wtorek, 18 lipca 2017

Światło w dzień

Festiwal Komiksu odbywał się na początku października. Od... zawsze. Czyli, od ponad ćwierci wieku. Do tego terminu zdążyli się już przyzwyczaić goście, uczestnicy i organizatorzy imprezy. Przez lata nikomu to nie przeszkadzało. Aż tu nagle, zmiana.

Początkowo ten październikowy termin wiązał się zapewne z powrotem studentów z wakacji. Oni to bowiem byli organizatorami pierwszych łódzkich konwentów komiksowych. Również wśród uczestników tych imprez dominowała akademicka brać. Lata mijały i grono odwiedzających festiwal gości wyraźnie się powiększało. Być może, z czasem, październikowa data przestała być taka ważna. Ale tradycja zobowiązuje.

Przyznam szczerze, że o zmianę terminu imprezy podejrzewałem najpierw Mamuta. Pomyślałem, że przesunął termin, bo tak mu pasowało. To byłoby w jego stylu. Przykro mi, że wszystko co złe, co dotyczy festiwalu kojarzy mi się od razu ze zwierzakiem. Ale tym razem się myliłem.

Powodem zmiany terminu przygotowania tegorocznego Festiwalu Komiksu jest Festiwal Światła. Inna cykliczna impreza łódzka, która do tej pory odbywała się (chyba) tydzień po komiksowym święcie. Nigdy na niej nie byłem. Choć chciałem. Ponieważ zazwyczaj, w tym czasie "lizałem" pofestiwalowe rany :(

Obie imprezy corocznie korzystały wydatnie z pomocy finansowej Urzędu Miasta. Lecz w tym roku, ta zacna instytucja nie zamierzała już sponsorować dwóch imprez, odbywających się w tym samym czasie. Zdecydowanie młodszy Festiwal Światła wybrał sobie nową datę zaistnienia. Festiwal Komiksu musiał się więc usunąć. Chyba światło w łódzkim magistracie jest lepiej notowane, niż komiks. A może ktoś za słabo zabiegał, argumentował, protestował...

Zastanawiam się, dlaczego wcześniejsza o tydzień, może dwa, organizacja festiwalu, miała dla światła takie znaczenie. Z tego co wiem z mediów, impreza ta polegała głównie na dekorowaniu przezroczami łódzkich kamienic. Oczywiście, czynność ta musi koniecznie odbywać się po zmroku. Im więc dalej w kalendarzu byłaby umieszczona impreza, tym lepiej dla efektów świetlnych. Przecież zmrok w listopadzie zapada wcześniej, niż w październiku. A dodatkowo, zmiana czasu znacznie przybliża godziny ciemności. Co prawda, na dworze robi się coraz zimniej. I czynnik ten zapewne wpływa na popularność imprezy wśród mas. Ale, czy prawdziwych wielbicieli światła może przestraszyć odrobina mrozu :)

sobota, 8 lipca 2017

Idzie stare :)

W ubiegły czwartek było spotkanie w Atlas Arenie. Zupełnie nieoczekiwanie... w starym stylu :(

Budynek Atlas Areny, przynajmniej jego część publiczną, znam już prawie, jak własną kieszeń :) Jednak w tym roku, w przestrzeni wykorzystywanej przez Festiwal Komiksu, mają nastąpić pewne zmiany. Poza tym, organizacją imprezy w hali ma się zajmować nowa osoba. Zdecydowaliśmy wiec z Ireną poznać sytuacje na miejscu.

Tymczasem, nieoczekiwanie do wycieczki dołączyła ekipa organizatorów festiwalu, z Mamutem na czele. I spotkanie techniczne przerodziło się w prezentację hali przez zwierzaka. Sęk w tym, że większość obecnych osób znała już arenę od lat, ale musiała uczestniczyć w tym nudnym pokazie dla pani, chyba księgowej(?), z EC1, organizatora imprezy. Odbyliśmy więc rundę honorową po o-ringu. Obejrzeliśmy po raz setny płytę boiska. I zajrzeliśmy w różne zakamarki. Po drodze wykruszali się kolejni członkowie ekipy. Aż wreszcie wycieczka znudziła samego Mamuta i potruchtał na rozmowę z prezesem.

