września 13, 2025

Pasożyty kultury

Zawsze ogromne, negatywne wrażenie robiła na mnie nadbudowa każdej instytucji kultury, z którą miałem do czynienia. Rzesza szeregowych pracowników rozleniwionych codzienną bezczynnością (pracujących jedynie „od święta”). Obojętnych na wszelkie zadania zlecane przez kierownictwo (wystawy, eventy), które zdawkowo im się przydarzały. Bezmyślna garstka wydawało by się ułomnych pomocników, rządzona (a raczej utrzymywana w ryzach) przez równie nieudolnych, co leniwych nadzorców. Pasożyty kultury nie wnoszą żadnych wartości do niematerialnego dziedzictwa naszego kraju, a jedynie zarządzają twórczością innych. Lecz mimo to, cała kasta, z wyjątkową zapalczywością wysysa od lat „soki” z budżetu państwa, niemal nie oferując nic w zamian. Zazwyczaj jest również niesłychanie dumna z własnej, czysto pozorowanej aktywności. Tak jakby to właśnie oni tworzyli kulturę :(

Wielokrotnie zastanawiałem się, czy do krzewienia niematerialnych wartości w moim kraju niezbędne są nadal owe struktury leniwych sługusów. Trwoniące codziennie swój czas i cenne, publiczne środki w różnych instytucjach kultury, podczas symulowanej działalności. Niewątpliwie, owe niezbyt efektywne metody pracy, zostały odziedziczone po poprzednim systemie. W którym wszelkie zasoby kultury i sztuki wymagały reżimowego nadzoru. Aby „jedynie słuszna” partia mogła kontrolować myśli i czyny rodaków. Dlatego, do nadzoru nad kreowaniem artystycznych treści zatrudniano wtedy „odpowiednich” człowieków. Podobnie, jak to czynione było w wielu innych dziedzinach ówczesnego, socjalistycznego świata.

Jestem ciekaw, czy w bardziej cywilizowanych krainach, korzysta się również z podobnie chorych, ułomnych rozwiązań systemowych?.. Przecież upowszechnianiem kultury mogą zajmować się niezależne podmioty, tworzone w zależności od potrzeb. Jestem niemal pewien, że obrane cele byłyby wtedy realizowane bardziej skutecznie oraz zdecydowanie sprawniej niż obecnie. Tacy organizatorzy korzystaliby wyłącznie z pomocy fachowców i specjalistów. Nie zaś, zmuszali do wysiłku „darmowych” niewolników, którzy z reguły, niezbyt chętnie garną się do pracy. Nowe struktury byłyby zasilane energią oraz środkami miłośników oraz pasjonatów. Oczywiście zasoby ludzkie powinny być wspierane pomocą przyjaznych mecenasów (nawet tych państwowych). Wydaje mi się, że popularyzacją kultury nie powinny zajmować się wyłącznie instytucje, drenujące budżet państwa na udawane akcje. Mające na celu jedynie ciągłe uzasadnianie potrzeby własnego istnienia. A skrywające bezustannie permanentne nieróbstwo zatrudnionych orgów :(

Naturalnie zdaję sobie sprawę, że wielu twórcom niezbędna jest pomoc w promocji ich sztuki. Bowiem przeważnie funkcjonują oni we własnym, wyłącznie duchowym wymiarze rzeczywistości. Bardzo odmiennym, od zwykłej, przyziemnej wegetacji szarych obywateli. Ale czy do propagowania tak „świetlanej” misji konieczne są specjalne, nadmiernie rozbudowane struktury dyletantów, pożerające gigantyczne, publiczne środki?

Oczywiście artystom potrzebne są galerie. Odpowiednie areny, na których będą mogli prezentować własną twórczość. Chociaż w XXIwieku doskonałą sceną wydaje się być Internet. Jednak współcześni twórcy, to przeważnie tradycjonaliści. Dlatego do transferu myśli wymagają zawsze sporej przestrzeni fizycznej, zarezerwowanej wyłącznie dla nich. Realnych obiektów (galerii, gmachów, instytucji), które znacznie wzmacniają prestiż każdego eventu. Niezbędne jest również spore audytorium dla pochlebców (prawdziwych lub fałszywych) entuzjastycznie honorujących twórczość „mistrza”. W przeciwnym wypadku artyści nie czują się spełnieni :(

Dlatego odziedziczony po „czasach komuny” system wymusza powstawanie specjalnych budowli (lub adaptację istniejących), w których będzie się tlił płomyk kultury. Owe instytucje, w celu pełnienia „misji”, zatrudniają odpowiednich pomocników, których statutowym zadaniem jest podtrzymywanie „artystycznego ognia”. Ale niestety, tak jest tylko „na papierze”. Zazwyczaj praca w „fabryce kultury” nie wymaga od człowieka posiadania zbyt wielu zdolności (ani przedsiębiorczości). Lecz zatrudnienie w tych enklawach znajdują przeważnie ludzie z wykształceniem wyższym. Przecież państwo musi zaopiekować się niedojdami życiowymi „maszynowo” kończącymi studia, po których nie wiedzą co ze sobą zrobić :( Dlatego w różnych instytucjach kultury powstają etaty dla ludzi „światłych”, potencjalnie zdolnych (czasami nawet inteligentnych :) Ale zazwyczaj niesłychanie leniwych i sfrustrowanych brakiem zajęcia w ich „fachu”. Zainteresowanych innymi dziedzinami życia, niż oferowana funkcja. Człowieków, którzy w realnym świecie sprawdzają się jedynie podczas niezbyt wymagających czynności. Jak zwykli „robole” :( Naturalnie, każda szanująca się placówka kultury dba o to, aby jej pensjonariusze zanadto się nie nudzili. W tym celu jej kierownictwo kreuje często wydumane zadania, które służą jedynie bezproduktywnemu wypełnianiu czasu pracy. Lecz wymagania stawiane wykształconym pracobiorcom nigdy nie są zbyt wygórowane...

Właśnie w takich miejscach odnajdują swoją niszę pasożyty kultury. Osoby przeważnie legitymujące się iluzoryczną wiedzą w temacie oraz pozornymi zdolnościami :( Zatrudnienie w „enklawach kultury” znajdują często dzięki znajomościom. Bowiem tak lekka, niezbyt trudna praca jest marzeniem wielu leniwych wykształciuchów :) Kolejka chętnych jest więc długa, a ilość atrakcyjnych „stołków” niezbyt liczna :(

Kilkakrotnie byłem świadkiem wyjątkowej, wręcz „rodzinnej” atmosfery panującej w biurze festiwalowych orgów. Jestem ciekaw, czy w innych sferach kultury można spotkać więcej takich nisz (jak komiksowa), w których ministerialni decydenci nie mają ekspertów, będących w stanie ocenić profesjonalizm ludzi zatrudnianych w tego typu instytucjach? A może, dla rządzących ważniejszy, od efektywności działań artystycznych „kreatorów kultury”, jest wpływ na samą placówkę. Możliwość osadzenia w niej własnych, zaufanych ludzi :(

Moje opinie dotyczące rodzimych „fabryk kultury” ukształtowane zostały przez obserwacje aktywności pracowników różnych „podmiotów krzewiących”. Największe „doświadczenie” zdobyłem w kontaktach z Łódzkim Domem Kultury. Z którą to instytucją współpracowałem (jako „wolny strzelec”) przez kilkanaście lat. Wiele miesięcy przed każdym eventem musiałem osobiście doglądać działań organizacyjnych (czasami odwiedzając biuro orgów parę razy w tygodniu), bowiem pracownicy domu kultury niezmiernie rzadko przejawiali własną inicjatywę... Komórką eŁDeKu sprawującą „opiekę” nad konwentem komiksowym rządził wtedy Sobieraj (kierownik działu). Mimo iż obrazkowy event, po zaledwie kilku latach, okazał się największą imprezą goszczącą w tym gmachu, Sobieraj zawsze traktował konwent, jak inne aktywności społeczne przygarnięte przez tego „mecenasa”. Tak samo, jak inicjatywy w rodzaju: spotkań różnych klubowiczów (seniorów, kombatantów, miłośników kwiatów, itp.), giełdy staroci, czy wystawy kaktusów (?!). Działo się tak, ponieważ kierownik eŁDeKu był rozliczany (przez dyrekcję) wyłącznie z ilości eventów, nie zaś z efektów ich społecznego oddziaływania, lub popularności wśród odwiedzających. Nic więc dziwnego, że Sobieraj preferował bardziej kameralne spotkania. Z większymi imprezami zawsze wiązały się dodatkowe kłopoty... Gdyby nie pomoc zewnętrzna różnych pasjonatów (w tym moja), event komiksowy dawno przestałby istnieć :( Onegdaj, między innymi z podobnej przyczyny, „uciekł” z eŁDeKu ważny, prestiżowy festiwal „Człowiek w zagrożeniu” (prezentujący niezależne, zaangażowane filmy o tematyce społecznej). Po prostu, jego organizacja stwarzała kierownikowi zbyt wiele problemów :( Sobierajowi, od pewnego czasu (sukcesu Festiwalu Komiksu), towarzyszyły dwie asystentki (sekretarki?). Dzięki obrazkowej imprezie chyba awansował w hierarchii urzędniczej ;) Podwładne kierownika przeważnie nudziły się w pracy. Bowiem w codziennej egzystencji, w murach domu kultury, wyzwań było raczej niewiele. Jedna z nich (ta bardziej aktywna), przeważnie spędzała długie godziny „aktualizując wieści” w innych działach. Natomiast druga, bardziej „uduchowiona” (flegmatyczna) asystentka kierownika, kiedy odwiedzałem biuro, często zajęta była wnikliwym lustrowaniem prasy kobiecej. Przecież musiała jakoś zabić czas do „magicznej godziny” szesnastej ;) Ale pewnego roku, przed samym festiwalem komiksu (w czasie, gdy pracy było zawsze najwięcej), sekretarka zrobiła sobie „urlop zdrowotny”... Taki był stosunek do wszelkiej aktywności wielu pensjonariuszy domu kultury :(

Wśród pracowników domu kultury (dowolnego szczebla) był ciągle obecny lęk przed każdą nowością. Asystentki Sobieraja przez długi czas bały się dotykać komputera, który znajdował się w pokoju. Chętniej korzystały z faksu, niż maila (bo zadanie wykonywał ktoś inny). Naturalnie nie wszyscy rezydenci eŁDeKu lękali się nowej technologii. Kiedy na przykład odwiedzałem redakcję „Kalejdoskopu”, częściej na ekranie monitora widywałem otwartego pasjansa, niż efekt składu kolejnego numeru miesięcznika :( W pozostałych działach instytucji bywało podobnie. Zatrudnione w gmachu człowieki musiały samodzielnie znaleźć sposób na radzenie sobie z nudą dnia powszedniego :) Jednak nigdy, przez wszystkie lata współpracy z tą instytucją, nie mogłem zrozumieć licznych animozji, które poważnie wpływały na kontakty oraz efektywność pracowników różnych komórek domu kultury. Nic więc dziwnego, że w trakcie przygotowań do kolejnego konwentu, dziwne interakcje personelu eŁDeKu stwarzały dodatkowe komplikacje organizacyjne. Pisałem o tym w „13lat prowizorki”…

Być może owe chorobliwe, czasami wrogie metody konfrontacji współpracowników, „osobliwie kreatywne” użycie środków przez „sługi kultury”, były również sposobami na zwalczenie nudy, związanej z niezbyt wyszukaną aktywnością? Próbą zaistnienia w otaczającej rzeczywistości inteligentnych osób, na własnych warunkach... Zazwyczaj dowolne sukcesy, w realizacji powierzanych zadań, nie miały wpływu na stałe wynagrodzenie z państwowej kasy. Nie było więc powodu, dla którego szeregowi „kulturokraci” musieli specjalnie starać się podczas tworzenia nowego eventu :(

