak na podrzędnym bazarze. Trochę nie licowało to z prestiżowym wizerunkiem całej imprezy :(

Wkrótce Michała zastąpił Tymek. Nowa nadzieja kierownictwa festiwalu. Miał on dobry kontakt, zarówno z młodymi pomocnikami, jak i doświadczonymi orgami. Zawsze był bardzo zaangażowany w każde realizowane zadanie. Jeśli nie był pewien własnej decyzji, nie wahał się prosić o radę „starszych” ;) Powodem takiego, rzadko spotykanego wśród innych organizatorów, stosunku do pracy była chęć nabrania doświadczenia. Bowiem Tymek zamierzał w przyszłości otworzyć własną działalność eventową. Tymczasem był on pomysłodawcą unikalnej konstrukcji strefy autografów, z podestów scenicznych. Sprawiała się ona dobrze, jeśli elementy do budowy użyczała Atlas Arena. Lecz gdy ich zabrakło, wynajęcie podobnych od firmy zajmującej się zabudową targową, kosztowało krocie :( Sam Tymoteusz, po dwóch latach zacnej współpracy, opuścił ekipę orgów. W ramach wymiany studenckiej wyfrunął z Bolandu. Mamut był naprawdę niepocieszony :( Kiedyś tłumaczył mi, że musi wychować następców, bo on nie będzie organizatorem wiecznie (święte słowa). Doprawdy, czynił to w iście spartański sposób. Od razu wrzucał przypadkowych kolesiów na „głęboką wodę”. Niestety, rzadko który wypływał :( A najlepszy z nich odfrunął z matecznika ;)

Teraz wolontariuszami zaopiekował się Mariusz. Etatowy pracownik EC1. Przynajmniej przez dwa lata (wspomniałem już o nim kiedyś na blogu). Lecz obecnie, to były pracownik. I chyba nic tego nie zmieni :( Mariusz przez kilkanaście edycji łódzkiej imprezy zajmował się grową częścią festiwalu. Z różnym skutkiem. Napiszę o tym jeszcze... Ale chyba zapracował sobie na stanowisko.

Jak widać, w historii konwentu komiksowego, organizatorów było wielu. Chociaż tych naprawdę pomocnych, znacznie mniej. Według mnie, zupełnie by wystarczyła połowa. Lecz wyłącznie takich, pełnych entuzjazmu do działania... Niestety, wiecznym problemem dyrektoriatu była organizacja pracy. Trudno się temu dziwić, skoro orgowie od początku nie potrafili raz w roku wykrzesać z siebie nawet odrobiny zaangażowania. Zawsze zadowalali się cudzą robotą, badź inicjatywą. Obojętne, jaka by ona nie była :( Przykro jest to stwierdzić, ale wielu wolontariuszy zrobiło w przeszłości dla imprezy więcej, niż niektórzy, obecni organizatorzy. A to właśnie oni czerpią teraz korzyści z wysiłku innych, nie dając nic w zamian :(

Tekst został napisany człowiekiem. Lecz ilustrację wygenerowała SI
z niewielką pomocą Witka :)

Zrób sobie festiwal

Legenda o złym Witku
- wstęp do nowej historii Festiwalu Komiksu w Łodzi
Nisza w niszy
- opowieść o miejscu bardzo przyjaznym organizatorom
Milczenie owiec (a raczej baranów)
- historia pewnego, tajemniczego spotkania
W krainie ślepców...
- poznajemy skład pierwszego dyrektoriatu
Komiksowa agencja wycieczkowa
- ciekawe podróże dyrektoriatu na sam kraniec świata
Wystarczy być...
- co należy robić, aby trwać na cieplutkim stołku
Wystawy...
- przeróżne wystawy oraz ekspozycje z festiwalem związane
Vox populi
- głos ludu stowarzyszonego oraz obcego
Dyrekcja cyrku w budowie
- odyseja ekipy orgów po ciekawych miejscach Łodzi
Orgi oraz woły
- o tych, którzy pomagają oraz takich, co tylko udają
Inwazja autografożerców
- kolejne, ślepe ogniwo w łańcuchu ewolucji człowieków

listopada 16, 2024

Dyrekcja cyrku w budowie

Pierwsze lata, w roli chyba kierownika działu (nie wiem jakiego), w Łódzkim Domu Kultury, zapewne nie były dla Mamuta zbyt komfortowe. Musiał sprostać wielu okrutnym wymogom tej instytucji. Oczywiście, żadne z nich nie było związane z kulturą, ani nawet sztuką :( Najważniejszym było trwanie na posterunku, od godziny ósmej do szesnastej, potwierdzane własnoręcznym podpisem (na szczęście, nie krwią). Co robił zwierzak w tym czasie przy swoim biurku? Nikogo już nie obchodziło. Dla naiwnych, albo cwanych, zwierzchników najważniejsze było, że mienił się organizatorem złotodajnego festiwalu komiksu. Największej imprezy przygotowywanej „pod skrzydłami” eŁDeKu. Zwierzak musiał więc siedzieć cicho. Nie wychylać się zbytnio, aby dyrekcja nie poznała jego skrywanych „umiejętności”. W przeciwnym razie wyleciałby na ryj z instytucji, bez względu na potencjalne, eventowe skłonności. Taki był koszt paktu z domem kultury :( Nie odwiedzałem zwierzaka w tamtym miejscu. Bo i po co? To przecież on wyrzucił mnie z grona konwentowych orgów :( Współczułem nawet Mamutowi, tych lat spędzonych niemal samotnie w tej kulturalnej twierdzy. Pewnie towarzyszyły mu tylko byłe sekretarki Sobieraja, te z jednocyfrowym IQ. Można się załamać ;)

Ale, w niedługim czasie, pod auspicjami eŁDeKu, utworzyła się ekipa nieco bardziej lotnych organizatorów konwentu. Żeby ciągle nie podawać nazwisk, nazwałem ją, dla uproszczenia, dyrektoriatem. Ponieważ odtąd, owa trójca, rządziła niepodzielnie łódzkim festiwalem komiksu. Oczywiście, na tronie zawsze zasiadał Mamut. Po swojej prawicy miał „pracowitego” redaktora Piotra. Natomiast podnóżek zajmowała wierna sekretarka Kasia. Z biegiem lat oraz możliwości fikcyjnego zatrudnienia drużyna wzbogacała się, lub traciła, nowych orgów. Lecz jej trzon pozostał nie zmieniony do dzisiaj. Niektóre nowe postacie trwały na państwowym garnuszku (albo jego połowie) dłużej. Inne jedynie przez „chwilę”. Nigdy, specjalnie nie interesowała mnie struktura organizacyjna festiwalowego dyrektoriatu, więc nie będę szerzej zajmował się tym tematem. Ważne jest jedno. Wszyscy przedstawiciele owej „grupy trzymającej władzę” mieli podobny stosunek do pracy, własnej aktywności oraz samego komiksu. „Dobrali się, jak w korcu maku” :(