Oczywiście, podczas spotkania z przedstawicielem Areny niewiele nowego się dowiedziałem. W zasadzie nic o zmianach w zabudowie korytarzy, na których mają być przecież ustawione festiwalowe stoiska. Żadnych planów, ani rysunków. Jedyna informacja jaką uzyskałem, była taka, że prace budowlane mają być zakończone przed naszą imprezą. Ale kiedy? Dzień, tydzień, miesiąc przed? Tego nie wiem.

Wiem tylko, że kilku "decyzyjnych" organizatorów wyjeżdża na wakacje :( Pewnie im się słusznie należą. Pracowali przecież nad imprezą przez cały rok...

Zabawna była dyskusja Mamuta z panią (chyba księgową) o tradycyjnie marnej sprzedaży e-biletów na festiwal. Konkluzją rozmowy była: lepsza promocja imprezy kanałami EC1. Po czym pani oświadczyła, że nie zajmie się tym od razu... bo wyjeżdża na urlop. Tak właśnie imprezy są organizowane przez instytucje (kulturalne zresztą :). Przypominają mi się czasy eŁDeKu, gdzie pracowano tylko "w godzinach". A latem myślało się o wakacjach, nie o pracy.

Zostało niewiele ponad dwa miesiące do Festiwalu Komiksu w Atlas Arenie. Tymczasem, nie ma jeszcze umowy z Areną. Nie ruszył jeszcze przetarg, jest wymagany przez EC1, dla firm od zabudowy stoisk targowych. Wszelkie dokumenty krążą w "chmurze" EC1. Nie znam również całej powierzchni, na której może być zorganizowana impreza. Czy kiedyś festiwal będzie przygotowany według standardu innych, podobnych, dużych imprez?

niedziela, 20 listopada 2016

Trochę kultury

Jeszcze słów kilka o czwartkowym spotkaniu w EC1, z poprzedniego wpisu.

Za moich czasów, kiedy zapraszano kogoś do dyskusji na dowolny temat, starano się przynajmniej wysłuchać jego argumentów. Ceniono doświadczenie. A ja niestety, jak już wspominałem, jestem organizatorem łódzkiej imprezy z najdłuższym stażem. Nikt z obecnych na spotkaniu nie mógł w tym względzie ze mną się równać. Ponadto, byłem najstarszy z całego towarzystwa. Pozostali dyskutanci byli i są etatowymi pracownikami EC1. Mogli więc codziennie w pracy wymieniać się uwagami na temat organizacji festiwalu. Logicznym wydawało by się wysłuchać na spotkaniu kogoś nowego. Nie oczekiwałem specjalnych względów od kogoś takiego jak Mamut. Lecz miałem nadzieję, że stare, odwieczne zasady, przynajmniej w części, będą honorowane przez resztę towarzystwa.

Skoro więc gościnność, doświadczenie i wiek nic nie znaczą dla organizatorów łódzkiego festiwalu, to jak można wymagać od nich tematu tego wpisu.

Spotkanie w EC1 przypominało partyjną nasiadówkę z okresu minionego. Mniej ważne było kompleksowe rozwiązanie każdego problemu, niż wysłuchanie w całości „referatu” kolejnego mówcy, i poznanie opinii pierwszego sekretarza.

W pewnym momencie „dyskusji” Mamut zauważył, że impreza w Atlas Arenie ma bardziej targowy niż kulturalny charakter. A przecież dotacje z Urzędu Miasta, lub innych instytucji kulturalnych, pozyskiwane są z publicznych środków przeznaczonych na kulturę właśnie. Zaskoczyło mnie takie stwierdzenie kogoś, kogo kultura osobista wyznacza własne standardy, a koszarowy język odbiega znacznie od zasad poprawnej polszczyzny. Swoją drogą. Nadal mnie zadziwia, jak taka osoba może pełnić kierownicze stanowisko w instytucji zajmującej się propagowaniem kultury. Ale to temat na osobny wpis :)

Kulturalne aspekty festiwalu nie zaprzątały dotąd umysłu Mamuta. Było wręcz odwrotnie. Być może groźba utraty państwowych subwencji zmieni nieco tory myślenia tego „zwierzaka”. W historii polskiego komiksu było już uczłowieczanie małpy. Czas więc najwyższy ukulturalnić większego „zwierza” :)

piątek, 18 listopada 2016

powrót organizatora...