Do realizacji każdej imprezy, niezbędne są odpowiednie obiekty oraz właściwi ludzie. Orgowie, którzy przygotują event oraz dopilnują wszystkich punktów programu. Miejsca akcji można wynająć, albo zaprosić do współpracy trwałe podmioty struktury miejskiej, jak galerie, muzea czy dworce (a nawet domy kultury :) Dobrych organizatorów, którzy mają doświadczenie w opracowaniu imprez, można również nająć. W gospodarce rynkowej istnieją już firmy, które zajmują się realizacją różnych eventów. Ich praca, mimo iż dość kosztowna, będzie na pewno bardziej efektywna, niż zatrudnianie „darmowych” entuzjastów, zasilanych zupełnie „zielonymi” wolontariuszami (niewolnikami z wyboru). Jestem pewien, że zawodowcy poradzą sobie lepiej podczas organizacji konwentu, niźli etatowe nieroby na państwowym garnuszku. Przecież obecni orgowie również od lat, wielokrotnie zatrudniali specjalistów, jako podwykonawców Festiwalu Komiksu i grania. Począwszy od ludzi do nagłośnienia punktów eventu, poprzez firmy od zabudowy strefy targowej, na organizacji całego turnieju gier (przez ESL) kończąc. Skoro już od dawna, do stworzenia kolejnego konwentu, zatrudnia się profesjonalistów, a większość atrakcji programu imprezy realizują podmioty zewnętrzne (entuzjaści albo „wolni strzelcy”), do czego więc potrzebne są pasożyty kultury, które przez cały rok pożerają środki z naszych podatków?!

Niewątpliwie dla mnie, takim pasożytem jest Mamut :) Zazwyczaj, w trakcie przygotowań, wielki nieobecny. Ale podczas festiwalu oraz innych oficjalnych uroczystości, staje się ekspertem od nachalnego brylowania oraz „prezentowania” wyłącznie własnej osoby. Koniecznie musi zaistnieć w mediach. Pokazać światu, że nadzorca jest kimś ważnym... Zabawne, że podczas imprezy w Atlas Arenie, dyrektor festiwalu zajmuje „kanciapę” w podziemiach obiektu, gdzie nie ma zasięgu komórkowego (?!). Nie można więc z nim się skontaktować... Kiedy jeszcze odwiedzałem kolejne, różne biura orgów, rzadko mogłem Mamuta zastać. Obojętnie, czy to było w eŁDeKu, Domu Literatury, Centrum Komiksu (na Piotrkowskiej), czy nawet w EC1. Zwierzak bez wątpienia lubił działać „w terenie” :) Przeważnie przed festiwalem niewiele robił (oprócz wrażenia). Niekiedy miewał jakieś własne, karkołomne pomysły. Lecz jego zdolności nigdy nie dorównywały zamierzeniom. Tak było w przypadku grafik, czy wyśmiewanych przez fanów komiksu plakatów festiwalowych (które niestety zostały wykonane za „ciężkie pieniądze”). Dlatego realizację wszelkich projektów Mamut najczęściej zlecał innym. Często jednak, starał się przynajmniej stwarzać pozory zaangażowania. Toteż postronnemu obserwatorowi mogło się zdawać, że zwierzak ciągle jest intensywnie zajęty działaniami organizacyjnymi. Niestety, zazwyczaj bywało wręcz odwrotnie. Jeżeli starał się pomagać przy dowolnym projekcie, to bardziej przeszkadzał, niż czynił postęp. Pozostali orgowie traktowali go raczej, jak zło konieczne. Niekiedy powód do żartów. Najczęściej jednak, wyłącznie jako osobliwą tarczę ochronną. Był przecież ich kierownikiem. Łasym sukcesów, ale odpowiedzialnym za błędy całego zespołu... Zwierzak otaczał się wyłącznie ludźmi o niezbyt wygórowanej ambicji. Byli to przeważnie dość tchórzliwi oportuniści. Potrzebowali więc do komfortu funkcjonowania swoistego, niezbyt lotnego „piorunochronu”, w którego cieniu mogli skryć własne wpadki, lub niedociągnięcia.

W ten oto sposób Mamut stał się twarzą łódzkiego Festiwalu Komiksu :( W „doborowym towarzystwie” niewiele musiał robić. Przeważnie stwarzał jedynie wrażenie, iż dokonuje spektakularnych czynów na niwie komiksowej... Typowy Dyzma. Pozorant całkowicie zbędny podczas realizacji dowolnego celu. Systemowy wykształciuch z dyplomem, po studiach, które nie zapewniły mu wiedzy niezbędnej, aby dość tępy mózg potrafił użyć jej w przyszłości... Zbyt kiepski żeby zawodowo pracować reklamie, która to aktywność wymagała od „szczurów” sporej dozy kreatywności... Zbyt leniwy aby rysować, tworząc własną ścieżkę kariery artystycznej... Zbyt głupi, aby dzielić się posiadaną, znikomą wiedzą, jako edukator... Jednocześnie zwierzak był zanadto ambitny, aby nadal pozostawać nikim w środowisku. Jak to miało miejsce w pierwszych latach łódzkiego konwentu komiksowego. Nic więc dziwnego, że kiedy nadarzyła się okazja, chętnie porzucił intratne, lecz trudne do utrzymania stanowisko w stołecznej reklamie, aby zawłaszczyć niezbyt wymagające „krzesło” kierownika w prowincjonalnym domu kultury, którego nikt rozsądny nie chciał zająć. Tutaj z łatwością mógł udawać, że jest kimś i bez stresu „serfować” w przyszłość. Przy milczącej akceptacji obojętnego środowiska. Tak oto Mamut został „piorunochronem” (być może niezbyt świadomie :) Coś za coś...

Mijają lata, a zwierzak nadal pełni rolę pastucha w stajni Centrum Komiksu, bo nadal nie ma chętnych aby usunąć go ze stołka... Taką karierę cwana miernota może chyba zrobić tylko w naszym pięknym kraju :(

O problemach organizacyjnych festiwalu, wynikających z „pomocy” Mamuta, pisałem już w „13lat prowizorki”. Kilka lat temu ja również pomogłem zwierzakowi w przygotowaniu prezentacji wystawy Tytusa, Romka i A'Tomka dla wrocławskiego magistratu. Wziąłem też udział w przedstawieniu projektu zleceniodawcy. Podczas spotkania uderzył mnie fakt, że dyrektor łódzkiego festiwalu nie potrafił w zrozumiały sposób przedstawić całego zamierzenia, które przecież firmował własną osobą. Ale on zawsze, niemal w każdej (nawet najdrobniejszej) sprawie, wysługiwał się pomocnikami. Jak więc miał nabrać doświadczenia w rozmowach ze sponsorami? Nie przeszkodziło mu to jednak zażądać dość wygórowanej kwoty za realizację projektu. Nic więc dziwnego, że wystawa TRiA nie pojawiła się w pierwotnej formie, czasie, ani lokalizacji. Lecz jej nędzne skrawki pokazano na łódzkim festiwalu. Mamut więc zyskał plusa :( Kiedyś wyjątkowo uczestniczyłem w festiwalowej gali. Bardzo zniesmaczyło mnie wtedy radosne stwierdzenie ze sceny, ówczesnego prezydenta Łodzi, że „Adam... jest najlepszym organizatorem”. Pikanterii wypowiedzi polityka dodawał fakt, iż obaj bohaterowie, kilka tygodni wcześniej, walczyli brutalnie w mediach (niemal „na noże”) o łódzką Paradę Wolności, której zwierzak był niechlubnym organizatorem... Dyrektor festiwalu komiksu zawsze starał się wkradać w łaski polityków (dowolnej opcji). Świadczy to niewątpliwie o jego pierwotnym sprycie oraz szczególnym wyrachowaniu. A może romanse z władzą były sposobem na utrzymanie „stołka” w instytucji kultury... Być może więc mylę się i rzeczywiście zwierzak jest „najlepszym organizatorem” ;) Napisałem o nim więcej w tekście: Mamut humanum est :)

Skoro nadzorca przeważnie jest nieobecny, ktoś w ekipie konwentowych orgów musi wykonywać „czarną robotę”. Potrzebni są więc ludzie zarządzający poszczególnymi detalami eventu. Nawet, jeśli robią to nieudolnie. Bez przekonania. Raczej z przymusu, niż obowiązku :( Niezbędne są osoby pilnujące realizacji kolejnych punktów programu imprezy. Ale również dbające o promocję festiwalu, jego atrakcji oraz obsługę zaproszonych gości. Kiedyś robiłem to wszystko niemal samodzielnie. Lecz impreza w przeciągu lat znacznie się rozrosła i być może obecnie niezbędna jest znacznie większa liczba opiekunów... Jednak niemal przez cały, poprzedzający rok mają oni niewiele pracy. Chyba więc nie ma potrzeby zatrudniać na etatach tak licznej grupy pasożytów kultury. Zwłaszcza, że większość atrakcji festiwalu (wystawy, prelekcje, strefę targową, cosplay, czy turnieje growe) zawsze realizują okazjonalni podwykonawcy. Podczas tworzenia każdego eventu niezbędna jest dobra organizacja pracy. Której niestety przeważnie brakuje obecnym orgom. Najdziwniejsze jest, że skoro ta sama ekipa robi konwent od dwóch dekad, inteligentne człowieki powinny się czegoś nauczyć. Ale widocznie, nudząc się przez rok cały, organizatorzy festiwalu zapominają sprawdzone schematy pracy :( Jak wspominałem, w międzyczasie łódzka impreza znacznie się rozrosła. Lecz w kolejnych latach ubywało w programie bardziej spektakularnych punktów. Wymagających większej atencji ze strony organizatorów (jak sympozjum komiksologiczne, czy konkurs na „krótką formę...” i związany z nim katalog). „Ciężkiej” pracy ubywało, lecz ilość etatów w biurze nie malała wcale... Z pierwotnych atrakcji imprezy pozostał tylko jeden masywny „filar”. „Jarmark komiksowy”, którego ongiś byłem twórcą i przez kilka dekad organizatorem. A który obecnym orgom służy jedynie, jako parawan uzasadniający istnienie tak licznej grupy darmozjadów :( Pozwolę sobie przypomnieć, że od połowy lat .90 (do 2003roku), opiekę nad całym festiwalem roztaczałem niemalże w pojedynkę. Nie będąc etatowym pracownikiem żadnej instytucji kultury. Natomiast pomoc, ze strony środowiska, była przeważnie nieliczna i raczej bardzo skromna... Naturalnie pisałem już o tym w „13lat prowizorki” :)