Reżim trwania oraz zarządzania aktywnością w eŁDeKu, odziedziczony w instytucji po minionym ustroju, bardzo przeszkadzał Mamutowi. Nie mógł swobodnie „wyfruwać na miasto”, bowiem jedyne drzwi (wyjściowo-wejściowe) były zawsze pod czujnym okiem cerberów z recepcji. Natomiast każde opuszczenie „stanowiska pracy” musiało zostać udokumentowane w magicznej księdze :( Dlatego zwierzak, ze swoją ekipą, bezustannie szukał możliwości ucieczki z placówki, która go przygarnęła. Być może jednak został z niej wyrzucony? Może kierownictwo eŁDeKu poznało wreszcie skrywane „zalety” Mamuta? Co wcale nie było takie trudne :) Ciepłe gniazdko, dla całej trójcy oraz stowarzyszenia, zwierzak znalazł w Domu Literatury w Łodzi, na słynnej ulicy Roosevelta. Miejsce to było znacznie mniej rygorystyczne, niż eŁDeK, więc dyrektor festiwalu chętnie przylepił się do niego, na doczepkę :) Nie jestem pewien, czy kierownictwo tej instytucji, było w pełni świadome przyssania nowych pasożytów kultury :( Kilka razy byłem w tej „siedzibie” orgów. Składała się ona z okrągłego stoliczka (może mieli jeszcze własną szafkę), pośrodku jednej z sal zabytkowego budynku, zajmowanej przez etatowych pracowników Muzeum Literatury. Nigdy nie widziałem w tym miejscu całego kworum. Zapewne, owa partyzantka, była dla Mamuta idealnym rozwiązaniem. Nareszcie był wolny. Nie podlegał żadnej kontroli :)

Wszelako siedziba dyrektora Międzynarodowego Festiwalu Komiksu wymagała właściwej rangi. Przecież nie mógł on „siedzieć kontem” u obcych, jak jakiś żebrak. Dlatego wkrótce, od władz miasta, za „zasługi” w promocji, otrzymał luksusowy lokal przy ulicy Piotrkowskiej 28 (obok Domu Handlowego Magda). Było to bardzo prestiżowe miejsce. Oraz bardzo cenne, bo lokale przy Piotrkowskiej są najdroższe w Łodzi, więc niewielu „biedaków” na nie stać. Lecz Mamut nie musiał za nową siedzibę aż tyle płacić. Magistrat potraktował go bardzo ulgowo. Pewnie zwierzak omamił nieświadomych urzędników perspektywą przyszłych, licznych akcji związanych z promocją miasta. Fasadowych oczywiście :( Ale nadal potrzebował kasy na opłacenie lokalu. Własnych środków posiadał zawsze niewiele, bo wszystkie pozyskane lub wyżebrane, od razu „przeżerał”.

Ekskluzywny lokal w centrum miasta składał się z dwóch sal większych, dwóch mniejszych, osobnych: łazienki oraz kiblo-ścianki. Za „komuny” znajdował się tu duży sklep obuwniczy. Ale w gospodarce rynkowej szybko upadł. Wejście do lokalu otwarte było na niewielki wybrukowany placyk, z popularną rzeźbą fabrykantów, zorganizowaną kiedyś przez kolejnego, łódzkiego, pozytywnego oszołoma ;) Obok była jadłodajnia McDenata i pamiętający „lepsze” czasy dom handlowy. Pod nim istniały śmierdzące kazamaty, w których znalazł się magazyn Centrum Komiksu oraz Stowarzyszenia Contur :( Lecz na powierzchni, cały obszar wyglądał doprawdy interesująco. Przestrzeń była odpowiednia do organizacji przeróżnych eventów na świeżym powietrzu. Nic więc dziwnego, że dyrektoriat często korzystał z tej możliwości.

Mamut część największej sali podnajął Biskupowi na sklep/antykwariat, książkowo/płytowy, lecz przeważnie komiksowy. Nie jestem pewien, czy było mu wolno. Ale tym sposobem znalazł środki na opłacenie wynajmu całego lokalu. W pozostałej części pomieszczenia (na oknach) znalazła miejsce kieszonkowa galeria (w tym przypadku określenie ekspozycja, byłoby również nadużyciem) oraz komiksowa „biblioteczka” (na ścianach), z której atrakcyjne pozycje, wyżebrane od wydawców, znikały „wypożyczane” bezzwrotnie z upływem czasu :( W drugiej, mniejszej sali znajdowało się biuro festiwalowych orgów. W międzyczasie ich ekipa powiększyła się o Ewę oraz Blu. Wszyscy potrzebowali więc dużo przestrzeni :) Dwie mniejsze salki były podręcznymi magazynami, na konwentowe wydawnictwa oraz bezcenne, wielkie arkusze pięciowarstwowej tektury. Używając kilku z nich, po latach, zrobiłem moje słynne komiksowe standy ;)

Duży lokal, znajdujący się w prestiżowej lokalizacji, był świeżo wyremontowany. Wkrótce zapełniły go meble. Ogromna lada i szafki na komiksy w dużej sali (sklepowo/galeryjnej), oraz biurka i składane krzesełka w części „biurowej”. Tutaj też spoczywały dwa wygodne fotele dla specjalnych gości. Zaraz obok biurka dyrektora :) Długo jednak lokacja nie pachniała świeżością. Wkrótce część sklepową spowił niesamowity zapaszek stęchlizny, znany skądinąd bywalcom wielu antykwariatów. Często na biurku Mamuta oraz okolicznej podłodze walały się słonecznikowe łupiny (zwierzak bynajmniej nie był wielbicielem Van Gogha). Natomiast welurowe fotele pokryły włosy z sierści liniejącej bullterierki, ulubienicy Kasi. Nieodzowny, do pełnego obrazu „twórczego nieładu”, był wieczny bałagan na pozostałych biurkach. A zwłaszcza w strefie antykwarycznej. Wkrótce też luksusowa siedziba Łódzkiego Centrum Komiksu zaczęła przypominać stajnię. Działo się to wszystko w reprezentacyjnym punkcie Łodzi :( Lecz orgowie Mamuta nadal podtrzymywali „artystyczną atmosferę” miejsca. Wernisaże w mikro galerii częstokroć nie mieściły się w środku. Jeśli były „zakrapiane”, stwarzały problem straży miejskiej. Ale na szczęście, w pobliżu był monitoring ;) Aby wypełnić zobowiązania edukacyjne obiecane miastu, czasami dla wycieczek szkolnych, albo przypadkowych gości, orgowie urządzali „warsztaty komiksowe” prowadzone przez okazjonalnych „artystów”. Dzieci były zawsze bardzo zadowolone. Przecież zrobiłyby wszystko, żeby uniknąć nudnych lekcji :( Lecz największym entuzjazmem cieszyły się zabawy na świeżym powietrzu. Robione wyłącznie dla najmłodszych, które beztrosko akceptowały wszelką prostacką, atoli barwną rozrywkę. Znowu małe urwisy radowały się setnie, więc dorośli musieli tym bardziej :( Każde, nawet najmniejsze wydarzenie w Centrum Komiksu, było skrupulatnie obfotografowane. Aby następnie świadczyć w mediach, o niebywałych zdolnościach organizatorów oraz potrzebie istnienia takiego, kultowego miejsca w centrum miasta.

W eŁCeKu odbywały się jeszcze jakieś „tajne” działania, których rezultaty niewielu człowieków widziało. Związane z organizacją „City Stories”, „wystaw komiksowych w kraju i za granicą, warsztatów, spotkań autorskich, premier albumów, prezentacji, paneli dyskusyjnych”. Dyrektoriat „włączał się w projekty, w których komiks jest narzędziem informacji i edukacji”. Nie lękajcie się :) To tylko medialne newsy, podtrzymujące fasadę efektywności orgów, z oficjalnej, publicznej laurki całego zespołu. Piksele ekranu zniosą znacznie więcej :(

Wkrótce jednak Mamut zapragnął odrobiny spokoju. Mimo, że raczej rzadko można go było spotkać przy dyrektorskim biurku w eŁCeKu :( Podobno kończyła się możliwość wynajmu lokalu przy Piotrkowskiej. A może decydenci mieli dość, przaśnych atrakcji dyrektoriatu w tym miejscu? Lecz dla zwierzaka oraz jego świty pojawiła się kolejna okazja. Kończono właśnie remont, rewitalizację starej, zabytkowej elektrociepłowni łódzkiej (EC1). Znajdującej się blisko eŁDeKu, czyli w centrum miasta. Nie tylko Mamut był zauroczony olbrzymią budowlą, ale i całym obszarem przyszłego „miasta kultury”. Dyrektoriat szybko zmienił „barwy klubowe” i w głównym budynku dostał nowe biuro :) Czyżby pojawiła się kolejna możliwość przekształcenia siedziby w stajnię?

