niedziela, 2 maja 2010

Idzie nowe!

Czytając kolejne posty na forum Gildii, oraz pierwsze relacje w sieci o Komiksowej Warszawie (wybaczcie, słowo festiwal nijak mi tu pasuje), odniosłem po raz kolejny wrażenie, że pomyliłem imprezy. A swoje komiksy zawiozłem nie na festiwal komiksu, lecz jakieś kameralne spotkanie artystów, które odbywało się w stołecznym mieście, w tym samym czasie. Jednak zamieszczone na blogach zdjęcia rozwiały moje wątpliwości. Niestety, okazało się, że byłem na tej samej imprezie, Komiksowej Warszawie... Piszę o tym, ponieważ w odczuciach nie byłem odosobniony. Na giełdzie zorganizowanej podczas „festiwalu”, padały ze strony wydawców, jak i wielu uczestników bardziej dosadne opinie. A słowo tragedia, we wszystkich jego odmianach, pojawiało się w rozmowach wielokrotnie. Nie twierdzę bynajmniej, że impreza nie była udana. Podejrzewam nawet, że mogło być odwrotnie. Artyści z całego kraju spotkali się w jednym miejscu we własnym gronie. Musiało być fajnie. Niestety, z giełdowej perspektywy trudno mi było to zauważyć.

Warszawa. Dziwne to miasto, w którym spotkania miłośników literatury obrazkowej osiągają rangę festiwalu, a impreza szczycąca się tym mianem była jedynie konwentem kręgu wtajemniczonych oraz młodych adeptów sztuki rysowania historyjek obrazkowych. Komiksową Warszawę wyraźnie dotknął syndrom Ligatury. Tam również impreza zorganizowana w centrum dużego miasta, z interesującym programem oraz wieloma atrakcjami, odniosła podobny skutek. Wzmocniła mur oddzielający komiksowe getto od szarej rzeczywistości. Organizatorzy obu spotkań chyba zapomnieli, że komiks jest sztuką popularną. Publikacje z obrazkami kupują przeważnie zwykli ludzie, nie artyści, ani nawet komiksomaniacy. Profesjonalni wydawcy, którzy raczej nie zajmują się filantropią, nie będą zbyt długo sponsorować i uczestniczyć w spotkaniach jedynie zapaleńców. A kiedy na imprezie zabraknie wydawców, handlarzy i kolekcjonerów, zwyczajna publiczność będzie omijała takie spotkania z daleka. Można oczywiście dalej alienować się we własnym kręgu, lecz w końcu zabraknie na to pieniędzy. Chyba, że kolejne, podobne imprezy będą finansowane wyłącznie ze składek nowego stowarzyszenia. W takim przypadku, musi mieć ono naprawdę wielu członków.

Nie chciałbym aby organizatorzy traktowali mój post jako krytykę, lecz zwrócenie uwagi na pewne aspekty imprezy. Program każdego większego konwentu składa się z wielu elementów, ale dobrze przygotowana giełda spaja wiele z nich. Kiermasze są ważne dla organizatorów konwentu w San Diego, festiwalu w Angouleme, czy Łodzi, dlaczego więc nie miałyby być takie w Warszawie, albo Poznaniu. Są atrakcyjnym punktem programu, prostym w przygotowaniu, a dodatkowo przynoszą dochód. Giełda zorganizowana podczas Komiksowej Warszawy zapewne również zasiliła budżet imprezy kwotą kilku tysięcy złotych, warto więc o nią w przyszłości odpowiednio zadbać. Rok temu, z powodu choroby, nie mogłem uczestniczyć w żadnej komiksowej imprezie. Wiem jednak o monstrualnych cenach za stoisko podczas WSK. Uważam, że nazbyt wygórowane opłaty mogą zabić ten punkt programu. Kiedy zaczynałem „zabawę” z łódzkim festiwalem na kiermaszu można było spotkać wiele stoisk drobnych zbieraczy i kolekcjonerów, ponieważ ceny za stoliki były niskie. Oferta tych sprzedawców była bardzo atrakcyjna dla każdej kieszeni. Niestety, wyginęli oni jako pierwsi. Na placu boju pozostali najsilniejsi handlarze i profesjonalni wydawcy. Nie muszę chyba pisać, jak to zmieniło ceny oferowanych komiksów. Następni „do odstrzału” są mniejsi wydawcy. Podczas Komiksowej Warszawy niewielu miało własne stoiska. Można oczywiście organizować wspólne miejsce nazwane kioskiem na rzecz wolnej sprzedaży lub firmowane przez PSK. Ale czy jego obsługa będzie wiedziała dość o zawartości oferowanych publikacji? Potrafiła wystarczająco zarekomendować produkt? Jeśli było tak dobrze, jak twierdzi ktoś na forum, to dlaczego niektórzy sprzedawcy już w sobotę się wylogowali. Przecież lady były opłacone na dwa dni. No właśnie, lady. Trzeba mieć bowiem dużo tolerancji, aby konstrukcję sprawdzającą się, jako wybieg dla modelek, zbyt wysoką i głęboką dla większości kupujących, nazwać profesjonalnym stoiskiem.

Komiksowa Warszawa jest fajnym przedsięwzięciem i powinna być kontynuowana. Jednak porównywanie jej z WSK, a tym bardziej MFK jest doprawdy idiotycznym posunięciem. Z powodu osobliwej komunikacji, do jakiej zmuszeni byli sprzedający, nie mogłem zbyt często i na długo oddalać się od swojego posterunku giełdowego. Jednak po tym, co zobaczyłem w trakcie moich wędrówek korytarzami CBA rozumiem, że nowa warszawska inicjatywa mogła być interesująca dla uczestników. Moim zdaniem, impreza najbardziej przypominała Interkomiksy, organizowane w stolicy kilka lat temu przez Mateusza Szlachtycza. Ta sama miła, kameralna atmosfera. Podobny target, oraz goście. Nawet nagrody przyznawane przez gremium zwane akademią komiksu (czy jakoś tak) były podobne. Oczywiście, na Interkomiksach bywało mniej osób. Ale gdyby spotkania te były kontynuowane, miały tylu organizatorów i taki sam budżet, jak nowa warszawska impreza, frekwencja byłaby pewnie większa niż w CBA.