Prawą ręką Mamuta wśród festiwalowych orgów jest Pik. Znany też w niektórych kręgach, jako Jualari. Osobnik bez wątpienia kulturalny i niewątpliwie inteligentny. A nawet czasami pracowity ;) Zupełne przeciwieństwo zwierzaka :) Kiedy w 2004roku „opiekun” konwentu z eŁDeKu odchodził na emeryturę myślałem nawet, że Piotr przejmie jego funkcję i zostanie dyrektorem festiwalu... Zupełnie mi to nie przeszkadzało, ponieważ z bystrymi ludźmi zawsze potrafiłem się dobrze porozumieć. Jednak Pik nie objął prestiżowego stanowiska. Zapewne odstraszyła go znaczna odpowiedzialność, związana z nową funkcją... W czasach, gdy organizowałem w Łódzkim Domu Kultury różne komiksowe eventy (do 2003roku), Piotr bywał pomocny. Może niezbyt nachalnie, ale na pewno zauważalnie :) Pracował wtedy (chyba jako dziennikarz) w jednej z łódzkich gazet. A może był wolnym strzelcem?.. Kiedy inteligent stchórzył (w niezbyt ładnym stylu), dyrektorski stołek zajął Mamut. Natomiast Pik, chcąc nie chcąc, został jego niewolnikiem :( W zastępstwie „szefa” przygotowywał poszczególne punkty programu każdej kolejnej imprezy. Zajmował się też całą „sferą biurokratyczną” eventu (ale chyba wspomagała go Kasia :) Spośród całego grona nowego „dyrektoriatu” Jualari interesował się komiksem nieco bardziej. I choć nie była to jego główna pasja, pielęgnował ją przez lata starannie... Wcześniej, jako współorganizator Festiwalu Komiksu zasłynął jedynie stworzeniem okolicznościowej „gazetki”. Pierwsza „eMeFKa News” ukazała się 2002roku. Czterostronicowa, kserowana ulotka w formacie A4 przypominała raczej informator ze średnio aktualnymi wieściami oraz sporą ilością przaśnych obrazków (rysowanych przeważnie „na kolanie”), niż jakąkolwiek gazetę. W niczym nie przypominała mojego „Świata Komiksu”, który robiłem na komiksowe imprezy w połowie lat .90. Zresztą sam autor eMeFKi raczył ten fakt zauważyć, we wstępniaku do pierwszego numeru ulotki. Początkowo, dla niesamowicie licznego (jak na efekty pracy) grona redakcyjnego, była to zabawa z użyciem plebejskiego humoru, nożyczek i kleju. Jednak z czasem „gazetka” stała się kolejną fasadą legitymizującą rzekomo tytaniczną pracę nowych, festiwalowych orgów :( Ale już od kolejnego roku na łamach ulotki pojawiło się miejsce dla sponsorów łódzkiej imprezy. Czyżby więc miała spełniać efekt marketingowy? Chyba nie. Przy tak słabym rozpowszechnianiu, na mecenasach wywierała raczej tylko efekt psychologiczny... Natomiast podkreślanie „ogromnego” wysiłku orgów, podczas składu tej „wiekopomnej” publikacji, było przez lata głównym motywem wiążącym konwentowe wieści. W nielicznych, skromnych tekstach ukazujących się na kartkach eMeFKi dominowało żenujące jojczenie, ile pracy musieli włożyć redaktorzy w stworzenie kolejnego numeru. Jak wiele nieprzespanych nocy kosztowało ich owe „poświęcenie” ;) Zachowywali się tak, jakby informacje w ulotce (średnio aktualne) były nagłym objawieniem i nie można było większości materiału przygotować wcześniej. Nie zaś, koniecznie w nocy, przed samą imprezą... Nakład eMeFKi kserowanej o brzasku zawsze był znikomy (w stosunku do liczby odwiedzających event gości). Nic więc dziwnego, że „periodyk” znikał niezwykle szybko. Dlatego niewielu uczestników festiwalu miało szansę zauważyć tak „zacną” inicjatywę. Skutkiem tego, zagrożony był mit „ciężkiej pracy” konwentowych orgów, w świadomości ogółu środowiska :( Lecz przydupasy Mamuta znalazły sposób, aby podtrzymać i wzmocnić kolejną fasadę. Z inicjatywy Centrum Komiksu, a firmowane przez Contur, powstało specjalne wydawnictwo zawierające pomniejszone, archiwalne edycje dziwacznej „gazetki” (papier jest cierpliwy). Egzemplarze „eMeFKa News - komplet 2002-2015” zostały wydane drukiem, w nakładzie który chyba przewyższał wszystkie poprzednie, pojedyncze edycje ulotki Piotra. Książka ponadto była zszywana w drukarni... Ta wyjątkowa procedura drukarska stosowana jest dość rzadko (ze względu na koszty). Tylko w przypadku specjalnych, trwałych publikacji... Lecz pieniądze nie grają roli, jeśli liczy się sława oraz utrwalenie „wiekopomnych” czynów dla potomności :) Wątpliwa spuścizna redaktora została więc skutecznie przekazana przyszłym pokoleniom miłośników imprez komiksowych :) Najważniejsze jednak było, że ów tomik, we właściwy sobie sposób, dokumentował pozory aktywności całej ekipy nowych orgów, pod rządami Mamuta. Bez wątpienia, owa „cenna” publikacja znalazła honorowe miejsce (w specjalnej gablocie) w Centrum Komiksu i TePe :)

W porównaniu z dokonaniami zwierzaka Pik, od pierwszych lat ery Mamuta, był nad wyraz aktywny w środowisku. Często wyjeżdżał na różne „delegacje” krajowe i zagraniczne. Robił to „służbowo”, ale chyba też prywatnie. Jednak z reguły jego wyprawy nie przynosiły większych korzyści (ani dla festiwalu, ani dla rodzimego, komiksowego światka). Chociaż sporadyczne sukcesy musiały być zawsze odpowiednio opisane oraz właściwie „rozdmuchane”. Najczęściej cokolwiek na wycieczkach zyskiwali jedynie członkowie dyrektoriatu. Albo zaprzyjaźnieni, bezwolni wyznawcy zwierzaka... Jualari prywatnie jest również twórcą wielu komiksowych inicjatyw. Różnych trwałych publikacji (a nawet komiksów) oraz artykułów prasowych. Stale współpracuje z miesięcznikiem kulturalnym „Kalejdoskop”, który chyba nadal ma siedzibę w eŁDeKu. „Regularnie prowadzi warsztaty komiksowe w placówkach oświatowych i kulturalnych oraz powoływany jest (raczej sam się powołuje :) do składów jury konkursów poświęconych komiksowi”. Zacytowałem fragment auto-laurki z jego bloga... Swoją obrotnością Pik często chwali się w „socialach” :) Chyba jednak redaktor nie udziela się „pro bono”. Wątpię także, aby owe liczne aktywności realizował wyłącznie w zaciszu domowym. Po ośmiu godzinach „ciężkiej”, nudnej i niezbyt efektywnej pracy na etacie. Trzeba sobie przecież jakoś dorabiać do „chudej” pensji. Jeśli oczywiście nadarzają się ku temu możliwości ;) Zdobywanie dodatkowych środków (poza pensją) „bokami”, w godzinach pracy, to narodowa (świecka) tradycja ;) Powstała jeszcze w czasach „komuny” i nadal jest kultywowana w trakcie odbębniania niezbyt zajmujących, państwowych posad :) Ciekawe jest jednak, jakie zdanie posiada, w temacie „twórczego” wykorzystania opłaconego czasu pracy, pracodawca Piotra?.. Kiedy pewnego razu miałem podpisać umowę z EC1 - miastem kultury (w sprawie organizacji strefy targowej festiwalu), treść dokumentu nieco mnie zmroziła. Wynikało z niego, że chlebodawca przejmuje wszelkie prawa własności do wszystkich efektów mojej eventowej aktywności :( Ciekawi mnie, czy w przypadku Piotra stosowane są podobnie surowe reguły? Czy nominalny pracodawca redaktora świadom jest aktywności skrywanej pod „płaszczykiem” etatu? A może o wszystkim wie i wyraził zgodę na bardziej efektywne wykorzystanie czasu pracy? Albo dostaje „dolę” ;)

Jedną z ostatnich inicjatyw Jualariego na niwie komiksowej było chyba tworzenie Leksykonu Komiksu Łódzkiego. Raczej nie śledzę poczynań członków nowego dyrektoriatu. Dlatego o zacnej inicjatywie dowiedziałem się, kiedy Piotr osobiście (mailem ;) poprosił mnie, abym zredagował wpis własny (?!). Oczywiście ceniony redaktor nie zamierzał realizować słownika z potrzeby serca, a tym bardziej za darmo. Środki na ten cel uzyskał naturalnie bez problemu z budżetu państwa (nie po raz pierwszy zresztą). Pochwalił się tym faktem na blogu... Podejrzewam, że wszyscy orgowie zatrudnieni oficjalnie (na etacie) w biurze festiwalowym, albo Centrum Komiksu posiadają jakieś „boki”. Sposoby na dorobienie do państwowej pensji. Mają przecież do dyspozycji mnóstwo wolnego czasu. I raczej nie wstydzą się kultywowania naszej narodowej tradycji ;)

Dojeniem ślepego, państwowego mecenasa kultury zajmują się również pasożyty spoza „dyrektoriatu”. Czasami możliwość zyskują tylko po znajomości z członkami „bractwa”. Innym razem przywilej jest formą nagrody za służalczą współpracę. Bardziej spolegliwych wyznawców nagradza się prowadzeniem różnego rodzaju prelekcji, warsztatów… albo oprowadzeń kuratorskich ;) Na tych spotkaniach chyba najbardziej cierpią przypadkowi słuchacze, a na pewno „więźniowie” wycieczek szkolnych. Bowiem nikt nigdy nie sprawdza znajomości tematu u prelegenta. Bo niby kto ma to czynić?! Okazjonalne wystawy są nagrodą wyłącznie dla lubianych przez centrum artystów. Czasami dyrektoriat nagradza wybranych umieszczeniem na liście płac eventowych orgów. Obojętnie, jaką aktywność by preferowali. Kreatywnie przygotowany kosztorys zawsze znajdzie im odpowiednią. Najbardziej zasłużonym wyznawcom oferowany jest udział w zagranicznych wojażach… Oczywiście, wszystko na koszt państwa :(

Kiedyś na biurku Piotra zauważyłem przypadkowo kosztorys kolejnego festiwalu. Ciekawa była dysproporcja między honorarium dla mnie (za przygotowanie całej strefy targowej), a zapłaty dla fotografa (prywatnie, kolegi Jualariego), który robił fotki w trakcie imprezy. Moje zaangażowanie w pracę: konsultacje z wystawcami, orgami, firmą od zabudowy targowej oraz tworzenie planów strefy w obiektach Atlas Areny, a także opracowanie materiałów reklamowych, trwało niemal trzy miesiące. Natomiast fotograf, za kilka godzin banalnego „pstrykania” otrzymał trzykrotnie wyższą gażę :(

Pik udziela się również intensywnie, jako scenarzysta komiksowy. Chyba najbardziej znany jest jego cykl historyjek w rodzaju „głupi i głupszy”. Według mnie, komiksy te są raczej kiepskie. Ale podobno przeznaczone są „dla dzieci” (pisałem już o nadużywaniu tego „wytrychu”). Naiwne opowiastki Piotra ilustrują przeważnie obrazki znanego grafomana komiksowego... Moim zdaniem autor, który od lat drapie rysunki niezmiennie, niemal kompulsywnie, na poziomie „zeszytów gimnazjalnych”, jest ze wszech miar godzien tytułu grafomana. Ćwierć wieku temu, nagrodzeni wówczas w konkursie „Łowcy skór”, byli ciekawą nowinką na rodzimym, skromnym poletku komiksowym. Jednak od tamtego czasu rysownik nie posunął się w rozwoju, ani na krok :( Widocznie doskonałości nie można już ulepszyć ;) Spółka autorska (Pik i Robi) stworzyła niegdyś skromną broszurkę do nauki rysowania komisów (która oczywiście została wydana za festiwalowe pieniądze). Jednak obawiam się, czy grafik opanował w pełni zasady kompozycji? Czy jest dla niego zrozumiałe pojęcie narracji sekwencyjnej?.. Nie przeszkodziło mu to jednak w przygotowaniu, wraz z Piotrem, dwóch książek o komiksowej alchemii (?!). Żadnej z tych publikacji nie widziałem, więc nie mogę ich docenić ;) Ale podejrzewam… jaki kraj, taka alchemia :) Nie muszę chyba dodawać, że Robi (mimo swojej wiedzy) prowadził również warsztaty w łódzkim Centrum Komiksu. To było oczywiste.

