czwartek, 8 października 2015

ból

...Jest to element towarzyszący moim przygotowaniom, do każdej kolejnej edycji festiwalu. Z roku na rok, coraz większy. Chyba najtrudniejsza była dla mnie noc z piątku na sobotę. Potworne zmęczenie, i nieustanny ból wszystkich mięśni (nie wiedziałem, że mam ich tyle) nie pozwalał mi długo zasnąć. Wreszcie, po trzech godzinach zrezygnowałem. Wziąłem gorącą kąpiel... i pojechałem do Areny, aby dokończyć pracę przy słupach informacyjnych z tektury.

Na miejscu (o dziwo) była już ekipa wolontariuszy, pilnująca zamkniętych drzwi wejściowych do Atlas Areny. Do otwarcia imprezy dla wystawców pozostały trzy kwadranse. Pomyślałem więc, że znajdę wśród „odźwiernych” pomocników, do dokończenia mojej roboty. Jakże się myliłem. Kilka osób (chyba siedem), siedzących przy drzwiach, do których nawet nie miało klucza, oświadczyło zgodnym chórem: „Michał zabronił nam odchodzić od drzwi”. Moje stanowisko pracy znajdowało się kilkanaście metrów dalej, więc pozostaliby w kontakcie głosowym. Ale nie dyskutowałem, więc wolontariusze pilnowali zamkniętych drzwi nadal. Dopiero po chwili pojawiła się pomoc. Inny wolontariusz przyprowadził kogoś, kto czekał na kolejnego kogoś, i w ciągu kwadransa ostatni słup informacyjny był gotowy :)

Sobota upłynęła przy standardowym wysiłku. Niby niewielkim, ale jednak. Obsługiwałem własne stoisko. Nosiłem komiksy. Przypinałem plakaty. Rozmawiałem z klientami. Praktycznie, nie odchodziłem od kramu. Lecz obsługa stoiska przez cały dzień na stojąco (jakoś nie potrafię rozmawiać z klientami siedząc), odcisnęła piętno na moich kończynach dolnych :( Nic więc dziwnego, że nie miałem ochoty „bawić się” na afterparty. Noc, tym razem, upłynęła mniej boleśnie. Przespałem całe trzy godzinki i obudziłem się niemal tak rześki, jak skowronek :)

W niedzielę rano miałem nawet siłę, żeby obejść 400metrów strefy targowej. Po dziewiątej zacząłem zwykły grind z klientami. A o szóstej po południu to, co tygrysy nienawidzą najbardziej, demontaż stoiska. Dał mi on naprawdę w kość :( Z Areny wyjechałem koło dziesiątej. Dalej już nic nie pamiętam :)

W poniedziałek obudziłem się cały obolały. Choć w moim przypadku określenie to było raczej eufemizmem. Czułem się, jakby przejechała po mnie ciężarówka z Mad Maxa. Kilka razy :( Moje wszystkie stawy trzeszczały i chrupały, jakbym nie smarował ich od lat. A prawa noga była luźno przymocowana w kolanie taśmą klejącą podłej jakości. Przy każdym kroku powodowała rwący ból. Z konieczności więc ciągnąłem ją trochę za sobą :( O dziwo, jazda na rowerze nie powodowała żadnych dolegliwości. Częściej więc jeździłem niż chodziłem :)

Regeneracja konstrukcji Witka trwała trzy dni. Dzisiaj czuję się już prawie normalnie. Piszę w tym miejscu o swoich festiwalowych przejściach, nie po to aby wzbudzić współczucie, lecz uzmysłowić wszystkim ile wysiłku każdego organizatora wymaga przygotowanie i obsługa tak dużej imprezy. Oraz jakie koszty fizyczne za sobą niesie.

Żaden z organizatorów festiwalu nie ma wielkich szans, żeby poznać naocznie punkty programu, które sam przygotowuje. Pik i Kasia zdradzili mi kiedyś, że jeśli uda im się odwiedzić w czasie imprezy jakieś pojedyncze spotkanie z autorem, lub ciekawą prelekcję, są bardzo szczęśliwi. Większe szanse na obejrzenie festiwalowych atrakcji mają wolontariusze. Pod warunkiem, że znajdą zastępstwo na swoim stanowisku. Co nie jest zbyt trudne. Największe możliwości udziału w imprezie ma chyba Mamut. Może się mylę, ale jako dyrektor, nie ma nic innego do roboty, oprócz bawienia festiwalowych gości :)

Jednak impreza nie jest przygotowywana dla organizatorów, lecz uczestników przybywających do Łodzi z całego kraju, i ze świata. Chyba żadnego z nich nie obchodzi, ile wysiłku wymaga jej opracowanie. Ważne, żeby była przyjazna, i atrakcyjna dla gości, oraz przebiegała sprawnie.