Stolica jest bardzo dużym miastem, z potężną infrastrukturą, dobrze skomunikowanym z resztą kraju. Jestem pewien, że znalazłoby się w niej dość miejsca dla dwóch imprez komiksowych: artystycznej Komiksowej Warszawy oraz popularnej WSK. Pozostaje kwestia dogadania terminów, aby oba spotkania miłośników rysowanych historii nie kolidowały ze sobą. Jednak, jak to w naszym narodzie bywa, porozumienie jest najtrudniejsze. Na moją sugestię dotyczącą pogodzenia obu organizatorów Timof, wyraźnie poirytowany, kiedy przechodził przez środek sali w trakcie giełdy, oznajmił mi donośnym głosem, że Piotrek Muszyc zażądał X-dzieścia tysięcy za odstąpienie nazwy WSK nowym działaczom. Ciekawe, czy gdyby organizator KW założył nagle stowarzyszenie filmowe, poszedłby do twórców np. Camerimage z propozycją: „Teraz będę robił festiwal filmowy i podoba mi się Wasza nazwa. Jestem młody, zdolny z wielkim potencjałem, więc Wy stare dziady wypiertralalać.”? Po cóż się męczyć trudną, kilkuletnią organizacją nowej imprezy, kiedy można przejąć już gotową. Organizator Komiksowej Warszawy nie byłby pierwszym w naszym światku, który tak uczynił. Onegdaj, podobny ruch zrobił Mamut, z dobrym dla siebie skutkiem. Uprzedzając zarzuty, że odgrywam się w tym miejscu na wspaniałym dyrektorze łódzkiego festiwalu oświadczam, że wdzięczny jestem Mamutowi za to, że uwolnił mnie tego męczącego obowiązku. Gdyby jeszcze rozliczył się ze mną z imprezy, którą (powiedzmy) wspólnie robiliśmy, byłbym bardzo szczęśliwy. Prehistoryczne wspomnienia starego organizatora są nadal na stronie: http://festiwalkomiksu.republika.pl Radzę przeczytać. Zapewne ustrzegą one nowych działaczy przed popełnianiem błędów poprzedników.

Być może Piotrek był na tyle przewidujący, iż zastrzegł nazwę swojej imprezy. Nie można więc było jej tak łatwo mu zabrać. Ale chyba nazwa Międzynarodowy Festiwal Komiksu jeszcze nie jest zastrzeżona. Ciekawe, jak potoczyłaby się historia łódzkiej imprezy gdybym zastrzegł jej miano? Przecież to właśnie ja zamieniłem konwent na festiwal. Czy dostałbym od Mamuta X-dzieścia tysięcy za odstąpienie praw? Szczerze wątpię. Jeździlibyście więc drodzy miłośnicy komiksów na spotkania z Rosińskim, Moebiusem, Manarą do komiksowej Łodzi, na Komiksową Łódź. Oczami wyobraźni widzę jeszcze miniaturowe, pozłacane czółno, dla zdobywcy Grand Prix oraz malutkie wiosełka za prace wyróżnione. Mogło być tak pięknie... Przepraszam, rozmarzyłem się.

Jeszcze jedna nazwa jest wolna. Jest to miano dumnie brzmiące, nobilitujące każdą imprezę. Prawie nowe. Używane tylko przez osiem lat, więc już dobrze wypromowane. Jego historia sięga ubiegłego wieku, i zdolny marketingowiec wykorzystałby zapewne prawie dwudziestoletnią tradycję. Myślę, że Waldek Łysak - organizator pierwszego Ogólnopolskiego Konwentu Twórców Komiksu zgodziłby się odstąpić nazwę swojej imprezy za skrzynkę whiskacza... Takie miano chyba jest warte tej ceny.

Jeszcze kwestia nowego stowarzyszenia. Od kiedy Mamut próbował wciągnąć mnie na członka... Conturu, z pewną taką nieśmiałością podchodzę do wszystkich stowarzyszeń. Nie chcę nikogo obrażać, ale dla mnie trochę dziwnie brzmi agitacja w stylu: chcesz zagłosować, wstąp do stowarzyszenia; chcesz pomóc, zapisz się do PSK. Trąci to trochę nieco inną epoką. Nikt jeszcze nie przystawia pistoletu do głowy potencjalnym członkom, ale co będzie później? Już teraz ktoś, kto ma odmienne zdanie, jest deprecjonowany przez anonimowych zwolenników tej tajnej organizacji. Nigdzie bowiem nie można poznać składu osobowego tego ziomalskiego związku. A forum stowarzyszenia otwarte jest tylko dla członków. Być może, nagle okaże się, że jakaś impreza, spotkanie, atrakcja otwarta jest wyłącznie dla działaczy PSK. Nie zdziwiłbym się gdyby najbliższy, Międzynarodowy Festiwal Komiksu przejęli ludzie stowarzyszenia. To sprytnie działająca organizacja.

Na zakończenie kwiatek dotyczący KW, pochodzący z pewnego blogu: „... Dużo plusów. O minusach nie ma sensu pisać tutaj, lepiej rzeczowo w dyskusjach w gronie stowarzyszeniowym...”. Żeby Wam plusy nie przysłoniły minusów, towarzyszu (też cytat).