niedziela, 7 marca 2010

W pogoni za króliczkiem

Przygotowanie nowej antologii jest dla mnie niezwykłym wyzwaniem. Czymś pomiędzy wyprawą do tajemniczej, fascynującej krainy, a skokiem w bezdenną, mroczną otchłań pozbawioną punktów odniesienia. Poszukiwanie interesujących prac w sieci jest rzeczywiście pogonią za przysłowiowym króliczkiem. Pozornie łatwym w schwytaniu lecz ciągle niedostępnym. Pobudza we mnie instynkt łowcy, ale żaden nick nie wie jak ta zabawa się skończy.

Istnieją w Internecie portale na których swoją twórczość prezentują różni artyści. Z biegiem czasu, miejsca te jednak zostają zdominowane przez nieprzebrane rzesze domorosłych „rzemieślników”. Odszukanie więc wartościowych prac w tej nieprzebranej magmie grafomaństwa jest poważnym problemem.

W poszukiwaniach „złotego runa” pojawia się często dodatkowa przeszkoda. Świetni twórcy na równi z miernotą występują pod pseudonimami. Tak jakby wstydzili się swojej pracy. A może wstydzą się towarzystwa?

Jeśli już upatrzony autor ujawni swoje prawdziwe imię, to często blokuje możliwość bezpośredniego z nim kontaktu pocztą elektroniczną. Czasami odnalezienie adresu emaliowanego jest zadaniem dla prawdziwego detektywa. W jakim więc celu twórca publikuje swoje prace? Aby dowartościować swoje ego? Wszak uzyskuje natychmiast wyznawców bałwochwalczo hołdujących jego dziełom. Wielu nieśmiałych epigonów i setki poklepywaczy.

Niekiedy oglądając wnikliwie profil mistrza poznamy adres jego prywatnej strony w sieci lub osobistego bloga. Jednak nie znaczy to wcale, że dostąpimy zaszczytu „rozmowy” z twórcą. Natomiast będziemy mogli kontemplować prace i przemyślenia artysty w spokoju, bez uciążliwego sąsiedztwa tandety.

Jeśli oczywiście dana witryna pojawi się w oknie przeglądarki. Istnieje bowiem obecnie wśród artystów przedziwna moda na „fleszowanie” swojej sztuki. Tak, jakby w prościutkim HTML-u nie można było uzyskać efektów „artystycznych”. Największe i najmniejsze portale, w całej sieci, stosują w konstrukcji swoich stron prostą składnię tego hipertekstowego języka. Jest ona niezawodna i działa szybko, nawet na bardzo wolnych łączach. Natomiast twórcy preferują animacje, które miast wektorowej grafiki wykorzystują na dodatek rastrową. Wczytują się one długo i wymagają specjalnych programów, wtyczek. To prawda, że można w ten sposób szybko uatrakcyjnić wizualnie witrynę. Lecz równie sprawnie zniechęca się potencjalnych gości oczekiwaniem na doczytanie grafiki. Bowiem monitory mamy coraz większe, a odpowiednio duża animacja rastrowa pobierana z sieci wymaga dłuuużej cierpliwości. Dla posiadaczy wolnych łączy strony takie nie są w ogóle dostępne. Ale przecież, „dzicy” nie powinni tam zaglądać.

Nieustannie pojawiają się nowe wersje tej systemowej nakładki. Dają one zazwyczaj nowe możliwości i kolejną potrzebę uaktualnienia. A co by się stało, gdyby kolejne rozszerzenie było płatne? Wszak już teraz tworzenie stron we Fleszu (ang. flash) wymaga komercyjnego oprogramowania.

No i wisienka… Większość złośliwych reklam wykorzystuje również Flesza. Jest to szczególnie uciążliwe dla osób, które w Internecie odwiedzają wiele różnych stron. Dlatego ja Flesza w przeglądarce mam zawsze wyłączonego.

Drodzy autorzy. Nie obawiajcie się odkrycia swego prawdziwego ja. Niechaj prawdziwi miłośnicy dobrych komiksów odróżnią łatwo prace Wasze od otaczającej je nicości. Natomiast do budowy witryn używajcie prostych, bezpłatnych formularzy HTML-owych. Doprawdy, w języku tym ukrytych jest wiele możliwości.