Wczoraj zaproszono mnie do EC1 na spotkanie podsumowujące tegoroczny Festiwal Komiksu. To była pierwsza, od wielu lat, tego typu inicjatywa organizatorów łódzkiej imprezy. Być może jednak pierwsza, na którą zostałem zaproszony :) Szczerze wątpię. Mamut, do tej pory, nie był specjelnie skory do podobnych rozliczeń. A moje wielokrotne uwagi, dotyczące problemów organizacyjnych, zawsze zbywał jakimś mało znaczącym argumentem. Myślę, że z takim pomysłem wystąpiła Iwona. Nowa osoba zatrudniona do pomocy przy organizacji festiwalu. Ponieważ miała ona pewne doświadczenie w przygotowaniu innych imprez targowych, mogła na problemy festiwalowe spojrzeć „świeżym okiem”. Potwierdziła ona większość moich uwag, znanych pozostałym organizatorom imprezy od lat.

Podczas spotkania odniosłem deja wu. Przypominało ono bowiem, jako żywo, polemiki organizatorów Konwentu Twórców Komiksu sprzed ćwierć wieku!!! Zmieniły się tylko osoby tego „dramatu”. Miejsce Sobieraja zajął Mamut. Natomiast role młodych Conturowców objęli pozostali organizatorzy obecnej imprezy. Struktura spotkania podobna była obradom sejmowym. Jeden mówca „wypyszczał” kolejne swoje festiwalowe spostrzeżenia, nie pozwalając w wystarczającym stopniu na rozwinięcie, lub wyczerpanie tematu. Tak więc. Iwona żaliła się na kłopoty organizacyjne. Tymek sypał pomysłami, z których większość nie zostanie zrealizowana. Z różnych powodów, których nie był nawet świadom, z braku doświadczenia. Piotr notował na komputerze. A przynajmniej robił takie wrażenie :) Natomiast Mamut, autorytarnym tonem oznajmiał zgromadzonym „złote” rozwiązania każdego problemu. Po gospodarsku :) Moje merytoryczne uwagi kwitował przeważnie w swoim stylu. Jego najłagodniejsza odpowiedź zazwyczaj sugerowała: „żebym się zamknął”. Po co więc zapraszał mnie na to spotkanie? Żebym siedział i milczał? Pokornie słuchał o problemach organizacyjnych, które są mi znane od lat? A naiwne sposoby ich rozwiązania pozostawiał bez komentarza?

Jestem organizatorem łódzkiej imprezy z najdłuższym stażem. Skoro przez dwadzieścia pięć lat przygotowywałem Festiwal Komiksu, to chyba mi na nim zależy. O problemach imprezy mówiłem wielokrotnie pozostałym organizatorom. Większość moich wypowiedzi była przeważnie ignorowana. Tylko nieliczne problemy festiwalu zostały rozwiązane. Choć niektóre z mizernym skutkiem. Zazwyczaj, podczas dyskusji o festiwalu z moim udziałem, inni rozmówcy zwracają tylko uwagę na „siłę” moich argumentów. Jedynym więc sposobem, abym nie „zagłuszał” pozostałych dyskutantów jest pisemna forma wypowiedzi. Już kiedyś z niej skorzystałem :)

Zobacz=> festiwalkomiksu.republika.pl

wtorek, 10 listopada 2015

świat Tytusa, Romka i A'Tomka - pojazdy

Tym razem w świecie wirtualnym zbudowałem machiny, które służyły bohaterom komiksów Henryka Jerzego Chmielewskiego. Dość proste początkowo konstrukcje nieco rozbudowałem. Mimo, że rozmiarów ich nie znałem, starałem się zachować odpowiednie proporcje obiektów. Być może, na podstawie moich projektów, powstaną kiedyś realne konstrukcje.
Kto wie... :)








niedziela, 1 listopada 2015

świat Tytusa, Romka i A'Tomka

Być może, w przyszłoroczne wakacje, zostanie przygotowana wystawa według pomysłu Wojtka Łowickiego, pod roboczym tytułem: „świat Tytusa, Romka i A'Tomka”. Aby zachęcić do jej realizacji, przygotowałem niewielką wizualizację tego projektu.





niedziela, 25 października 2015

Izydor nie żyje

Internet poznał go jako tłumacza książki Conan i czarownik. Nie czytałem jej. Lecz znając inne, podobne prace Izydora, nie sądzę aby wzniósł się tym razem na wyżyny translatorstwa. Przykro mi jednak, że po takim człowieku pozostał w sieci ów mizerny ślad.