Jak widać, niektóre pasożyty kultury działają bardzo aktywnie na niwie komiksowej. Szkoda tylko, że podobnych efektów nie można dostrzec w trakcie festiwalu, który przecież robiony jest za nasze pieniądze :(

Tekst został napisany człowiekiem. Obrazek stworzyła SI
(z niewielką pomocą Witka :).

Zrób sobie festiwal

Legenda o złym Witku
- wstęp do nowej historii Festiwalu Komiksu w Łodzi
Nisza w niszy
- opowieść o miejscu bardzo przyjaznym organizatorom
Milczenie owiec (a raczej baranów)
- historia pewnego, tajemniczego spotkania
W krainie ślepców...
- poznajemy skład pierwszego dyrektoriatu
Komiksowa agencja wycieczkowa
- ciekawe podróże dyrektoriatu na sam kraniec świata
Wystarczy być...
- co należy robić, aby trwać na cieplutkim stołku
Wystawy...
- przeróżne wystawy oraz ekspozycje z festiwalem związane
Vox populi
- głos ludu stowarzyszonego oraz obcego
Dyrekcja cyrku w budowie
- odyseja ekipy orgów po ciekawych miejscach Łodzi
Orgi oraz woły
- o tych, którzy pomagają oraz takich, co tylko udają
Inwazja autografożerców
- plaga równie żarłoczna co agresywna, niczym szarańcza
Wartość dodana
- jak z niczego stworzyć coś wartościowego?
Przypadek Klossa
- niemoralna propozycja, przyjęta przez zwierzaka bez żadnej refleksji :(
manga
- komiks, albo przebieranka... wybór należy do Ciebie :)
...dla dzieci
- czy twórczość dla dzieci rzeczywiście musi być gorsza?
Centrum Komiksu i TePe
- nowa instytucja, czy kolejna fasada?
Pasożyty kultury
- jak to możliwe, że tak wielu zdziałało, przez dekady, tak niewiele?
ciąg dalszy nastąpi...

maja 24, 2025

Centrum Komiksu i TePe

...Ze względów zdrowotnych musiałem na jakiś czas przerwać zapisywanie moich festiwalowych wspomnień. Bowiem ciągłe przypominanie licznych wybryków oraz niekompetencji przydupasów Mamuta nie należało do przyjemności i mogło zakończyć się dla mnie utonięciem w bezmiarze frustracji. Jednak poczucie obowiązku oraz odpowiedzialność pierwszego organizatora zmusza mnie do dalszego przypominania historii łódzkiego Festiwalu Komiksu. Ponieważ nikt inny ze środowiska dotąd rzetelnie tego nie uczynił. Zapewne też, równie starannie, żaden kronikarz nie opowie dziejów łódzkiej imprezy w przyszłości :(

Centrum Komiksu, niczym kosmiczna czarna dziura, pochłania wszelkie nadzieje twórców i miłośników komiksu...

Prawie dwa lata temu, w ramach projektu przekształcenia terenu starej, łódzkiej elektrociepłowni (z początku XXwieku) w przestrzeń użyteczności publicznej (o szumnej nazwie: EC1 Łódź - Miasto Kultury), powstało Centrum Komiksu (i TePe). Obiekt zaistniał w przestrzeni miejskiej (jak i całe „miasto kultury”), dzięki znacznemu wsparciu funduszy europejskich. Fakt ten bezspornie wywarł znaczący wpływ na dalszą działalność instytucji... Oczywiście nie mam wątpliwości, że obrazkowe centrum zostało wyżebrane od magistratu namolnymi prośbami ekipy Mamuta. Jestem jednak pewien, iż używali oni argumentów oraz sukcesów osiągniętych ciężką pracą ludzi, którzy wcześniej tworzyli zarówno konwent komiksowy, jak i zręby nowego środowiska twórczego dziewiątej sztuki. Lecz pierwotni działacze, na niwie komiksowo-eventowej, zostali szybko „zapomniani” przez aktualnych, cwanych orgów. Stało się to natychmiast, po zawłaszczeniu przez zwierzaka całego festiwalu :( Atoli, nawet dla niezbyt lotnych obserwatorów rodzimej rzeczywistości, nie było nic dziwnego w tym, iż wykorzystaniem licznych możliwości (a zwłaszcza profitów) związanych z Centrum Komiksu zajęła się wyłącznie grupka pasożytów kultury, która z czynnym propagowaniem tego gatunku sztuki nigdy nie miała wiele wspólnego. Można to było łatwo dostrzec, po niezwykle skromnych efektach „ich pracy” :(

Naturalnie instytucja taka była bardzo potrzebna na mapie inicjatyw kulturalnych naszego kraju. A zwłaszcza w mieście, w którym przez lata wiele działo się w komiksowej domenie. Jednak szczytna idea została zawłaszczona i wykorzystana przez cwanych człowieków (pasożytów), którzy jedynie szukali spokojnego miejsca dla siebie (poza wszelką kontrolą). Aby, nie przesadzając zbytnio z aktywnością, trwać w swoistym błogostanie oraz czerpać własne korzyści z udziału w projekcie. Jedynie wysysać soki z gałęzi kultury sponsorowanej przez państwo. Centrum Komiksu zostało zrobione w sposób typowy dla wielu zbożnych przedsięwzięć Bolandu. Najważniejsza była fasada instytucji, która musiała zostać przygotowana w atrakcyjny dla laika sposób. Treść przekazu nie liczyła się wcale. Zwłaszcza, że ekspertów będących w stanie ocenić efektywność działania ekipy komiksowych orgów oraz rzetelność misji, zawsze było niewielu. Naturalnie, niektórzy z nich, ci bardziej aktywni w środowisku, zostali skutecznie przekupieni różnymi synekurami. Natomiast pozostali, w temacie centrum, raczej publicznie nie zabierali głosu. Czyżby ze strachu?!

Projekt istniał pierwotnie, w świadomości nowych organizatorów, pod roboczą nazwą „muzeum komiksu”. Nawet żartowano wówczas, w trakcie przygotowań do kolejnego festiwalu, że moja postać musi koniecznie znaleźć się na ekspozycji (w specjalnej gablocie :) Tak wtedy doceniane były liczne dokonania starego orga. Jednak, aby muzeum mogło zaistnieć, niezbędne były jakieś przyzwoite zbiory artefaktów. A takich ekipa Mamuta nigdy nie posiadała. Natomiast, w tamtym czasie, pasożyty kultury miały wielki apetyt na tworzoną przez lata komiksową kolekcję Wojciecha Jamy. Lecz znany kolekcjoner nie dał się skusić umizgom Mamuta. Zapewne pomny był własnych doświadczeń, związanych z dziwacznym losem innego jego zbioru, z którego powstało muzeum zabawek... Kiedy więc zwierzakowi zabrakło odpowiedniej treści, musiał zmienić formę oraz nazwę przyszłego siedliska. Tak właśnie pojawiło się łódzkie Centrum Komiksu i TePe.

Zostałem zaproszony na inaugurację obiektu, która odbyła się dzień przed festiwalem 2023roku. Inwitacja nieco mnie zaskoczyła, bowiem nigdy nie brałem udziału w przygotowaniu „centrum”. W odróżnieniu od wieloletniej organizacji Festiwalu Komiksu, na który jednak przydupasy zwierzaka już nie raczyły mnie zaprosić. Widocznie kultury nie można było nauczyć się pracując w „kulturalnej instytucji” :( Być może moje zaproszenie na otwarcie nowego obiektu miało inny cel. Zapewne Mamut pragnął chełpić się przed wszystkimi własnymi zdolnościami sprawczymi. Choć nie okazał tego witając mnie spojrzeniem bazyliszka, przed wejściem do budynku (każdy gość musiał wiedzieć, kto stoi za tym „cudownym” przedsięwzięciem). Nie wykluczone więc, że zostałem uhonorowany przypadkowo, przez jakiegoś nowego orga, nieświadomego aktualnej wersji historii łódzkiego komiksu (który nie spamiętał listy wszystkich zbanowanych). Mam tylko nadzieję, że za ten karygodny czyn ów delikwent nie został zesłany do gułagu :(

Nie mam zbyt wielkiego doświadczenia, bowiem niezmiernie rzadko bywam na oficjalnych inauguracjach, ale wydaje mi się, że uroczystość w „hali maszyn” EC1 przebiegła w typowy sposób. Oczywiście nie zabrakło standardowego zadęcia. Odpowiedni, wzniosły klimat stworzono za pomocą licznych środków wizualno-hałaśliwych. Naturalnie, nie zabrakło chrupiących przekąsek oraz rozweselaczy (chyba alkoholowych, ale nie jestem pewien, bo niczego nie próbowałem :( Przezornie spocząłem samotnie, za rzędami krzeseł wypełnionymi przez widzów jedynie do połowy. Pośrodku bardzo długiej, lecz wąskiej hali, która była koszmarnie nagłośniona. Widownię bezustannie ogłuszał ryk głośników (typowy dla imprez Mamuta). Natomiast z mojego miejsca nie dało się dobrze zrozumieć (wzmacnianych przecież) płynących ze sceny wypowiedzi gości. I dobrze. Bo chyba bym zwymiotował od wciskanej wazeliny :) Na szczęście, komiksowe animacje prezentowane na gigantycznym ekranie (który przesłonił lubiany przez zwierzaka zabytkowy zegar) wyglądały dobrze :) Między ilustrowanymi przerywnikami następowały, pełne podziękowań oraz radosnych peanów, okolicznościowe przemówienia zaproszonych oficjeli. Począwszy od prezydent miasta, na projektantach oraz budowniczych obiektu skończywszy. Każdy mówca skrupulatnie wykorzystał okazję do podkreślenia własnej, niebagatelnej roli w realizacji całego przedsięwzięcia. Nic dziwnego, zbliżały się wybory :) Na koniec pojawił się na scenie sam Mamut. Z wypowiedzi prostaka można było odnieść mylne wrażenie, że jego ekipa orgów niemal samodzielnie zbudowała łódzkie Centrum Komiksu, własnoręcznie układając cegła po cegle. Wtedy scena zapełniła się sporą liczbą „organizatorów”, których przeważnie nikt nie znał :( Wreszcie zwierzak wspaniałomyślnie zaprosił na estradę starych conturowców. Ludzi, dzięki którym objął swoje intratne stanowisko. I był to jedyny moment jakiegoś uhonorowania ich wieloletniej pracy od podstaw :(

Po zakończeniu części oficjalnej śmietanka towarzyska udała się do niewielkiego budynku nieopodal, w którym umieszczono Centrum Komiksu. Interesujące wrażenie robiły dwie masywne walcowate konstrukcje, które z wyglądu nieco przypominały silosy zbożowe. Budowle zostały ozdobione komiksowym muralem znanego koreańskiego (?!) artysty, którego prac nikt ze środowiska wcześniej nie znał wcale :( Ciekawe, jakim sposobem rysunki trafiły pod łódzką strzechę?.. Wnętrze budynku zostało zaprojektowane w stylu postindustrialnym. Oryginalnie zostały wykorzystane wcześniejsze elementy fabryczne obiektu, tworząc niemal steampunkowy klimat. Całość aranżacji niewątpliwie robiła na zwiedzających przyjemne, ale dość klaustrofobiczne wrażenie. Niemal we wszystkich pomieszczeniach (szczególnie w korytarzach) dominowała ciasnota. Być może projektanci centrum zmuszeni byli pomieścić zbyt wiele treści, w stosunkowo skromnej kubaturze obiektu. Ale na pewno ja jestem zbyt wielki, aby sprawnie wędrować po norkach dla hobbitów (nie obijając się o ściany :(