Przez jakiś czas ekipa orgów nie mogła znaleźć sobie pozycji w „mieście kultury”. Biuro festiwalowe „wędrowało” po różnych pietrach całego budynku. Wreszcie Mamut odkrył właściwe miejsce na „gniazdo”. W kolejnym, „prywatnym” już budynku: Centrum Komiksu i Te Pe, który niemal wybudował „własnymy rencamy” :) Ale to już inna historia...

Tekst został napisany człowiekiem. Obrazek również zrobił Witek
z trzech grafik dostarczonych przez SI :)

Zrób sobie festiwal

Legenda o złym Witku
- wstęp do nowej historii Festiwalu Komiksu w Łodzi
Nisza w niszy
- opowieść o miejscu bardzo przyjaznym organizatorom
Milczenie owiec (a raczej baranów)
- historia pewnego, tajemniczego spotkania
W krainie ślepców...
- poznajemy skład pierwszego dyrektoriatu
Komiksowa agencja wycieczkowa
- ciekawe podróże dyrektoriatu na sam kraniec świata
Wystarczy być...
- co należy robić, aby trwać na cieplutkim stołku
Wystawy...
- przeróżne wystawy oraz ekspozycje z festiwalem związane
Vox populi
- głos ludu stowarzyszonego oraz obcego
Dyrekcja cyrku w budowie
- odyseja ekipy orgów po ciekawych miejscach Łodzi
Orgi oraz woły
- o tych, którzy pomagają oraz takich, co tylko udają

listopada 08, 2024

Vox populi

Kilka lat temu, po kolejnej mojej awanturze z dyrektoriatem... Zapewne o jakąś głupotę, bo o każdy drobiazg musiałem się zawsze wykłócać. Ponieważ Mamut powoli, lecz sukcesywnie, starał się ograniczać mój wkład przy organizacji festiwalu. Z wiadomym skutkiem. Ale widocznie było mu to na rękę :( ...No więc, byłem uczestnikiem pewnej wymiany opinii między rozżalonymi stowarzyszonymi. Teksty respondentów, bez zmian merytorycznych, przytaczam poniżej. Jest to przecież świadectwo historyczne stosunków panujących w królestwie Ślep... Dyzmy :) Raczej nikt z zainteresowanych nie potraktuje mojego czynu w kategoriach sygnałowych ;) Chyba po siedmiu latach popiół z wrażych dokumentów rozwiał już wiatr :(

Spotkanie Conturu na gruncie stołecznym

12 października 2017, 00:47
Krzysztof napisał:
(...) Jakkolwiek by nie było, to myślę, że i tak nieodzownym stanie się zwołanie jeszcze w tym roku Walnego Zgromadzenia "C" w trybie nadzwyczajnym (po owym warszawskim spotkaniu "roboczym") - byśmy wszystkie ustalenia poddali pod formalne głosowanie i legalnie je zatwierdzili (lub odrzucili).
Przed nami Wielkie Jubileusze "Conturowo"-Festiwalowe i dlatego musimy jak najszybciej oczyścić tę sobiepańsko zafajdaną przez lata Stajnię Faraonasza.
Pozdrawiam pro-czyścicielsko - K.

12 października 2017, 01:21
Agnieszka napisała:
(...) Ponawiam natomiast prośbę o dosłanie umowy (Contur z EC1).
pozdrawiam Agnieszka

12 października 2017, 08:22
Piotr napisał:
Agnieszko, przesyłam umowę.
Pozdrawiam. Piotr

16 października 2017, 03:34
Krzysztof napisał:
Z tej kwoty 155 tysięcy nowych złotych polskich, jaką EC-1 zapłacił "Conturowi" za zorganizowanie tegorocznego MFKiG, ile przeznaczono na honorarium dla Timo... za bycie se jednym z głównych organizatorów naszego (?) Festiwalu? Nie jest on wszak członkiem "Conturu", a mimo to został w owej Umowie wymieniony jako jeden z głównych organizatorów "Conturowego" (?) Festiwalu. Jednocześnie inni członkowie "Conturu" zostali tu całkowicie pominięci. Dlaczego?
Co jest takiego do wykonania przy tym naszym (?) Festiwalu, co mógł wykonać tylko Timo... - a nie któryś z członków "Conturu" - i ile dostał za to (naszych, "Conturowych") pieniędzy?
[Pytam się nie tylko z prywatnej ciekawości, ale przede wszystkim jako członek Komisji Rewizyjnej ST "C" - której członkinią jest również Agnieszka. Zatem oboje mamy nie tylko takie prawo, ale wręcz OBOWIĄZEK dopytywania się o tego typu sprawy.]
Pozdrawiam dociekliwie - K.

16 października 2017, 13:16
Agnieszka napisała:
Dzień dobry Wszystkim
Ja poniżej wkleję tekst, który już wcześnie j wysłałam np. do Krzysztofa. Ja mam kilka pytań i różni ludzie maja kilka pytań ale może te pytania nie zawsze się pokrywają.
Mnie interesuje np.po co w ogóle pojawiają się w tej umowie kwoty skoro praktycznie sie zeruję, gdzie wpływ z biletów (lub przynajmniej po co było opowiadać nam takie bajki). Dlaczego w artykułach promocyjnych praktycznie nie wspominano o STOWARZYSZENIU CONTUR, w końcu (przynajmniej część) pisała Katarzyna, więc chyba zna historię festiwali itd itd.
A teraz wkleję wspomnianego mojego poprzedniego maila, który nie do wszystkich dotarł:
Krzysztof i Wszyscy Inni, którzy sądzą, że na naszym stowarzyszeniowym koncie jest jakaś grubsza kasa.
Otóż umowa mówi, że co prawda - EC1 zapłaci nam 155 tyś., ale w punkcie h &3 OBOWIĄZKI WYKONAWCY (to o nas)- mamy pozyskać 30 tyś wkładu własnego oraz w punkcie i&3 - następne co najmniej 120 tyś. Co razem daje właśnie 150 tyś. Czyli razem zostaje ewntualnie 5 tyś.
Dochód z biletów zgodnie z umową przejmuje EC1. Nasz dochód to - pobieranie wpisowego na konkurs na krótka formę komiksową i to tyle. No chyba że zostaną nam jakieś środki od sponsorów.
EC1 (Zamawiający) zobowiązuje się za to do promowania nas (Wykonawcy) w materiałach reklamujących imprezę. Uważam, że to nie zostało spełnione. Natomiast co moich propozycji pomocy i jak byłam ignorowana, porozmawiam chętnie osobiście na spotkaniu z obecnym personelem EC1.
pozdrawiam Agnieszka

16 października 2017, 13:58
Piotr napisał:
Chętnie odpowiem na wszystkie pytania dotyczące spraw pozostających w mojej gestii. Myślę, że najlepszym na to sposobem rzeczywiście będzie spotkanie. Krzysztof zapowiedział podanie terminu, byłoby dobrze, gdyby zrobił to z odpowiednim wyprzedzeniem.
Poprosimy też o przykłady artykułów promocyjnych festiwalu, w których pomijany jest Contur - to akurat jest istotna sprawa, bo może jakieś media nie wywiązały się ze swoich powinności, a my o tym nie wiemy.
Pozdrawiam. Piotr