Być może niektórzy pamiętają jego antykwariat na ulicy Nowomiejskiej, w Łodzi. Nigdy w nim nie byłem. Izydor prowadził go dość krótko. Chyba nie sprawdziły się jego liczne talenty w gospodarce rynkowej ostatnich lat. Starsi miłośnicy komiksu mogą pamiętać nietypowego sprzedawcę w Komikslandzie. Pierwszym polskim sklepie komiksowym, który powstał oczywiście w Łodzi, w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Tam również Izydor nie zagrzał zbyt długo miejsca. Inni czytelnicy literatury obrazkowej zapewnie kojarzą dziwnego, niedużego człowieczka, zawsze ubranego w niezniszczalną, brązową marynarkę, który na różnych komiksowych giełdach oferował stare publikacje naznaczone osobliwym aromatem. Najlepiej jednak pamiętają Izydora stali bywalcy Rynku Bałuckiego. Na jego skromnym stoisku niezmiennie można było kupić dobrą fantastykę i komiksy.

Izydor był handlarzem w dumnym znaczeniu tego słowa. Zawsze świadom wartości oferowanych publikacji, nigdy nie przesadzał z wyceną. Mimo to, nadal był skłonny do dalszych negocjacji. Swój towar zdobywał aktywnie, przemierzając kraj od bazaru do targowiska. Niemal codziennie też odwiedzał łódzkie antykwariaty. Czym zawsze wzbudzał mój podziw. Izydor był pierwszym polskim handlarzem komiksowym, który wiedział czym handluje. Dzięki swojej aktywności stał się prawdziwym znawcą popularnego komiksu amerykańskiego. Co w tamtych czasach było zapewne ewenementem na skalę całych demoludów. Izydor był również miłośnikiem fantastyki i ekspertem w dziedzinie polskich publikacji. Znanym i cenionym członkiem fandomu.

Poznałem Izydora w latach 70. na Wodnym Rynku, w Łodzi. Oferował on wtedy oryginalne komiksy amerykańskie, których zdobycie w tamtych czasach graniczyło z cudem. Później, przez całe lata, spotykaliśmy się bardzo często na warszawskich bazarach, czy Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku. Czasami jako konkurenci, ale zawsze jak przyjaciele. Izydor był dobrym kompanem do handlu i do szklanki :) Niezwykle inteligentny, a jednocześnie skromny. Był erudytą samoukiem. Ci którzy go znali, zawsze mieli o nim dobrą opinię. Odkąd pamiętam, Izydor marzył o własnym antykwariacie, w którym jego wiedza byłaby z pewnością nieocenionym skarbem. Szkoda, że choroba pokrzyżowała mu plany.


portret Izydora, fragment autografu - rysunek Wojciech Birek

O Izydorze wspomnę jeszcze nie raz. Ponieważ był on bez wątpienia ważną postacią w historii komiksu, w Polsce.

Pogrzeb odbędzie się w najbliższy wtorek, na Cmentarzu Doły, o 11.

poniedziałek, 12 października 2015

Sen srebrny strefy targowej

Po festiwalu w necie pojawiło się wiele relacji foto-wideo z imprezy. Moje zdjęcia są jednak inne. Przedstawiają uśpioną Atlas Arenę w niedzielny poranek. Zanim przybyli pierwsi wystawcy.








Chciałem zrobić później trochę zdjęć z imprezy, ale niestety, bateria mi "zdechła". Jeśli więc ktoś zechce podzielić się swoimi foto-wspomnieniami na moim blogu, chętnie udostępnię miejsce.

czwartek, 8 października 2015

ból

...Jest to element towarzyszący moim przygotowaniom, do każdej kolejnej edycji festiwalu. Z roku na rok, coraz większy. Chyba najtrudniejsza była dla mnie noc z piątku na sobotę. Potworne zmęczenie, i nieustanny ból wszystkich mięśni (nie wiedziałem, że mam ich tyle) nie pozwalał mi długo zasnąć. Wreszcie, po trzech godzinach zrezygnowałem. Wziąłem gorącą kąpiel... i pojechałem do Areny, aby dokończyć pracę przy słupach informacyjnych z tektury.