Wyjątek stanowiła nieco większa sala przeznaczona na wystawy okresowe. Po otwarciu centrum znalazła tam miejsce ekspozycja prac Grzegorza Rosińskiego... Przyznam, że kilka lat wcześniej obawiałem się dalszego losu dorobku zasłużonego dla komiksu artysty. Stało się tak, kiedy przypadkowo dowiedziałem się z lokalnej telewizji, o przekazaniu materiałów twórcy organizatorom festiwalu komiksu. Pomyślałem wtedy, że cenne dzieła w rękach dyletantów zgniją szybko i bezpowrotnie w kazamatach pod Magdą. Jedynym magazynie, jakim dysponowała w tamtym czasie ekipa Mamuta. Wcześniej, tak właśnie, wielokrotnie przydarzyło się licznym konwentowym obiektom o charakterze muzealnym :( Po prostu, pomieszczenia znajdujące się w piwnicy domu handlowego często zalewała woda deszczowa i wtedy, dodatkowo wybijała kanalizacja. Natomiast, po ustąpieniu powodzi, w zatęchłych korytarzach pozostawał jedynie smród, bród i ubóstwo („...do wiosny misio zgnije i nie będzie problemu...” :( Istniała również możliwość, że Mamut osobiście (w typowy dla siebie sposób) „zaopiekuje się” pracami mistrza. Tak jak to wcześniej uczynił z oryginalnymi grafikami, które załatwiłem od artystów na Stulecie Komiksu w 1996roku. Prace te przez lata zdobiły jego liczne gabinety (od Łódzkiego Domu Kultury po EC1). Nie wiem co dalej się z nimi stało. Być może pojawią się kiedyś na rynku :( Niestety, żadna z alternatyw, w przypadku dorobku Rosińskiego, nie zapowiadała się zbyt budująco. Na szczęście materiały mistrza dotrwały do wystawy w Centrum Komiksu. Lecz co się z nimi dzieje obecnie? Po zakończeniu ekspozycji czasowej oraz turne po Polsce. Czy może zdobią jakieś kolejne gabinety? Albo pojawią się kiedyś na kolejnej aukcji w Desie? Tego nie wie nikt :(

Oprócz sali wystawowej, na parterze budynku znajduje się sklepik z „pamiątkami” oraz sporych rozmiarów „jarmark z grami”. Doprawdy nie potrafię precyzyjnie określić charakteru tego miejsca. Chyba w zamierzeniu organizatorów przestrzeń miała prezentować początki historii komputerów domowych oraz wczesne gry elektroniczne. Jednak w żadnym stopniu nie spełniła pokładanych planów. Oldskulowe urządzenia wyeksponowane zostały w sposób wyjątkowo chaotyczny. Kolejne generacje, niegdyś technicznie zaawansowanych sprzętów, sąsiadowały ze sobą bez żadnej logicznej spójności. Natomiast kompletny brak opisów pokazywanych obiektów dopełniał bezmiar dezinformacji. Całość przypominała raczej szkolną wystawkę pasjonatów starych komputerów, niż rzetelną ekspozycję historycznych artefaktów w instytucji kultury :( Ponadto, jarmarkową przestrzeń wypełniał bezustannie jazgotliwy hałas (bo trudno go nazwać dźwiękiem) archaicznych automatów, które cieszyły się największą popularnością wśród nieletnich zwiedzających. Ponieważ można tam było grać za friko :) Upierdliwe maszyny umieszczone zostały w dziwacznej aranżacji, podobnej nieco do „wozu Drzymały” (ale bez kół). Imitującej dość kiepsko „Salon Gier” z lat .80 ubiegłego wieku. Konstrukcja chyba miała przypominać budy z grami, które można było spotkać na powiatowych odpustach. Lecz projektant „atrakcji” raczej nigdy nie widział oryginału, więc realizacja kopii niezbyt dobrze mu wyszła. Owa „zmyślna” instalacja stanowiła największe wyzwanie dla twórcy strefy komputerów retro. Była zapewne również bardzo kosztowna :(

Demonstracja nowszych gier (a w zasadzie jednej) wygląda o niebo lepiej. Jest to bez wątpienia zasługa opieki nad ekspozycją ze strony firmy CD Projekt, która użyczyła nieudolnym orgom materiałów z ostatniej odsłony hitowego Wiedźmina. Specjalne konstrukcje wyposażone w liczne monitory meandrują ciasnymi korytarzami centrum. Na wąskim szlaku można prześledzić poszczególne etapy tworzenia gry. To główna atrakcja strefy wirtualnej rozrywki... Pozwolę sobie przypomnieć, iż pierwszy Wiedźmin był również (kilkanaście lat wcześniej) gościem Festiwalu Komiksu. Ale wysoce amatorski pokaz (w eŁDeKu) nie wzbudził większego zainteresowania wśród gości (ani graczy). Dlatego szybko świat o nim zapomniał :) ...o grach zapewne napiszę jeszcze...

Zarys ogólnej historii komiksu oraz dość fragmentaryczna prezentacja stylów, gatunków i autorów zostały pokazane na dwóch piętrach wewnątrz walcowatej konstrukcji opisanej wcześniej. Lecz przedstawione informacje (choć podane w estetycznej formie) niewiele wzbogacały wiedzę o dziewiątej sztuce. Podobną można z łatwością zdobyć w Internecie, nie ruszając się z domu. Tyle, że owe wieści były bardziej skąpe i „odpowiednio” zredagowane, przez spolegliwego zwierzakowi kuratora :( Ponieważ organizatorzy centrum nigdy nie posiadali żadnych historycznych artefaktów, wszelkie przykłady oraz cała treść przekazu została przygotowana przez stolarza :) Lub w prosty sposób „namalowana” na owalnych ścianach :( Niekiedy banalne freski uzupełniano tabliczkami świetlnymi z komiksową treścią. Ich przygotowanie zapewne kosztowało orgów najdrożej. W niektórych miejscach zwiedzający mogli poznać esencję „niewątpliwie ciekawych” wykładów, albo posłuchać komiksów za pomocą słuchawek (?!). Czasami gościom na ekspozycjach udawało się liznąć nieco „akcyjności” ;) Mamut często podkreślał w mediach interaktywność wystaw w Centrum Komiksu. Lecz nie jestem pewien, czy nasz prostak w pełni rozumiał znaczenie tego pojęcia... Rzeczywiście, wielbiciele Minecrafta (na automatach growych) mogli sobie poplumkać w rozpikselowane gry (zanim nie ogłuchli od jazgotu „kociej muzyki”). Również w trakcie poznawania „komiksowego warsztatu” domorośli grafomani byli w stanie „interaktywnie” (na specjalnej tablicy magnetycznej) przykleić Wiedźminowi wąsy. Albo mozolnie popracować nad mimiką postaci (dopóki ktoś życzliwy nie zajumał magnesów ;) Ale czy te wątpliwe atrakcje mogły stanowić godną, aktywną rozrywkę na miarę trzeciej dekady XXIwieku? Może dla przedszkolaka? Tyle że mały człowiek nie był w stanie sięgnąć zaklęć „magicznej tablicy” :( Zastanawiałem się, dla kogo była przeznaczona owa prezentacja. Zapewne dla kompletnych dyletantów, którzy nie posiadali żadnej wiedzy o komiksie. Chociaż, zdarzały się osoby (najczęściej z małymi dziećmi), którym taka forma zabawy odpowiadała :(

Na owalnych ścianach ekspozycji stałej pojawiło się również kilka słów o wybranych lokalnych inicjatywach. Słowo „wybranych” jest tu kluczem... Dziwnym trafem najlepiej reprezentowany był okres rządów Mamuta. Tak, jakby wcześniejsze lata skryły na zawsze „mroki średniowiecza” :( A przecież wszystkie osiągnięcia ekipy zwierzaka (z reguły bardzo skromne) nie powstały z próżni. Pozorne sukcesy nowego dyrektoriatu zbudowane zostały na solidnych fundamentach wieloletniej pracy poprzednich organizatorów konwentów i festiwali komiksu. Przykro jest myśleć, że przez ostatnie dwie dekady, tak wielu (na państwowym garnuszku) zrobiło tak niewiele :( Również filary historii nowego polskiego komiksu nie zostały przedstawione na ekspozycjach w sposób adekwatny, do ich wpływu na całe rodzime środowisko... Na przykład: kurator wystawy wrzucił do jednego worka drukowane na przyzwoitym poziomie, wartościowe publikacje artystyczne, razem z niskonakładowymi przejawami xerofurii, wypróżnianymi masowo przez wielu grafomanów. Oczywiście na żadnej ekspozycji nie było śladu Komiks Forum. Mimo, że moja antologia towarzyszyła wielu różnym łódzkim konwentom komiksowym przez kilkanaście lat. Była też pierwszym materialnym świadectwem popularności dziewiątej sztuki wśród młodych polskich twórców oraz platformą prezentacji ich talentów. Antologia wielokrotnie pełniła rolę katalogu festiwalowego. Tym sposobem promowała łódzką imprezę na całym świecie. Ale działo się to w czasach, zanim zwierzak umoczył w organizacji eventu swoje nieudolne kopyta :( Nowi orgowie Centrum Komiksu nie zamierzali wspominać lokalnych sukcesów sprzed ery Mamuta :( Jednak trudno jest pominąć mój wkład w dziedzinie rodzimego komiksu. Jest on tak obszerny i chyba znaczący :) Nic więc dziwnego, że w jednej małej salce (poświęconej wczesnym eventom) znalazła się w gablotce okładka Komiks Forum (katalogu festiwalowego). Lecz cwany kurator wystawy zasłonił w chamski sposób logo antologii. Zapewne, żeby nie drażnić zwierzaka :)

Na tej kulawej ekspozycji spotkałem dwóch byłych conturowców: Pioruna i Tomaszka (myślę tu o grupie twórczej, a nie stowarzyszeniu). Raczej nie byli zachwyceni widząc na ścianach znikome ślady ich wkładu w historię rodzimej literatury obrazkowej. A przecież obaj znacząco przyczynili się do rozwoju łódzkiej imprezy. Piorun pracował przy pierwszym konwencie. Natomiast w kolejnych latach zastąpił go Tomaszek, narzucając pozostałym orgom własną wizję eventu. Obaj twórcy mieli również zacny i uznany przez środowisko dorobek komiksowy. Rozumiem, że instytucja kultury w mieście Łodzi nie powstała po to, aby stanowić laurkę dla starych działaczy lokalnego środowiska, ale przez szacunek dla ich wysiłku, wypadałoby nieco więcej opowiedzieć o ludziach którzy onegdaj wypracowali status Łodzi, jako polskiej stolicy komiksu!.. Niestety, zwierzak nigdy nie zamierzał przypominać w centrum prac rodzimych twórców (szkolnych kolegów), a szczególnie organizatorów eventu, który zawłaszczył wyłącznie dla siebie :( Wkurzeni artyści postanowili w rewanżu wziąć odwet na Mamucie. Obmyślanie sprytnego planu zajęło im rok czasu. Okazało się, że w słynnym, nobliwym eŁDeKu pracuje teraz (na kierowniczym stanowisku) inny, były conturowiec. Przy jego zacnej pomocy miała zaistnieć w domu kultury (poza obszarem wpływów zwierzaka) specjalna wystawa członków grupy. Autorzy przy tej okazji zamierzali stworzyć nową, ekskluzywną publikację o Conturze, finansowaną ze środków własnych... Oczywiście Mamut nie był zachwycony oddolną inicjatywą. Robił więc wszystko, żeby położyć na niej swoje łapy. Przecież ciągle musiał legitymizować nikłe efekty działalności Centrum Komiksu :( Minął kolejny rok. Lecz conturowa wystawa nadal nie ujrzała światła dziennego (ani tym bardziej specjalna publikacja). Podobno, właśnie zwierzak zdecydował się zorganizować cenne środki (?!) Raczej nie wróżyło to niczego dobrego... Zawsze uważałem, że conturowcy mają osobliwy antytalent do promowania własnych projektów. Przecież pierwszą prezentację twórczości grupy drukiem (w Komiks Forum) przygotowałem dopiero ja. Może, gdyby nie moja pomoc, ślad po Conturze dawno by został zapomniany :( W tamtym czasie, młodzi artyści szybko rozjechali się po świecie. Wtedy, każdy z nich myślał raczej o promocji własnej osoby, niż całej grupy... Przyszłość pokaże, ile miałem racji...