Od wielu lat obserwuję festiwalowe zmagania organizacyjne. Wiele elementów, przygotowywanych co roku stwarza podobne problemy. Inne niezmiennie powodują chaos organizacyjny. Imprezie tej rangi ewidentnie brakuje osoby zarządzającej wszystkimi działaniami organizacyjnymi. Mającej pełną informację o wszystkich punktach festiwalu. Odpowiedzialnej i zdolnej podejmować ważne decyzje dotyczące działań, ludzi i finansów. Niby taką funkcję obecnie pełni Mamut, dyrektor festiwalu. Jednak jego świadomość jest zanadto oddalona od poszczególnych elementów imprezy. Dyrektor nie zna szczegółów, i możliwości ich realizacji. Natomiast wydawane przez niego rozkazy w stylu: „zrób to tak, bo się _urwię”, albo „_uj mnie obchodzi, jak to zrobisz”, nie sprzyjają efektywności przygotowań. Oczywiście, Mamut zawsze narzuca „własną” wizję imprezy. Chyba ma do tego prawo, ponieważ (z tego co wiem) głównie on, na przygotowanie kolejnego eventu, pozyskuje środki od sponsorów, i granty od instytucji. Jednak przepaść między jego „idealną wizją” festiwalu, a „szarą rzeczywistością” jest czasami ogromna.

Pik, dyrektor artystyczny, zajmuje się wyłącznie przygotowaniem programu imprezy. Tak więc wszelkie decyzje, problemy lub informacje dotyczące np. strefy targowej, czy Internetu, odrzuca na wstępie. Kasia i Ewa zajmują się dystrybucją informacji, kontaktem z mediami i sponsorami, a także opiekują się festiwalowymi gośćmi. Podobno, za strefę targową na o-ringu Atlas Areny odpowiedzialny jest Micheangelo. Jednak jego decyzyjność ograniczała się, w trakcie imprezy, do pacyfikowania „krnąbrnych” wystawców, i pomiatania wolontariuszami. W tym roku, z przyczyn rodzinnych, brał udział w przygotowaniach dopiero od czwartku. Przyznam szczerze, że lepiej mi się pracowało, kiedy go nie było. Napiszę o tym jeszcze.

Nową nadzieją dla organizatorów jest Tymek, który zajmował się w tym roku przygotowaniem różnych stref na płycie Atlas Areny. Debiutant okazał się przedsiębiorczym organizatorem. Nie bał się podejmować decyzji, również finansowych. I korzystał chętnie z rad starszych. Bez wątpienia, jest on doskonałym „materiałem” na dobrego organizatora :)

Jest jeszcze MrPączek, główny zarządca wolontariuszy. Jednak ze swoją funkcją, od kilku lat, daje sobie radę średnio. Jest natomiast ulubioną maskotką łódzkiej imprezy.

Każdy z organizatorów pozostawia corocznie „na placu boju” mnóstwo własnej energii. Nawet jeśli zamierzenia nie są w pełni osiągane, wysiłek zawsze pozostaje ogromny. Tradycyjny sposób organizacji festiwalu sprzyja marnotrawieniu dobrej energii. Dzięki niemu, najwięcej pracy jest tuż przed samą imprezą. Przy braku czasu, i możliwości niektóre punkty programu, nie mogą być należycie przygotowane. Zaczyna nimi „rządzić” prowizorka, największy wróg wszelkich eventów. Ale przecież wiele elementów imprezy można dopracować wcześniej. Zanim rozpocznie wirować „młyn organizacyjny”. Słupy informacyjne, które budowałem dzień przed imprezą, można wykonać lepiej, już dziś. Wszak usytuowanie sal prelekcyjnych nie zmieniło się od lat. Termin rezerwacji stoisk targowych dla stałych wystawców można ustalić wcześniej. Ułatwi to dopracowanie szczegółów, a ekspozycje będą ciekawsze. Zastosowanie internetowego formularza rezerwacji stoisk wyeliminuje chaos informacyjny. Organizatorom, przed kolejnym festiwalem, pracy na pewno nie zabraknie. Po co więc dokładać sobie zajęcia, które można wykonać wcześniej?