Na miejscu (o dziwo) była już ekipa wolontariuszy, pilnująca zamkniętych drzwi wejściowych do Atlas Areny. Do otwarcia imprezy dla wystawców pozostały trzy kwadranse. Pomyślałem więc, że znajdę wśród „odźwiernych” pomocników, do dokończenia mojej roboty. Jakże się myliłem. Kilka osób (chyba siedem), siedzących przy drzwiach, do których nawet nie miało klucza, oświadczyło zgodnym chórem: „Michał zabronił nam odchodzić od drzwi”. Moje stanowisko pracy znajdowało się kilkanaście metrów dalej, więc pozostaliby w kontakcie głosowym. Ale nie dyskutowałem, więc wolontariusze pilnowali zamkniętych drzwi nadal. Dopiero po chwili pojawiła się pomoc. Inny wolontariusz przyprowadził kogoś, kto czekał na kolejnego kogoś, i w ciągu kwadransa ostatni słup informacyjny był gotowy :)

Sobota upłynęła przy standardowym wysiłku. Niby niewielkim, ale jednak. Obsługiwałem własne stoisko. Nosiłem komiksy. Przypinałem plakaty. Rozmawiałem z klientami. Praktycznie, nie odchodziłem od kramu. Lecz obsługa stoiska przez cały dzień na stojąco (jakoś nie potrafię rozmawiać z klientami siedząc), odcisnęła piętno na moich kończynach dolnych :( Nic więc dziwnego, że nie miałem ochoty „bawić się” na afterparty. Noc, tym razem, upłynęła mniej boleśnie. Przespałem całe trzy godzinki i obudziłem się niemal tak rześki, jak skowronek :)

W niedzielę rano miałem nawet siłę, żeby obejść 400metrów strefy targowej. Po dziewiątej zacząłem zwykły grind z klientami. A o szóstej po południu to, co tygrysy nienawidzą najbardziej, demontaż stoiska. Dał mi on naprawdę w kość :( Z Areny wyjechałem koło dziesiątej. Dalej już nic nie pamiętam :)

W poniedziałek obudziłem się cały obolały. Choć w moim przypadku określenie to było raczej eufemizmem. Czułem się, jakby przejechała po mnie ciężarówka z Mad Maxa. Kilka razy :( Moje wszystkie stawy trzeszczały i chrupały, jakbym nie smarował ich od lat. A prawa noga była luźno przymocowana w kolanie taśmą klejącą podłej jakości. Przy każdym kroku powodowała rwący ból. Z konieczności więc ciągnąłem ją trochę za sobą :( O dziwo, jazda na rowerze nie powodowała żadnych dolegliwości. Częściej więc jeździłem niż chodziłem :)

Regeneracja konstrukcji Witka trwała trzy dni. Dzisiaj czuję się już prawie normalnie. Piszę w tym miejscu o swoich festiwalowych przejściach, nie po to aby wzbudzić współczucie, lecz uzmysłowić wszystkim ile wysiłku każdego organizatora wymaga przygotowanie i obsługa tak dużej imprezy. Oraz jakie koszty fizyczne za sobą niesie.

Żaden z organizatorów festiwalu nie ma wielkich szans, żeby poznać naocznie punkty programu, które sam przygotowuje. Pik i Kasia zdradzili mi kiedyś, że jeśli uda im się odwiedzić w czasie imprezy jakieś pojedyncze spotkanie z autorem, lub ciekawą prelekcję, są bardzo szczęśliwi. Większe szanse na obejrzenie festiwalowych atrakcji mają wolontariusze. Pod warunkiem, że znajdą zastępstwo na swoim stanowisku. Co nie jest zbyt trudne. Największe możliwości udziału w imprezie ma chyba Mamut. Może się mylę, ale jako dyrektor, nie ma nic innego do roboty, oprócz bawienia festiwalowych gości :)

Jednak impreza nie jest przygotowywana dla organizatorów, lecz uczestników przybywających do Łodzi z całego kraju, i ze świata. Chyba żadnego z nich nie obchodzi, ile wysiłku wymaga jej opracowanie. Ważne, żeby była przyjazna, i atrakcyjna dla gości, oraz przebiegała sprawnie.