W instytucji zwanej na wyrost Centrum Komiksu znajdują się również inne atrakcje, jak: salka VR, czy studio motion-capture... Jednak technologie w nich prezentowane, mimo że dość nowoczesne (a na pewno kosztowne), powoli odchodzą do lamusa. Albo stają się ogólnie dostępne. Jak kiedyś podobnie stało się z konsolami do grania, albo smartfonami. Poza tym, obawiam się, czy owe mocno zaawansowane miejsca rozrywki są w zasięgu zwykłego śmiertelnika, który kupi normalny bilet do centrum. Na pewno wymagają dodatkowej ochrony. Opieki specjalnego, przeszkolonego „pastucha”. A ona kosztuje drożej :( Moim zdaniem, jedynie polecenia warte są wystawy czasowe oraz „ścieżka” tworzenia gier komputerowych. Ponieważ oferty te zostały przygotowane na przyzwoitym poziomie, albo przez ludzi z pasją. Pozostałe wątpliwe „atrakcje” centrum można sobie odpuścić (z czystym sumieniem). Nie wnoszą nic nowego do świadomości oglądającego i często przemilczają ważką historię. Stanowią jedynie barwną fasadę, która ma na celu ukrycie mizernej pomysłowości ekipy orgów Mamuta :(

Przez pierwszy rok istnienia łódzkiego Centrum Komiksu w instytucji niewiele się działo. Naturalnie w tym czasie pojawiło się w programie kilka wystaw. Ale zgodnie z niepisaną, starą zasadą pasożytów kultury, zostały one przygotowane cudzymi rączkami (większość dla innych podmiotów). Aby nie być gołosłownym, pozwolę sobie na niewielkie podsumowanie... Wymarzony od lat przez fanów literatury obrazkowej obiekt inaugurowała wystawa „Grzegorz Rosiński w ilustracjach”, która została przygotowana dla... Muzeum Karykatury w Warszawie :) Wspaniała ekspozycja była ze wszech miar warta obejrzenia. Oczywiście Mamut, pod płaszczykiem EC1, skutecznie „przylepił się” do prawdziwych organizatorów (dziwnym to nie było). Kolejna wystawa czasowa „Komputer udomowiony” była już aranżowana siłami centrum, a raczej fanatyków growych, których pod „swoje” skrzydła zagarnął zwierzak. Jednak nie sądzę, aby zrobiła piorunujące wrażenie zważywszy, że żaden z autorów pod ekspozycją się nie podpisał :( Następna wystawa „PHOTOmodeBOOK” została zrealizowana przez Rafała Szrajbera z opracowanych przez niego materiałów. Żałuję, że nie widziałem tej interesującej ekspozycji. Ale fotograf chyba nie był etatowym pracownikiem CKiTP :) Wreszcie nastąpił kolejny atak nostalgii za komiksem dawno minionym. Była nim wystawa „Tadeusz Baranowski. Śmieszy, tumani, przestrasza”. Tym razem „na plecach” mistrza wjechała na ekspozycję cała ekipa centrum (na szczęście autor to przeżył ;) Lecz ilość kuratorów była odwrotnie proporcjonalna do jakości aranżacji. Która była dość przaśna, ale oczywiście interaktywna :) Jednak z uroczystego otwarcia prezentacji dorobku artysty najbardziej przytłoczyła mnie „scena balkonowa”. Widok starszego człowieka przygniecionego do balustrady przez grupę fanów robił naprawdę przykre wrażenie. Stało się tak, ponieważ liczni orgowie nie przewidzieli odpowiedniego miejsca na spotkanie autorskie z zasłużonym twórcą komiksów :(

Dopiero półtora roku po otwarciu zawitały pod kopuły EC1 większe eventy (bo w niewielkim budynku centrum było za mało miejsca). Lecz podejrzewam, że głównym celem tych imprez miało być zainteresowanie obiektem Mamuta nowych odwiedzających. Dlatego biletem wstępu na owe spotkania był kupon do Centrum Komiksu. Fakt ten potwierdzał, iż coraz mniej jest chętnych do oglądania nudnych ekspozycji przygotowanych przez wybrańców zwierzaka :( A śliczna budowla musiała przecież trochę na siebie zarabiać (przynajmniej, generować frekwencję :) Swoją drogą, ciekaw jestem założeń finansowych tej instytucji kultury? Ile państwo polskie jeszcze do niej dopłaca z naszych podatków?!

Być może wkrótce, aby zbilansować rosnące koszty działalności oraz uzasadnić pensje zatrudnionych darmozjadów, cały Festiwal Komiksu zostanie przeniesiony do EC1. Byłby to niegłupi pomysł zważywszy, że miejsce jest o niebo lepsze od lokalizacji eventu w Atlas Arenie (jest lepiej skomunikowane i w centrum wszystkiego). Przypomnę tylko, że taki pomysł pojawił się jeszcze w 2013roku (robiłem wtedy w EC1 wstępne plany strefy targowej). Niestety, w tamtym czasie „miasto kultury” nie było jeszcze gotowe na podobną inicjatywę :( Chociaż... Mamut chyba nie zdecyduje się na tak odważne posunięcie. Straciłby wtedy kontrolę nad wieloletnią imprezą. Jego punkt zaczepienia w kulturalnej rzeczywistości... Bo co by się stało, gdyby nagle zwierzchnicy prostaka przejrzeli na oczy?! Ale przecież (w sprytny sposób) zwierzak trzyma ich w szachu :)

Naturalnie, oprócz wystaw czasowych i (ostatnio) nielicznych eventów, co jakiś czas organizowane są w centrum (a raczej same się aranżują) banalne zebrania różnych grup entuzjastów, warsztaty dla zielonych (najczęściej „uciekinierów” szkolnych) oraz prelekcje z „łapanki” prowadzone przez „wybranych”. Jednak te kameralne spotkania przeważnie nie przynoszą wielu korzyści uczestnikom, ani nadmiernie rozdętej instytucji. Stanowią raczej formę wypełniacza programu i kolejny element fasady Centrum Komiksu.

O stosunku orgów do placówki najlepiej świadczy jej witryna internetowa. Pozornie wyglądająca ładnie. Ale wyłącznie za sprawą profesjonalnego szablonu, który zapewnia niezłą konstrukcję dla kolejnej fasady. Lecz cenne informacje umieszczone na stronach są zdawkowe i kiepsko przygotowane. Teksty bywają miałkie, boleśnie schematyczne i często niezbyt rzetelne. Tak, jakby pisała je maszyna (może SI) według określonego wzoru. Ale nad wyraz skutecznie wprowadzają w błąd czytelnika, jak to często czynią reklamy. Skąpe wpisy są przeważnie ilustrowane losowymi, podłej jakości fotkami o nadmiernej rozdzielczości. Ponieważ nikt nie przejmuje się ich formą, ani treścią. Nie podlegają żadnej korekcie, bądź optymalizacji dla Internetu. Dzięki temu rozdęte zdjęcia skutecznie zapychają bufor każdej przeglądarki i wczytują się znacznie dłużej niż powinny. A przecież jeden obraz, to tysiąc słów :) Chyba redaktorom witryny nie zależy na dobrej promocji instytucji kulturalnej :( Zrobiłem próbę... Prosty ruch za pomocą darmowego programu IrfanView zmniejszył ciężar obrazka ponad stukrotnie (bez utraty jakości)! Aby dobrze przygotować materiał wystarczy tylko chcieć. Lecz webmasterom zatrudnionym po znajomości przez Mamuta zależy wyłącznie na kasie :( Widocznie zwierzak za mało im płaci...

Łódzkie Centrum Komiksu to skarlały kolos na glinianych nogach, prowadzony przez średnio zainteresowanych tematem oportunistów. Jego oferta dla gości jest przeważnie mizerna i nie stanowi żadnej atrakcji. Z reguły prezentuje znikome wartości techniczne, a zwłaszcza kulturalne. Lecz stanowi doskonałą fasadę skrywającą słabą aktywność nowego dyrektoriatu. Gdyby nie środki, bezustannie pompowane z budżetu państwa, instytucja już dawno przestałaby istnieć (na pewno w obecnej formie). Lecz funkcjonuje nadal! Tylko, czy powinniśmy się z tego cieszyć?

Tekst został napisany człowiekiem. Obrazek stworzyła SI.

Zrób sobie festiwal

Legenda o złym Witku
- wstęp do nowej historii Festiwalu Komiksu w Łodzi
Nisza w niszy
- opowieść o miejscu bardzo przyjaznym organizatorom
Milczenie owiec (a raczej baranów)
- historia pewnego, tajemniczego spotkania
W krainie ślepców...
- poznajemy skład pierwszego dyrektoriatu
Komiksowa agencja wycieczkowa
- ciekawe podróże dyrektoriatu na sam kraniec świata
Wystarczy być...
- co należy robić, aby trwać na cieplutkim stołku
Wystawy...
- przeróżne wystawy oraz ekspozycje z festiwalem związane
Vox populi
- głos ludu stowarzyszonego oraz obcego
Dyrekcja cyrku w budowie
- odyseja ekipy orgów po ciekawych miejscach Łodzi
Orgi oraz woły
- o tych, którzy pomagają oraz takich, co tylko udają
Inwazja autografożerców
- plaga równie żarłoczna co agresywna, niczym szarańcza
Wartość dodana
- jak z niczego stworzyć coś wartościowego?
Przypadek Klossa
- niemoralna propozycja, przyjęta przez zwierzaka bez żadnej refleksji :(
manga
- komiks, albo przebieranka... wybór należy do Ciebie :)
...dla dzieci
- czy twórczość dla dzieci rzeczywiście musi być gorsza?
Centrum Komiksu i TePe
- nowa instytucja, czy kolejna fasada?
ciąg dalszy nastąpi...

lutego 28, 2025

...dla dzieci

Wśród wielu kreatorów kultury (i nie tylko) pokutuje fałszywe stwierdzenie, że produkt dla dzieci musi być równie dobry, jak dla dorosłych, tylko że lepszy. Ale to jest niestety tylko teoria. Utopijne pragnienie, które bardzo rzadko bywa zrealizowane. Tymczasem rzeczywistość wielokrotnie pokazuje, że jest wręcz odwrotnie :( Natomiast powyższą tezę można uznać jedynie ze pusty zwrot, który nie posiada żadnego odniesienia do realnych sytuacji. Wytrych, który skrywa prawdziwy stosunek autora do realizacji dzieła dla najmłodszych odbiorców. Podobna hipokryzja funkcjonuje w świadomości twórców już od tak dawna, że stała się niemal standardem :( Naturalnie, nie oznajmia się tego faktu głośno. Bo i po co. Nikogo taka wiedza by nie uszczęśliwiła... Zdarzają się oczywiście prace spełniające wyższe kryteria jakości. Lecz są one nieliczne i stanowią raczej wyjątek od reguły... Z drugiej strony. Czy dzieci rzeczywiście mają tak wygórowane wymagania? Z doświadczenia wiem, że radość może im sprawić nawet byle co ;)