16 października 2017, 21:21
Piotr napisał:
Odpowiadam na zadane pytania:
- z kwoty 155.000 zł jaką EC1 przekazuje Coturowi na wydatki związane z organizacją festiwalu, Timo... nie otrzymał i nie otrzyma ani złotówki,
- podana w załączniku nr 3 "proponowana obsada personalna Projektu" jest - jak sama nazwa wskazuje - listą sugerowaną. "Obsada merytoryczna Projektu" nie jest listą organizatorów festiwalu.
- zaś co do pytania o to, co może wykonać Conturowi Timo..., a nie któryś z członków Conturu odpowiadam - od lat Timo... sam z siebie proponuje punkty do programu festiwalu i sam z siebie zgłasza się do prowadzenia spotkań jako moderator, a czasem także jako tłumacz lub panelista.
Pozdrawiam. Piotr

18 października 2017, 21:18
Agnieszka napisała:
Piotrze,
postaram się odpisać najdelikatniej jak potrafię, a więc:
nie chrzań nam tu kocopołów o ewentualnych zaniedbaniach po stronach mediów, bo sama czytałam artykuł w internecie napisany przez Katarzynę, w którym dużo jest o EC1, o Adamie dyrektorze, Centrum Komiksu, ale nic o CONTURZE. Na końcu maila wkleję linki artykułów, które jeszcze odkopałam ale nie mam wszystkich (poszukam), więc jeśli ktoś zachował to co rozsyłałam to poproszę o podesłanie. W audycji radiowej też raczej nie usłyszałam o założycielach. A jeśli coś napisała Katarzyna, to raczej znacie tego treść i nie zawiniły tutaj inne media.
Pytanie tylko czy nie znacie historii festiwalu czy piszecie ją na nowo? Tak więc postaram się przypomnieć co nieco w telegraficznym skrócie.
Była sobie grupa młodych ludzi, rysowników, studentów bez kasy. Żyli sobie w szarym kraju, który budził się do przemian ale nikt jeszcze nie wiedział jakich. Nie było rynku wydawniczego dla komiksów, nie było na to kasy. Mało kto uważał, że to może być coś ważnego czy ciekawego i może jakąś kasę przynieść. I ci właśnie ludzie postanowili to zmienić. Wiedzieli, że na świecie odbywają się festiwale komiksu, ale to gdzieś daleko i w lepszym kolorowym świecie. Ci ludzie nie mieli środków, dostępu do mediów, nie byli uprzywilejowani i nie mieli doświadczenia ani wiedzy - jak coś takiego się organizuje. A jednak postanowili to zrobić. Pojechali na pierwszy konwent w Polsce do Kielc i już wiedzieli, że dadzą rade zrobić to lepiej w swoim mieście. Narodziła się idea. Potem Ci ludzie pracowali przez wiele lat na rzecz rozrastającej się imprezy. Może wiele można było zarzucić tym pierwszym konwentom, festiwalom ale one wciąż rosły nabierały formy i przyciągały coraz więcej publiczności oraz gwiazd. A Ci młodzi ludzie, o których tutaj mowa pracowali, przychodząc w wolnym czasie, siedząc do późnych godzin nocnych i montując galerie, załatwiali sponsorów, znaleźli miejsca wystawowe i promowali to własną pracą i postawą. Rysowali prace na konkurs aby nadać rangę i dobry poziom imprezie, choć nie było lukratywnych nagród do zdobycia. Pamiętam mamy moich kolegów - mamę Roberta (do dziś z nami), Marka, Piotrka Kabulaka, zawsze z nami, pamiętam ich ogromny wkład. Przynosiły jedzenie robiły kanapki i karmiły nas swoimi ciastami, parzyły herbatki, częstowały każdego kto przyszedł. My zawalaliśmy czasem zajęcia na uczelni, czasem pracę aby dołożyć się do organizowania imprezy, która na początku i później przez długi jeszcze czas odbywała sie w ŁDKu, którego drzwi być może nigdy by się przed nami nie otworzyły, gdyby nie mama Piotra Kabulaka. To jej znajomości i dobra wola pozwoliły nam zorganizować pierwszy konwent w przyzwoitych salach. Wieczorne spotkania towarzysko konwentowe nie odbywały się w hotelach czy klubach, bo nie było na to pieniędzy, ale w mieszkaniach np. m.in. też u mnie.
Później rynek zaczął się rozwijać, powstały inne podobne imprezy w innych miastach. Temat zaczął być medialny.
Mam podstawy uważać, że to ta właśnie nasza (kulawa na początku) impreza przyczyniła się w dużej mierze do powstania i wzrastania rynku wydawniczego w Polsce, w którym poczesne miejsce zajmuje dziś komiks i pięknie ilustrowane książki. Jak i między innymi do uzyskania przez Was, (pracownicy EC1) waszych obecnych posad. Ci ludzie, o których jest ta opowieść to właśnie CONTUR. Na samym początku TomekT., Przemek, Robert, Tomek P., Kuba, Marek,Witek, Adam drugi Witek, drugi Piotrek, Ja, Zdrzynicki potem dochodzili następni, Śpiochu, Adrian i cała ich grupa, Krzysztof Ostrowski, Cyryl i następni i następni itd., itd. Ci wszyscy ludzie pracowali przez wiele pierwszych lat naprawdę ciężko i NON PROFIT nie oczekując korzyści. Pomagali też niejednokrotnie jeszcze przez wiele lat następnych. Przepraszam tych, których pominęłam, jak wspomniałam na początku, to historia w skrócie, no i mogę też wszystkiego nie pamiętać. Ale jedno pamiętam na pewno - nie było tam na początku Was, pracownicy EC1 (nie odbierając Wam oczywiście obecnych zasług). Wiec zamiast arogancji w niektórych odpowiedziach i pomijania nas tak ogólnie w przestrzeni informacyjnej (co zaczyna przyjmować coraz większa skalę) może tak dla odmiany, okazali byście trochę k.... szacunku.
Bo to właśnie Wy korzystacie dzisiaj z naszego dorobku i pracy NON PROFIT, więc
teraz do Ciebie drogi ADAMIE - dobrze się zastanów zanim zaczniesz się upierać, że nie masz obowiązku o nas wspominać podczas promocji.
Bo oprócz tego, że się mylisz z prawnego punktu widzenia (umowa wymieniając wzajemne zobowiązania stron, bardzo wyraźnie o tym mówi, a to właśnie Ty i Twój personel - to EC1) to pozostaje jeszcze coś takiego jak zwkła ludzka przyzwoitość...
Proponuję abyście się nad tym zastanowili, zwłaszcza nad tym, że już sam pomysł, koncepcja to czyjaś własność intelektualna.
Co do spotkania - zaproponujemy termin, proszę o cierpliwość. Ja na przesłanie umowy, którą w końcu mogliśmy przeczytać czekałam kilka miesiecy.
Serdecznie pozdrawiam Agnieszka