Od wielu lat obserwuję festiwalowe zmagania organizacyjne. Wiele elementów, przygotowywanych co roku stwarza podobne problemy. Inne niezmiennie powodują chaos organizacyjny. Imprezie tej rangi ewidentnie brakuje osoby zarządzającej wszystkimi działaniami organizacyjnymi. Mającej pełną informację o wszystkich punktach festiwalu. Odpowiedzialnej i zdolnej podejmować ważne decyzje dotyczące działań, ludzi i finansów. Niby taką funkcję obecnie pełni Mamut, dyrektor festiwalu. Jednak jego świadomość jest zanadto oddalona od poszczególnych elementów imprezy. Dyrektor nie zna szczegółów, i możliwości ich realizacji. Natomiast wydawane przez niego rozkazy w stylu: „zrób to tak, bo się _urwię”, albo „_uj mnie obchodzi, jak to zrobisz”, nie sprzyjają efektywności przygotowań. Oczywiście, Mamut zawsze narzuca „własną” wizję imprezy. Chyba ma do tego prawo, ponieważ (z tego co wiem) głównie on, na przygotowanie kolejnego eventu, pozyskuje środki od sponsorów, i granty od instytucji. Jednak przepaść między jego „idealną wizją” festiwalu, a „szarą rzeczywistością” jest czasami ogromna.

Pik, dyrektor artystyczny, zajmuje się wyłącznie przygotowaniem programu imprezy. Tak więc wszelkie decyzje, problemy lub informacje dotyczące np. strefy targowej, czy Internetu, odrzuca na wstępie. Kasia i Ewa zajmują się dystrybucją informacji, kontaktem z mediami i sponsorami, a także opiekują się festiwalowymi gośćmi. Podobno, za strefę targową na o-ringu Atlas Areny odpowiedzialny jest Micheangelo. Jednak jego decyzyjność ograniczała się, w trakcie imprezy, do pacyfikowania „krnąbrnych” wystawców, i pomiatania wolontariuszami. W tym roku, z przyczyn rodzinnych, brał udział w przygotowaniach dopiero od czwartku. Przyznam szczerze, że lepiej mi się pracowało, kiedy go nie było. Napiszę o tym jeszcze.

Nową nadzieją dla organizatorów jest Tymek, który zajmował się w tym roku przygotowaniem różnych stref na płycie Atlas Areny. Debiutant okazał się przedsiębiorczym organizatorem. Nie bał się podejmować decyzji, również finansowych. I korzystał chętnie z rad starszych. Bez wątpienia, jest on doskonałym „materiałem” na dobrego organizatora :)

Jest jeszcze MrPączek, główny zarządca wolontariuszy. Jednak ze swoją funkcją, od kilku lat, daje sobie radę średnio. Jest natomiast ulubioną maskotką łódzkiej imprezy.

Każdy z organizatorów pozostawia corocznie „na placu boju” mnóstwo własnej energii. Nawet jeśli zamierzenia nie są w pełni osiągane, wysiłek zawsze pozostaje ogromny. Tradycyjny sposób organizacji festiwalu sprzyja marnotrawieniu dobrej energii. Dzięki niemu, najwięcej pracy jest tuż przed samą imprezą. Przy braku czasu, i możliwości niektóre punkty programu, nie mogą być należycie przygotowane. Zaczyna nimi „rządzić” prowizorka, największy wróg wszelkich eventów. Ale przecież wiele elementów imprezy można dopracować wcześniej. Zanim rozpocznie wirować „młyn organizacyjny”. Słupy informacyjne, które budowałem dzień przed imprezą, można wykonać lepiej, już dziś. Wszak usytuowanie sal prelekcyjnych nie zmieniło się od lat. Termin rezerwacji stoisk targowych dla stałych wystawców można ustalić wcześniej. Ułatwi to dopracowanie szczegółów, a ekspozycje będą ciekawsze. Zastosowanie internetowego formularza rezerwacji stoisk wyeliminuje chaos informacyjny. Organizatorom, przed kolejnym festiwalem, pracy na pewno nie zabraknie. Po co więc dokładać sobie zajęcia, które można wykonać wcześniej?

piątek, 2 października 2015