Od początku byłem przeciwnikiem konkursu dziecięcego organizowanego podczas łódzkiego konwentu komiksowego. Z wielu powodów. Pierwszym i niewątpliwie najważniejszym było utrwalanie w świadomości społeczeństwa tezy, że komiks jest produktem wyłącznie dla dzieci. Co oczywiście jest ewidentną bzdurą. Literatura obrazkowa w naszym kraju (ale również w całych „demoludach”) przez „mroczne lata” miała ogromny problem, aby wydostać się z tej „szuflady kultury”. Za komuny twórczość dla najmłodszych była łagodniej traktowana przez cenzurę. A w zasadzie, jako jedyna „bezpieczna” dopuszczana do rozpowszechniania. Nie przypominam sobie żadnych, publikowanych w tamtym czasie (w oficjalnym obiegu), nowel graficznych dla dojrzałego czytelnika. Wyjątek stanowiły krótkie historie prezentowane czasami w pismach satyrycznych (jak np. „Wesoły sanitariusz” Mleczki w Szpilkach). W epoce realnego socjalizmu komiks dla dorosłych praktycznie nie istniał :( Dopiero przemiany ustrojowe oraz właśnie konkursy konwentowe dały szansę, aby odmienić tą nienaturalną sytuację. Dlatego zawsze uważałem, że łódzki event powinien rozwijać dziedzinę zaniedbaną przez lata, miast trwonić siły i środki na promocję gatunku wśród odbiorców, którzy od dawna go znali.

Kiepskie przygotowanie tego punktu programu imprezy również nie sprzyjało inicjatywie. Co prawda dzieci uwielbiają „mazać” o wszystkich, pasjonujących je tematach. To przecież jedna z form aktywności maluchów od przedszkola (a nawet wcześniej). Jest ona doceniana zarówno przez wychowawców, jak i rodziców :) Jednak sztuka narracyjna nie jest prostackim bazgraniem na kartkach papieru. Wymaga od autora pewnej znajomości tematu oraz języka wypowiedzi wizualnej. Oba zagadnienia przeważnie są obce szkolnym nauczycielom (a nawet niektórym dorosłym twórcom :( Jeszcze w „13lat prowizorki” pisałem, że do przyzwoitej realizacji „konkursu komiksowego dla uczniów szkół podstawowych” potrzebna jest odpowiednia pomoc naukowa. Banalna broszura, która by wyjaśniała podstawowe kwestie związane z medium. Jednocześnie uczyła przyszłych adeptów sztuki ilustracji, jak poprawnie tworzyć komiksy (zrozumiałe dla wszystkich). Przez lata nikt z konwentowych orgów nie był zainteresowany właściwym rozwiązaniem tego problemu. Nie było wtedy na rynku księgarskim żadnych podręczników do nauki tworzenia historii obrazkowych. Aby poprawić nieco sytuację, podczas konwentów próbowałem organizować warsztaty komiksowe. Ale to była kropla w morzu potrzeb :( Dopiero z nastaniem ery Mamuta pojawiła się pewna skromna publikacja, stworzona według mojego pomysłu (z „13lat prowizorki”) przez uznaną, festiwalową spółkę (pasożyta kultury i rysunkowego grafomana ;) Zeszyt zawierający jedynie podstawowe informacje o komiksowej materii (podane w dość infantylnym stylu) powstał oczywiście za pieniądze publiczne, wyżebrane od jakiejś instytucji. Jednak nie sądzę, aby owo wydawnictwo zostało użyte w trakcie omawianego konkursu dla dzieci. Sprytni orgowie festiwalu zapewne skutecznie zmonetaryzowali broszurę na wolnym rynku :( Napiszę o tym jeszcze...

Wystawa prac uczestników konkursu dziecięcego nigdy nie cieszyła się szczególną sympatią nowych orgów. Stanowiła dla nich raczej dodatkowy kłopot i niezbyt mile widziane wyzwanie. Mimo, że od początku inicjatywa była wyłącznie realizowana „cudzymi rękami”. Atoli należało jeszcze znaleźć odpowiednie miejsce ekspozycji oraz środki na skromne nagrody. W trakcie wykonywania kolejnych działań pracy było zawsze co nie miara. Natomiast efekty, przeważnie znikome. Na dodatek, zawłaszczane często przez „przypadkowych orgów” z zewnątrz, jak nachalny „strażak” z magistratu (zdobywca pierwszej statuetki „kosiarza” :( Dlatego chylę czoło przed Robertem Wagą oraz jego mamą (pomysłodawcom konkursu), którzy od początku, co roku „męczą się” nad tym nieszczęsnym projektem :( Jestem niemal pewien, że Mamut wkrótce również o nich zapomni. Tak jak to zdarzyło się wcześniej w przypadku Kabula oraz pozostałych konwentowych orgów z Conturu (i nie tylko :(

Nadal uważam, że przygotowanie specjalnego konkursu komiksowego dla dzieci jest zbędnym trwonieniem środków. Ale nowi orgowie traktują inicjatywę, jako kolejną fasadę, której zadaniem jest zacieranie właściwego, nędznego obrazu łódzkiej imprezy. Czasami chwytliwa idea służy również nabieraniu nieświadomych sponsorów. Że niby event przeznaczony jest głównie dla dzieci. Niestety, słudzy Mamuta nie są odosobnieni w nadużywaniu „świętego” tematu. Parawan „dziecięcy” jest wykorzystywany przez wszystkich od zawsze. Począwszy od producentów łakoci (lub zabawek). Nie kończąc wcale na organizatorach „specjalnych” atrakcji eventowych :( Mnie bulwersuje zwłaszcza osobliwe podejście wielu twórców do formy oraz jakości produktu dla najmłodszych odbiorców. Trudno z tym faktem polemizować. Raczej nikt się nie odważy :(

Przykłady nadużywania formuły „dla dzieci” można mnożyć. W myśl zasady, że nieletni „kupią” wszystko. Każdą głupotę. Byleby była na swój sposób atrakcyjna, kolorowa, albo odpowiednio wylansowana :( Przecież rodzice (lub dziadkowie) od zarania dziejów pragną rozpieszczać swoje pociechy. Niczego im nie odmówią (na miarę własnych możliwości). W kolejce po atencję niezbyt świadomych klientów stają więc: czasami dziwna, podana w niecodziennej postaci żywność (soczko-tubki, misio-cukierki); ciekawie i brawurowo prezentowane w reklamach zabawki (samochodo-roboty, zwierzo-lalki); „modna” odzież oraz wszelkie produkty przygotowane wyłącznie dla mało wymagającego konsumenta. Oferta zgodna z cynicznie przenicowaną regułą, że wszystko dla dzieci powinno być najlepsze :( W takich realiach, kreowanie nowego kontentu komercyjnego jest banalnie łatwe... Kiedyś dziwiłem się, dlaczego postacie ze świata Pikaczu są tak prostacko zaprojektowane? Przecież musiały być sprawnie oraz tanio animowane. Niewybredny odbiorca i tak się nimi zachwycał. Ponieważ były podane w ekscytującej dla najmłodszych postaci oraz nachalnie promowane. Oprócz boleśnie schematycznego anime powstała więc ogromna oferta śmieci towarzyszących: gier, komiksów, przytulanek... Może nie wszystko było wyjątkowo podłej jakości, ale całość została stworzona wyłącznie po to, aby maksymalnie wykorzystać bezcenną licencję oraz naiwnych klientów :( Jednak fenomen Pokemona jest niczym, wobec wieloletniej gigantycznej ekspansji Lego. Marki która bezustannie zawłaszcza kolejne dziedziny naszej rzeczywistości. Firma słynąca niegdyś z tworzenia zacnych, rozwijających dziecięcą inwencję klocków, non stop sięga po dusze młodych konsumentów :(

Dzieci są ważnym elementem festiwalu. Od pierwszej edycji w 1991roku wielu miłośników komiksu dochowało się potomstwa (niektórzy nawet wnuków :) Ale chyba nie jest to wystarczający powód, aby podczas imprezy urządzać dla nich przedszkole. Albo inne atrakcje specjalne, jak „parki rozrywki” z trampolinami, lub „występy klaunów” :( Dzieci w trakcie eventu są wystarczająco kuszone wizualnie niesamowitą ofertą obrazkową komiksów oraz grami (nawet tymi bez prądu :)

Tekst został napisany człowiekiem. Obrazek stworzyła SI.

Zrób sobie festiwal

Legenda o złym Witku
- wstęp do nowej historii Festiwalu Komiksu w Łodzi
Nisza w niszy
- opowieść o miejscu bardzo przyjaznym organizatorom
Milczenie owiec (a raczej baranów)
- historia pewnego, tajemniczego spotkania
W krainie ślepców...
- poznajemy skład pierwszego dyrektoriatu
Komiksowa agencja wycieczkowa
- ciekawe podróże dyrektoriatu na sam kraniec świata
Wystarczy być...
- co należy robić, aby trwać na cieplutkim stołku
Wystawy...
- przeróżne wystawy oraz ekspozycje z festiwalem związane
Vox populi
- głos ludu stowarzyszonego oraz obcego
Dyrekcja cyrku w budowie
- odyseja ekipy orgów po ciekawych miejscach Łodzi
Orgi oraz woły
- o tych, którzy pomagają oraz takich, co tylko udają
Inwazja autografożerców
- plaga równie żarłoczna co agresywna, niczym szarańcza
Wartość dodana
- jak z niczego stworzyć coś wartościowego?
Przypadek Klossa
- niemoralna propozycja, przyjęta przez zwierzaka bez żadnej refleksji :(
manga
- komiks, albo przebieranka... wybór należy do Ciebie :)
...dla dzieci
- czy twórczość dla dzieci rzeczywiście musi być gorsza?
Centrum Komiksu i TePe
- nowa instytucja, czy kolejna fasada?

lutego 19, 2025

manga

Nieco przeraża mnie fenomen mangi, coraz bardziej popularny wśród ogółu miłośników literatury obrazkowej. Przez ostatnie lata, od konwentów do dzisiejszego festiwalu, przemienił on w naszym kraju entuzjastów perfekcyjnie rysowanych historii obrazkowych, w dziwne, niepokojące zjawisko socjologiczne. Oprócz niewątpliwie pozytywnych cech oddziaływania japońskich powieści graficznych na młodych autorów. Jak poznawanie odmiennej kultury oraz inspiracje wschodnią sztuką, której wpływ można zauważyć w twórczości artystycznej wielu rysujących. Również poszerzanie kręgu odbiorców całego spektrum literatury obrazkowej jest zasługą komiksu japońskiego. Jednak zauroczenie mangą niesie ze sobą także efekty negatywne. Jak wyjątkowa alienacja zwolenników tego gatunku sztuki oraz niebezpieczne zbaczanie w stronę cosplayowych przebieranek, miast aktywności komiksowej.