18 października 2017, 21:56
sarion napisał:
Drodzy,
śledzę tą całą korespondencję i smutno mi się robi. Po tylu latach doszliśmy do tego, że prowadzimy takie właśnie dyskusje. Mocno niekomfortowa sytuacja chyba dla wszystkich. Ja jako jedyny "nierysujący" Conturowiec, czuje się tym bardziej źle, bo zamiast rysunków włożyłem w pierwsze i niektóre późniejsze konwenty sporo pracy, więc teraz jak patrzę na sytuację w której niektórych ludzi się pomija/wyklucza to naprawdę jest mi z tym źle.
Rozumiem, że przyszły takie czasy, że "faraon Adam" (boskie określenie BTW), dzieli i rządzi. To w sumie mnie jakoś specjalnie nie dotyka, ale to że Adam traktuje w taki sposób ludzi oraz mnie także, dotyka mnie już bardzo.
Dlatego nie wypełnię chyba nowej deklaracji członkowskiej, bo z tego co widzę, Contur by faraon Adam, nie jest już dla mnie miejscem.
Potraktujcie to proszę jako formę pożegnania, mam nadzieję, że chociaż niektórzy z nas będą w stanie zachować choć kilka miłych wspomnień związanych z ostatnimi ponad 20 latami.
serdecznie Was wszystkich pozdrawiam (ale Adama już nie)
Sebastian
p.s. co do historii konwentu jeszcze - tuż przed pierwsza edycją wybraliśmy się z Witkiem (mowa tu o innym Witku - przyp. red.) i torbą kserokopii prac (głównie Truściela, Kabulaka i Tomaszka) na Polcon do Waplewa w 1990 roku. Poza pijanym Sapkowskim mieliśmy okazję zobaczyć jak ludzie dosłownie rzucili się na naszą mała galerię "polskiego komiksu" i króciutki panel poświęcony jego historii. Potem wracaliśmy przez Toruń z Witkiem i pociąg nam do Łodzi uciekł... :) Pamiętam jak po powrocie gadaliśmy o tym, że skoro ludziom tak się podobało, to może jakiś konwent komiksu w ŁDK...? :)

19 października 2017, 05:00
Krzysztof napisał:
(...) W owej Umowie podany został adres siedziby ST"C" - na ul. Roosevelta 17. Czy to tam znajduje się dokumentacja związana z działalnością "Conturu" i w ramach "Conturu"? Czy może jednak została wzięta do EC-1?
Kto nią teraz "zawiaduje" - nowowybrany sekretarz "C", czy może nadal Piotr?
Gdyby doszło do konieczności przeprowadzenia kontroli/audytu przez Komisję Rewizyjną naszego Stowarzyszenia, to gdzie szukać tych dokumentów, do kogo personalnie zwracać się w tej sprawie?
(...) Chodzi o wykaz wycieczek zagranicznych (zwanych dla niepoznaki "promowaniem komiksu polskiego" lub też "otwieraniem wystaw komiksu polskiego"), jakie Faraon organizował dla siebie i swoich ludzi. Co najmniej dekadę wstecz - aż po te najnowsze, dopiero planowane.
Chodzi o podanie roku, miejsca takiego pobytu i osób, które brały w tym udział z ramienia "Conturu" czy Festiwalu (będącego też podobno "Conturowym"). A także kwot publicznych pieniędzy (w tym również "Conturowych"), które zostały na to zmarnotrawione.
Wszystkie te zawoalowane wycieczki zagraniczne realizowane były w ramach godzin służbowych, więc istnieje konkretna dokumentacja ich dotycząca. Bowiem koniecznym w takiej sytuacji było zwracanie się do przełożonych (zarówno w ŁDK-u, jak i w EC-1) o wydanie odpowiednich zgód czy też delegacji służbowych - a co za tym idzie pisma w tej sprawie musiały zawierać szczegółowe informacje, związane z osobami i kosztami (zwłaszcza z kosztami).
Pozdrawiam z turystyczną ciekawością - K.

19 października 2017, 15:10
Piotr napisał:
Krzysztofie, - dokumenty księgowe Conturu z ostatnich 5 lat są w biurze rachunkowym, z którym Contur ma podpisaną umowę, i które przygotowuje coroczne sprawozdania finansowe Conturu do urzędu skarbowego,
- jeżeli istnieją jakieś wcześniejsze dokumenty, mogą być zmagazynowane w kartonach w magazynie Conturu. Ale zgodnie z prawem, biuro rachunkowe po 5 latach niszczy dokumenty.
- bieżąca dokumentacja jest na półce w szafie w EC1, bo nieustająco z niej korzystam.
- w każdej chwili można do wszystkich dokumentów zajrzeć - do tegorocznych w EC1, do starszych w biurze rachunkowym.
(...) - oczywiście w ŁDK, Domu Literatury i EC1 istnieje dokumentacja związana z naszymi podróżami służbowymi. W ŁDK i DL zawsze było tak, że jeśli wyjazd był dzięki dotacji conturowej, to delegacje były bezkosztowe, czyli ŁDK i DL nie ponosiły żadnych kosztów. W przypadku EC1 - instytucja wypłaciła nam przewidziane prawem diety, ale dlatego, że wykonywaliśmy dla naszego pracodawcy dodatkowe prace niezwiązane z organizacją wystawy, na którą pieniądze pozyskał Contur.
Pozdrawiam. PK

30 października 2017, 01:31
Krzysztof napisał: Czyli - w sumie - ile tego jest? W sensie fizycznym. Kilkaset czy kilka tysięcy stron dokumentów? W ilu segregatorach, pudełkach, teczkach? Chodzi mi o szacunkowe określenie wielkości tej dokumentacji - abym w ten sposób mógł wstępnie oszacować, ile czasu może mi zająć jej przejrzenie (sprawdzenie).
Pomysł faktycznego przeprowadzenia takiej kontroli dokumentów związanych z działalnością "Conturu" (jak też wykorzystywania szyldu "Conturu" do różnorakiej innej działalności) pojawił się podczas spotkania warszawskich członków naszego Stowarzyszenia.
Domyślam się, że nie da się tego zrobić w ciągu kilku godzin, ani też tylko jednego dnia. Taką kontrolę przeprowadza się w miejscu przechowywania tej dokumentacji, a więc w godzinach pracy osób odpowiedzialnych za jej przechowywanie. Zatem, nie da się tego wykonać popołudniami, ani w weekendy.
Prawdopodobnie zajęłoby mi to kilka dni. Czyli musiałbym na to poświęcić kilka dni mojego prywatnego urlopu - więc muszę wstępnie wiedzieć ile takich dni wchodziłoby tu w rachubę. Ponieważ przeprowadzenie takiej kontroli byłoby w istocie działaniem na rzecz Stowarzyszenia, więc zakładam, że są czy też będą na to odłożone odpowiednie środki finansowe (na zwrot kosztów dojazdu i pobytu w Łodzi podczas przeprowadzania kontroli).
Dodam, że taką kontrolę zrealizowałbym wedle standardów, których nauczyłem się podczas przeprowadzanych przeze mnie kontroli instytucji podległych MKiDN (takich, jak muzea czy uczelnie artystyczne), np. swego czasu kontrolowałem łódzką Filmówkę. Oczywiście, takie kontrole kończą się zawsze Raportem Pokontrolnym - do wglądu dla wszystkich zainteresowanych stron.
Podkreślam, że umiem do takiej kontroli podejść w sposób profesjonalny (byłem na kilku administracyjnych szkoleniach z tego zakresu) - a więc również bez jakichkolwiek wcześniejszych uprzedzeń, co do wyniku takiej kontroli.
Jednocześnie zaznaczam, że absolutnie nie wchodzi tu w rachubę to, abym "po koleżeńsku" tuszował jakieś przekręty, albo "przymykał oko" na takie czy inne nieprawidłowości. Nie mam też zamiaru "nadstawiać głowy" za kogokolwiek i jeżeli tylko natrafię na jakieś kombinacje łamiące obowiązujące prawo (np. w zakresie niegospodarności w wydawaniu publicznych pieniędzy, w tym "Conturowych", jak chociażby przy fundowaniu sobie i kolegom wycieczek zagranicznych, z których wynikają tylko prywatne korzyści) - od razu składam zawiadomienie do Prokuratury.
Pozdrawiam rewizyjnie - K.

BTW (Faraon Mammouth Najpierwszy)

30 października 2017, 03:09
Krzysztof napisał:
Wy naszego pieszczoszka nazywacie "Mamutem". A przecież mamut to taki faraon w świecie zwierząt. Z kolei faraon to taki mamut w świecie ludzi. Obaj byli wielcy, potężni, ale już przeminęli...
Zatem - wychodzi na jedno. (Przy czym określenie "Faraon" jest mniej deprecjonujące, bowiem osadza naszego słodziaka w kontekście nie zwierzęcym, lecz ludzkim, a nawet na wpół boskim...).
Pozdrawiam z d(a)rwinowską rezolutnością - K.

30 października 2017, 12:28
Marek napisał:
Witaj Krzyśku.
Widzę że NASZE prośby z ostatniego stołecznego spotkania do Ciebie nie docierają. Tak się zastanawiam, czy masz coś konstruktywnego do powiedzenia, czy się zapętliłeś. Są od tego lekarze.
Tak między nami. Walisz konia do swoich tekstów zanim je wyślesz, czy po. A może w trakcie?
Pozdrawiam.
Aaaa, szczerze mówiąc przedłużanie tej męki o kolejne spotkanie bez Adama i Piotra nie bardzo mi się podoba. Jak chcesz budować jakiś front to ja nie widzę sensu nie stanę ani po Twojej ani ich stronie bo każdy ma swoje racje i do obu się mogę przychylić lub nie. Możemy rozwiązać st.C. I będzie spokój. Masz układy w Ministerstwach zrobisz se swój festiwal i będzie git.
Aaa. Ja nie przewiduję finansowania z funduszy Stowarzyszenia Twoich wycieczek i rozbijania się po hotelach w celu zaspokojenia psychopatycznej? paranoidalnej? A na na pewno chorej potrzeby wywołania kolejnej wojny sześciodniowej z jakimiś Faraonami, bogami egipskimi itd. Członkostwo i działalność w st. jest dobrowolne i poświęcamy na to swój wolny czas i środki. Nie ma przymusu działalności, z czego od momentu zniszczenia przez siebie sympozjum autorytarnym zarządzaniem, kreśleniem tekstów i wnkońcu odrzuceniu propozycji książki złożonej przez Adama skrzętnie korzystasz.
Tym samym znajduję w czasie i przestreni dzień od którego zaczyna się Twoja osobista, Faranoia tj. od zamknięcia tematu sympozjum na MFK w Łdk które to swoim zachowaniem zawaliłeś. Kwestii finansowania tegoż wydarzenia odpuszczę.
Pozdro. Nie odpisuj. Proszę.

przed wizytą u lekarza

30 październik 2017, 16:20
Krzysztof napisał:
Ja doskonale rozumiem, że wiele osób świetnie prosperowało przez lata w dotychczas istniejącym układzie - były wszak atrakcyjne wyjazdy zagraniczne, były "fuchy na boku"; dla najbliższych współpracowników były ciepłe etaty w instytucjach i znakomite perspektywy dalszego rozwoju zawodowego, a z tym związane były też różne inne fajne profity, np. kursy językowe, studia podyplomowe, etc.
Wszystko, rzecz jasna, za pieniądze publiczne. Wystarczyło tylko wykrzesać z siebie odpowiednią dozę służalczości. (A także podtrzymywać mit, że to wszystko dla dobra wspólnego, w tym, oczywiście, na chwałę "Conturu").
Stąd irytacja - że to się może wkrótce skończyć - jest w pełni zrozumiała.
Krzysztof

2 listopada 2017, 18:58
Witek napisał:
Teraz już wiesz Krzysztofie, jak czuje się ktoś otoczony przez sforę miłośników komiksu :) Nieustannie podgryzany przez przydupasów „samca alfa”.
Ale przecież to Wy zrobiliście Mamuta „faraonem”. Od czasu „przewrotu pałacowego” w 2004 roku traktowaliście go jak zbawcę ludzkości, mimo iż wiedzieliście, że to cham i prostak. Ja od początku widziałem w nim jedynie Dyzmę naszego komiksowego półświatka. Dlatego nigdy nie dałem się wciągnąć mu na członka :) Conturu. Stowarzyszenie było dla Mamuta jedynie trampoliną, która pomogła mu w zdobyciu upragnionego stołka w „kulturze”. Obecnie, chyba już nie jest mu do niczego potrzebne.
Normą w naszym kraju jest zawłaszczanie władzy przez osobników o niskim statusie moralnym. Wiedzą oni doskonale, że najwięcej korzyści uzyskuje ten, kto znajduje się najbliżej „koryta”. Ponadto, zazwyczaj owi przewodnicy stada cechują się olbrzymim apetytem. Nic więc dziwnego, że dla szeregowych członków part... stowarzyszenia pozostają jedynie „okruszki”.
Z drugiej strony... Chcąc, nie chcąc, byłem świadkiem wielu festiwalowych wpadek Mamuta. Po których zwierzak, niczym kot, zawsze lądował na czterech łapach. Być może więc Mamut nie jest Dyzmą, a osobliwym Rain Manem. Niby głupi, a jednak geniusz :)
Przez ponad ćwierć wieku robiłem festiwal, współpracując z wrednym Sobierajem i Mamutem, „pierwszym sekretarzem”. Jeśli tylko zdrowie mi pozwoli, będę równie chętnie pomagał kolejnym dyrektorom. Obojętnie, czy będzie to Mamut, Matka Teresa, czy Belzebub. Oczywiście nadal będzie mi przykro, że łódzka impreza rozwija się w tak żółwim tempie.
Już wyprzedził nas Pyrkon, który startował później, w jakiejś szkole podstawowej, a nie szacownym Domu Kultury. Zapewne też, festiwal niedługo przegoni warszawski Comi-Con, który budowany jest na solidniejszych fundamentach. Niestety, większość wybrała ścieżkę „sukcesu” Mamuta. Alternatywy więc nie widzę :( Idiokracja rządzi!
Agnieszko. Nie demonizowałbym roli Conturu (jak i tego drugiego stowarzyszenia), w krzewieniu komiksowej oświaty w narodzie. Wątpię, czy wśród uczestników tegorocznego festiwalu znalazłby się choćby jeden procent ludzi, któremu jakiekolwiek działanie stowarzyszenia Contur byłoby znane. Ja sam miałbym z tym problem :( Zapominanie, to cecha jak najbardziej ludzka.
„EC1 - Miasto Chałtury :)” jest nowym bytem w parakulturalnym bagienku mojego miasta. Dodatkowo uwikłanym w przeróżne zależności polityczno-gospodarcze. Instytucja ta, zatrudniająca rzeszę nieudolnych kulturokratów, musi na każdym kroku uzasadniać celowość własnego istnienia. Dlatego raczej promować będzie wyłącznie siebie, niż jakiekolwiek podmioty z nią współpracujące. Natomiast Conturowcy przygotowujący festiwal, zapewne łatwiej zrezygnują z „barw klubowych”, niż z „żelaznej miski ryżu”, którą EC1 im zapewnia.
Pozdrawiam. Witek

2 listopada 22:32
Piotr napisał:
Myślę, że każdy rok to 2-3 segregatory plus od jednej do kilku teczek dokumentacji wyodrębnionej, związanej z realizacją dotacji.
Chciałbym przy okazji zwrócić uwagę na rzecz dość istotną, a mianowicie na odpowiedzialność za działania Conturu. Choć Krzysztof uparcie przypisuje wszystko, co dzieje się w Conturze Adamowi, tak naprawdę - formalnie i zgodnie z przepisami - za owo wszystko odpowiada zawsze cały zarząd stowarzyszenia. Więc jeśli Krzysztofie rzeczywiście dojdzie do kontroli, wiedz o tym, że za wszystko co znajdziesz w papierach, odpowiedzialności nie będzie ponosił Adam w pojedynkę, a - zgodnie z prawem - solidarnie wszyscy członkowie ostatnich zarządów stowarzyszenia: Przemek, Agnieszka, Marek, Kuba, Tomek, Robert, Krzysiek, Paweł, Adam i ja. Nie wiem jak jest z odpowiedzialnością organu kontrolnego stowarzyszenia, ale tylu lat braku kontroli nie da się za bardzo wytłumaczyć.
Poza tym, z tego co wiadomo, komisja rewizyjna Conturu składa się z trzech osób i ma przewodniczącego w postaci Wojtka. Wydaje mi się, że decyzji o kontroli nie można podjąć jednoosobowo i nie wiem, czy biuro rachunkowe, które trzyma dokumentację Conturu, nie powinno dostać pisma o planowanej kontroli, podpisanego - jeśli nie przez wszystkich członków komisji, to przynajmniej przez jej przewodniczącego.
I jeszcze jedno - jakim prawem korespondencja dotycząca wewnętrznych spraw stowarzyszenia trafia do osób postronnych?
PK

w kwestii przeprowadzenia kontroli

3 listopada 2017, 03:43
Krzysztof napisał:
Dokładnie tak jest - "Contur" nie rodził się za każdym razem na nowo wraz z wyborem nowego Zarządu. Istniała i istnieje nadal pełna kontynuacja - w tym również w zakresie odpowiedzialności za to, co dzieje się w Stowarzyszeniu, w którym kierunku ono zmierza, w co było "wciągane" w latach poprzednich, do czego wykorzystywane, etc.
Niedawno okazało się, że nie wiadomo, ilu faktycznie członków liczy to Stowarzyszenie, a co tu dopiero mówić o bardziej skomplikowanych sprawach...
Jeżeli chcemy "wrócić do korzeni" i sprawić, by (ponownie) Stowarzyszenie Twórców zaczęło funkcjonować w taki sposób, jak zamierzyli to sobie Ojcowie-Założyciele, to nieodzownym staje się poważny audyt, w tym również (przede wszystkim) w zakresie dokumentacji dotyczącej działalności naszego Stowarzyszenie (czy raczej: dokumentacji tego, w co to Stowarzyszenie było wikłane w minionych latach).
Histeryczna reakcja Marka (zupełnie nieadekwatna do sytuacji, bo wszak jeszcze nic się nie wydarzyło i nawet nie wiadomo, czy się wydarzy) jest najlepszym dowodem na to, że "coś jest na rzeczy". Bo przecież gdyby wszystko było w porządku "w papierach", to taka bardzo wszak wstępna informacja o planach przejrzenia dokumentacji "Conturowej" powinna wywołać jedynie wzruszenie ramionami. Po to sporządza się dokumenty - odzwierciadlające prowadzoną działalność - by można było w nie zajrzeć w razie potrzeby. Czym się tu denerwować?
Z początku sądziłem, że te spazmatyczne wynurzenia Marka są formą wiernopoddańczej obrony swego Suwerena (być może z intencją zasłużenia sobie na kolejną zagraniczną wycieczkę), jednakże po chwili uświadomiłem sobie, że przecież Marek od bardzo wielu lat jest skarbnikiem naszego Stowarzyszenia. Bodajże na wszystkich dokumentach dotyczących gospodarowania "Conturowymi" pieniędzmi (to znaczy tymi, które ściągano z różnych źródeł z wykorzystaniem podmiotowości prawnej "Conturu") widnieje jego podpis.
To w zupełności wyjaśnia, dlaczego po mojej wstępnej kontrolnej zapowiedzi wpadł w taką panikę...
(A swoją drogą, bardzo ciekaw jestem, w jaki sposób zostały rozliczone pieniądze, które Marek dał sobie skraść w moskiewskim metrze? Nie podważam tego, że w ogóle zostały skradzione. Choć równocześnie zastanawiam się, jak wielkim trzeba być tępakiem, by obfity plik z dolarowymi banknotami wkładać sobie do bocznej kieszeni spodni i nawet nie zauważyć, że zostały skradzione... Po prostu, nie wiem, jak taką (rzekomą) kradzież można rozpisać w dokumentach...).
Co do Twojej, nieuważny Piotrze, uwagi o wieloletnim braku kontroli w naszym Stowarzyszeniu, to sam sobie na nią odpowiedziałeś w kolejnym akapicie - mianowicie, informacją o tym, że przewodniczącym Komisji Rewizyjnej naszego Stowarzyszenia jest Wojtek. Czyli Wielki Nieobecny.
Z tego, co pamiętam, to Wojtek jest tymże Przewodniczącym bodajże tak długo, jak Marek skarbnikiem, a więc od czasów przejęcia "Conturu" we władanie przez Adama - czyli formalnie od 2002 r. Na ówczesnym Walnym Zebraniu Wojtek został wyznaczony do tej funkcji decyzją Adama, choć sam był nieobecny. Podobnie było na kolejnych Walnych Zebraniach, na których wybierane były osoby funkcyjne w naszym Stowarzyszeniu (wrzesień 2012 r. i grudzień 2015 r.). Właściwie, to na żadnym naszym Zebraniu nie było Wojtka w ciągu tych minionych 15 lat. Co tu więc mówić o jakichkolwiek działaniach dotyczących "spraw wewnętrznych" naszego Stowarzyszenia?
Jednocześnie zwracam uwagę, że Statut naszego Stowarzyszenia zupełnie nie precyzuje zakresu obowiązków Przewodniczącego Komisji Rewizyjnej. Są one wyłącznie domyślne. (Czyli jakie?)
Zwracam też uwagę, że żadna "decyzja" w odniesieniu do owej kontroli jeszcze nie zapadła. I że nie jest to jednoosobowa inicjatywa, lecz postulat grupy członków "Conturu".
Mój poprzedni mail dotyczył jedynie próby zorientowania się w "fizycznych możliwościach" przeprowadzenia takiej kontroli. Z tego, co napisałeś, to tych dokumentów jest całkiem sporo...
Paniczna reakcja Marka prowokuje domysły, że w tych dokumentach będzie można doszukać się różnych nieprawidłowości. Przy czym sądzę, że tam 2 plus 2 zawsze będzie równało się 4, bo te dokumenty sporządzane były głównie z myślą o ewentualnej kontroli fiskalnej - czyli przeprowadzanej przez osoby niezorientowane w problematyce merytorycznej. Z kolei taka "kontrola merytoryczna" wymusza zapoznanie się ze wszystkimi dokumentami, czyli będzie praco- i czaso- chłonna...
Ja na chwilę obecną wstępnie "zaklepałem" sobie tydzień urlopu w listopadzie. Być może uda się też załatwić nocleg w pokojach gościnnych ŁDK-u. Oczywiście, jestem w stanie sfinansować przyjazd do Łodzi i pobyt tutaj w czasie kontroli z moich prywatnych pieniędzy - a nie proponowałem tego w poprzednim mailu, by nie zostać posądzonym o prywatną nadgorliwość...
Wysłanie stosownych pism przez Zarząd "C" do kierowników instytucji, w których znajduje się dokumentacja "Conturowa" z informacją o planowanej kontroli jest nieodzowne. Przede wszystkim do dyrektora Domu Literatury - zakładając, że on zdaje sobie sprawę z tego, że pod adresem kierowanej przez niego placówki mieści się formalna siedziba "Conturu"...
Czy tam, Piotrze, przeniesiesz całą dokumentację, czy może jednak będzie ona dostępna w Waszym biurze w EC-1? W tym drugim przypadku, konieczne będzie też pismo do Modera(tora) o zgodę na tą naszą "Conturową" akcję na jego terenie.
No i jeszcze pozostają (najważniejsze?) dokumenty z biura rachunkowego...
Myślę, że na najbliższym spotkaniu warszawskich "Conturowców" z Zarządem naszego Stowarzyszenia (w nadchodzącą sobotę?) zapadnie ostateczna decyzja co do tej kontroli i ewentualnego jej terminu. Wówczas dogramy szczegóły.
Pozdrawiam bezkatarowo - K.
P.S. Pomimo sprytnego rozmycia formalnej odpowiedzialności za zdominowane przez siebie działania "wspólne", to jednak i tak - niestety - przebija przez nie okropna "faraońsko"-egotyczna osobowość Adama. A ja po prostu nie zgadzam się na to, by czyjeś rozbuchanego ego stawało się "pępkiem świata", w którym i ja też jestem. Nie godzę się na "sprywatyzowanie" obszaru działalności, w której i ja też biorę udział. Choć potrafię spojrzeć na poczynania Adam "z przymrużeniem oka" i wykrzesać dla niego jakąś nutę sympatii, to jednak to się kończy w momencie, gdy okazuje się, że on dąży wyłącznie do budowy swojej prywatnej piramidy. W dodatku nierzadko czyni to "na cudzych plecach", nie tylko zresztą "Conturowych".

krople drążą piramidę

3 listopada 2017, 03:55
Krzysztof napisał do Witka:
Pięknie to napisałeś! Brawo!
Z różnych rozmów kuluarowych, których ostatnio przeprowadziłem niemało - w tym również z osobami z tej listy mailingowej - wynika jasno, że bardzo wiele osób myśli tak, jak my. Ale chyba tylko my dwaj w niczym od kaprysów Faraona nie jesteśmy zależni. Inni dali się na różne sposoby skorumpować.
Po prostu problem (ich problem) polega na tym, że większą korzyść dla siebie upatrują w byciu potulnymi lizusami, niż w głośnym mówieniu o tym, co myślą...
Cóż - każdy jest kowalem swego bytu.
Pozdrawiam independencko - K.

5 listopada 2017, 20:51
Witek napisał do Krzysztofa:
Okazało się, że jestem osobą postronną. Jakimś dziwnym trafem nikt stowarzyszony nie zna Witka, który przez dwadzieścia pięć lat (z okładem) zapieprzał przy organizacji łódzkiego festiwalu. Nieskromnie dodam, że był moment w historii imprezy, w którym brak tego obcego kolesia spowodowałby śmiertelne zejście konwentu. Ale kto dzisiaj jeszcze o tym pamięta?
Prawdę mówiąc, jest mi obojętna wiedza dotycząca układu trawiennego Conturu. Lecz informacje zza kulis komiksowej imprezy interesują mnie bardzo. Nie wiedziałem jednak, że Stowarzyszenie Contur, to tajna organizacja :( Ciekawe, czy macie jakiś specjalny rytuał wciągania na członka? :) Jeśli Contur rzeczywiście jest zamkniętą sektą, to prosiłbym Cię Krzysztofie o cenzurowanie maili do mnie. Bowiem nie chciałbym być obarczony Waszą wiedzą tajemną. Poznanie drugiej twarzy Marka było dla mnie wystarczającym szokiem :(
Krzysztofie. Przywdziałeś błyszczącą zbroję paladyna i na płowym rumaku ruszasz do walki ze swoimi współwyznawcami, zapominając o tym, że jesteś jednym z nich. Rozumiem, że dokonał się w Tobie olbrzymi przełom moralny. Ale dlaczego trwało to tak długo? Przecież zarówno Mamut, jak i jego stado conturowych baranów, przez ostatnie kilkanaście lat, nie zmienili się wcale.
Zastanawiam się, jaki cel mają Twoje obecne działania? Przejęcie stowarzyszenia? Szczerze odradzam. To, że głosy szeregowych członków dotychczas poruszały się bezwolnie, zgodnie z wiatrami Mamuta :), nie oznacza, iż w przyszłości będą one posłuszne Tobie. Obecnie, sfora przygląda się z ciekawością Twojej krucjacie. Ale kiedy nastąpi czas wyboru, dzisiejsi sprzymierzeńcy odwrócą się do Ciebie zadami. Wierz mi. Sam kiedyś to przerobiłem.
Stołka Mamuta w EC1 raczej nie zajmiesz. Nawet, gdyby on sam znalazł się, w co wątpię, w puszce :) Miejscy kulturokraci na pewno „wybiorą” kogoś odpowiedniego na to soczyste stanowisko. Zamrażarka w magistracie pełna jest chętnych :) A przecież wiesz, że w naszym kraju nigdy nie jest tak źle, żeby gorzej być nie mogło.
Rozumiem, że chcesz poznać niejawne, turystyczne zapędy stowarzyszenia, oraz inne działania pseudokomiksowe przywódcy stada oraz jego przydupasów. Nie sądzę jednak, aby to było możliwe, w pełni. Przecież Piotr napisał Ci, że wieloletnia dokumentacja działalności „firmy” została ustawowo zniszczona. Nie zdziwiłbym się, gdyby papiery Conturu posłużyły na podpałkę do grilla w stacji Nowa Gdynia :) Poza tym, jako biegłemu rewizorowi, znane Ci jest chyba pojęcie „księgowości kreatywnej”. Czy myślisz, że stowarzyszenie wybrało biuro rachunkowe korzystając z przetargu publicznego, albo ogłoszenia w necie? Ja chyba domyślam się, czyje. Jeśli nawet dowiesz się, skrupulatnie wertując pozostałe papiery, że naczelnik Conturu urządził dla wybrańców Bunga Bunga na wyspach Hula Gula, to wątpię abyś mu uczynił większą krzywdę. Zapewne, nie będzie ona adekwatna do popełnionych nadużyć, a na pewno wysiłku, który przeznaczysz na swoje śledztwo.
Myślę, że Twoja akcja rewizyjna nie jest warta poświecenia cennego urlopu. Niezależnie od jej wyniku, przysporzysz sobie tylko nowych wrogów. Lecz wybór należy do Ciebie. Ale pamiętaj, że w przypadku powstania komisji śledczej, ja jestem tylko postronnym Witkiem :)
Być może jestem naiwnym idealistą. Lecz stowarzyszenie dla mnie, to grupa osób, która wspólnie, z równym wysiłkiem i poświęceniem dąży do realizacji jasno określonego celu, dla dobra ogólnego. Natomiast, nie jest nim kilku kolesi myślących wyłącznie o skoku na kasę, potrzebną do realizacji ich własnych pragnień, którzy werbują grupę nieświadomych bądź głupich, bezwolnych dusz, aby spełnić ustawowe wymagania minimalnego kworum. Od początku przeczuwałem, że mam do czynienia z tym drugim związkiem. Dlatego nigdy nie wstąpiłem do Conturu.
Pozdrawiam. Postronny Witek

5 listopada 2017, 23:33
Piorun napisał:
Bełkot! :)

Tekst napisało wielu człowieków. Chyba nie korzystali z SI :(

Zrób sobie festiwal

Legenda o złym Witku
- wstęp do nowej historii Festiwalu Komiksu w Łodzi
Nisza w niszy
- opowieść o miejscu bardzo przyjaznym organizatorom
Milczenie owiec (a raczej baranów)
- historia pewnego, tajemniczego spotkania
W krainie ślepców...
- poznajemy skład pierwszego dyrektoriatu
Komiksowa agencja wycieczkowa
- ciekawe podróże dyrektoriatu na sam kraniec świata
Wystarczy być...
- co należy robić, aby trwać na cieplutkim stołku
Wystawy...
- przeróżne wystawy oraz ekspozycje z festiwalem związane
Vox populi
- głos ludu stowarzyszonego oraz obcego
Dyrekcja cyrku w budowie
- odyseja ekipy orgów po ciekawych miejscach Łodzi