Mangowe komiksy poznałem jeszcze w latach .80 ubiegłego wieku. Stanowiły u nas rzadkość, ponieważ ich droga na bazary Europy Środkowej (wtedy za „żelazną kurtyną”) z kraju kwitnącej wiśni była dość daleka... Grube, czarno białe magazyny ilustrowane wyłącznie rysunkami, zapełnione głównie opowieściami w odcinkach, były bardzo popularne w Japonii. Lecz u nas, wydawnictwa te zadziwiały bardziej formą, niż treścią. Kilkuset stronicowe „cegły” z niezbyt zrozumiałymi dla polskiego czytelnika historiami, tworzone przeważnie w groteskowym stylu oraz oglądane „od tyłu”, raczej nie znajdywały większego uznania wśród odbiorców z kręgu zachodniej cywilizacji. Jednak w komiksach była zawsze doceniana niesamowita perfekcja kreski wschodnich twórców oraz niecodzienny, brawurowy wygląd napisów. Sytuacja mangi na świecie uległa zmianie dopiero, kiedy japońskimi historiami obrazkowymi zainteresowali się zachodni edytorzy.

Pierwszym, poważnym krokiem przybliżenia nowym czytelnikom komiksu mangowego była transformacja oryginalnych plansz. Wystarczyły lustrzane odbicia stron, aby treść wschodniej noweli graficznej była poznawana przez nowego odbiorcę, w bardziej naturalny dla niego sposób. Co prawda, wielu bohaterów opowieści nagle stawało się mańkutami. Ale czytelnikom to zupełnie nie przeszkadzało :) Wśród komiksów ze Wschodu na rynku amerykańskim dominowała wtedy fantastyka naukowa. Nieśmiertelne historie z robotami bojowymi oraz kultowy Akira. Wydawców raczej nie interesowały nowele obyczajowe, które były kulturowo obce dla zachodnich czytelników. Wyjątek stanowiły tytuły hentai. One zawsze znajdowały specyficznych odbiorców ;)

Zapewne drogę komiksom w tamtym czasie torowały japońskie seriale telewizyjne (jeden z nich: „Załoga G” był popularny również u nas). Ogromne powodzenie animowanych produkcji zwiększyło zainteresowanie przedsiębiorców innymi tematami wschodnich opowieści. Dostrzegli oni również potencjał drzemiący w nowych odbiorcach rysunkowych historii. Mianowicie, dziewczęta dotąd specjalnie nie interesowały się komiksem (albo się tym nie chwaliły). Dlatego nowele graficzne kierowano głównie do chłopców. Nic więc dziwnego, że światy kolorowych zeszytów były przeważnie wypełnione przygodami dziarskich herosów (którzy zakładali majtki na spodnie :) Manga pod tym względem okazała się bardziej różnorodna. Oferowała szersze spektrum tematów historii, których odbiorcami mogli być różni czytelnicy. Wśród propozycji japońskich twórców znalazł się także „kminek dla dziewczynek” :) Nowele obrazkowe, które akceptowały czytelniczki komiksów. Przygody postaci, z którymi mogły utożsamiać się dziewczęta. Bowiem to one zawsze stanowiły potęgę miłośników japońskiego komiksu :)

Manga w naszym kraju zyskała popularność dzięki czarodziejce z Księżyca (Sailor Moon). Również i w tym przypadku, wcześniej pojawił się w telewizji serial animowany, który rozpętał prawdziwą mangową histerię wśród dzieci oraz nastolatek ;) Pamiętam pierwszą imprezę dla entuzjastów tego komiksu. Została ona zorganizowana w warszawskim klubie „Stodoła”. Budynek chyba nigdy dotąd nie był tak szczelnie wypełniony ludzką treścią (niemal do granic bezpieczeństwa :) Olbrzymi tłum egzaltowanych fanek oraz nieletnich z rodzicami (lub bez ;) oblegał klub studencki przez cały dzień. Kolejka do wejścia miała kilkaset metrów długości. Niestety, jedna piąta chętnych w ogóle nie dostała się do środka :( Dlatego swój komiksowy kramik urządziłem po partyzancku. Na niewysokim murku przed wejściem do klubu :)

Droga japońskiego komiksu pod słowiańskie strzechy nie była prosta. Zresztą wtedy w Polsce nie ukazywało się wiele zagranicznych historii obrazkowych. Na ubogim rynku dominowały serie amerykańskie (za sprawą szwedzkiej firmy TM-Semic). Promocją mangi zajął się Shin Yasuda (Japonica Polonica Fantastica), późniejszy wydawca słynnego, fantastycznego Akiry. Lecz swoją działalność zaczął niezbyt fortunnie, od opowieści z historii Polski „Aż do nieba”. Niestety, nie znalazła ona większego zainteresowania wśród czytelników. Pamiętam jak wydawca wędrował po hurtowniach książek (jak ja, z moim Komiks Forum) próbując zainteresować ówczesnych „biznesmenów” nową publikacją. Dopiero inwazja czarodziejek odmieniła sytuację wydawnictwa :)

Naoko Takeuchi stworzyła uroczą serię o dziewczętach w przestrzeni kosmicznej. Głównymi postaciami „Sailor Moon” były nastolatki, które mogły przekształcać się w super bohaterki. Tworzyły one zespół „czarodziejek” z różnych planet Układu Słonecznego, które używały własnych mocy do walki ze złem we wszelkiej postaci. Niesamowite przygody ślicznych wojowniczek musiały podobać się niemal wszystkim dziewczynkom (małym i dużym :)

Dziwiła mnie zawsze osobliwa alienacja miłośników mangi (płci obojga). Oczywiście wszyscy bawili się znakomicie, ale tylko we własnym gronie :( I chyba nic więcej ich nie interesowało, poza przygodami fantastycznych postaci z wielkimi oczami, o dziwnie brzmiących imionach. Odniosłem wrażenie, jakby nie istniała dla nich inna rzeczywistość, poza światami kreowanymi przez wschodnich mistrzów komiksu :( Dlatego na wczesnych konwentach organizowałem osobne atrakcje, przygotowane specjalnie dla fanów mangi. Robiłem wszystko, aby na imprezę przyciągnąć nowych, uroczych gości :) Kiedyś w trakcie komiksowej giełdy urządziłem nawet dzień mangowy, podczas którego niektórzy wystawcy całkowicie odmieniali swoją ofertę... W tamtym okresie (druga połowa lat .90) zaczęły pojawiać się u nas pierwsze mangowe eventy. Ale chyba nikt nie próbował łączyć ze sobą różnych komiksowych światów. A szkoda :( Owa synergia stylów mogłaby artystom oraz czytelnikom przynieść wyłącznie korzyści. Obecnie nadal, na wielu imprezach, funkcjonują obok siebie różne, pozornie obce inicjatywy. Takie związane ze sztuką Wschodu, na równi z komiksem europejskim oraz amerykańskim. Lecz wszelkie działania kumulują się niezależnie. Wyłącznie jako odrębne byty :(

W XXIwieku manga poszerzyła znacznie swoje dominium. Styl japońskiej sztuki komiksowej objął już wszystkie odmiany fantastyki. Od science fiction, poprzez fantasy do horroru. Nowelom graficznym nie obcy jest romans, kryminał, jak i wszelkie możliwe historie obyczajowe. Manga już dawno przekroczyła granice mediów. Oczywiście nadal jest obecna w komiksie oraz filmie (nie tylko animowanym). A także w muzyce. Japoński styl graficzny odcisnął swoje piętno w całej branży rozrywkowej. Zwłaszcza w świecie gier. Dość szybko, z artystycznej przestrzeni sztuki wizualnej przeniknął do biznesu. Stał się bardzo atrakcyjnym towarem konsumpcyjnym :(

Razem z mangą do naszego kraju przybyła moda na przebieranki. Przecież dziewczynki od zarania dziejów uwielbiały stroić się w różne fatałaszki. Co prawda, na amerykańskich konwentach miłośnicy komiksów wcielali się od dawna w postacie z ulubionych historii obrazkowych. Ale u nas, takie przedstawienia, były nowością. Sztuka japońskiego komiksu poszerzyła znacznie panteon bohaterów opowieści graficznych. Jednak wizerunki postaci akceptowane w kulturze wschodniej niekiedy znacznie odbiegają od norm przyjętych na Zachodzie. Szczególnie jest to dostrzegalne w szatach bohaterek komiksów, których stroje bywają dość wyuzdane. A przecież kreacje na eventach prezentują nierzadko osoby nieletnie. Lecz jak dotąd, wszyscy traktują cosplay jedynie, jak zabawę :)

Wydaje mi się, że obecnie kostiumowa forma wschodniej sztuki jest u nas najsilniej wyrażanym przejawem aktywności twórczej. Naturalnie autorki (ale też niektórzy autorzy), w swoich pracach, stosują często elementy rysunku mangowego. Ale rodzime komiksy w japońskim stylu są raczej rzadkością. Ponieważ, oprócz zdolności graficznych, autorom takich prac brakuje ciekawych pomysłów, zdolnych zainteresować większą grupę odbiorców. Natomiast rodzimi wydawcy wolą publikować znane oraz wypromowane na świecie, oryginalne opowieści mistrzów mangi, zamiast utworów rodzimych, początkujących adeptów rysunku. Dlatego autorki polskich komiksów we wschodnim stylu zdane są wyłącznie na niezależne, niskonakładowe edycje. Niestety, realizacje te są przeważnie odtwórcze. Niewiele mają wspólnego z kreatywnym działaniem :( Nic więc dziwnego, że cała uwaga entuzjastów mangi skierowała się w stronę cosplay :(

Jestem już starym dziadem :( Być może dlatego nie rozumiem swoistego fenomenu przebieranek za bohaterów komiksowych. Niewykluczone, że jest to nowa forma konwentowej zabawy. Na pewno także sposób na wyróżnienie barwnej osobowości spośród szarego tłumu otaczającej rzeczywistości. Przypuszczalnie również, doskonała okazja dowartościowania własnego ego... Czasami kreacje miłośników komiksu bywają interesujące. Są przecież oceniane przez „surowych” sędziów ze środowiska ;) Częściej jednak, stroje mangowych przebierańców stanowią kompromis, między dobrymi chęciami, a skromnymi możliwościami budżetu ich autorów. Niekiedy człowieki odziane w fikuśne fatałaszki wyglądają naprawdę fajnie. Wzbogacając tym samym wrażenia z każdej imprezy komiksowej. Często jednak wymyślny kostium spowija osobę, która zapewne nie posiada w domu lustra ;) Niewątpliwie cosplayowy event jest dużo łatwiejszy w przygotowaniu, niż impreza prezentująca bardziej istotne przejawy artystycznej aktywności. Dlatego orgowie wszelkiej maści lubią urządzać takie radosne spotkania, albo przynajmniej punkty programu. Wszak większość fanek mangi uwielbia przebieranki. I chyba każda z nich posiada własny kostium. Mozolnie wypracowany w domowym zaciszu (lub kupiony za ciężkie pieniądze). Do pełni szczęścia, na konwencie, zaledwie potrzebny jest dach nad głową. Albo łaskawa aura natury. Oraz odrobina hałasu :) Szkoda tylko, że oprócz źródeł inspiracji, fenomen cosplay niewiele ma wspólnego ze sztuką komiksową :(

Tekst został napisany człowiekiem. Obrazek stworzyła SI.

Zrób sobie festiwal

Legenda o złym Witku
- wstęp do nowej historii Festiwalu Komiksu w Łodzi
Nisza w niszy
- opowieść o miejscu bardzo przyjaznym organizatorom
Milczenie owiec (a raczej baranów)
- historia pewnego, tajemniczego spotkania
W krainie ślepców...
- poznajemy skład pierwszego dyrektoriatu
Komiksowa agencja wycieczkowa
- ciekawe podróże dyrektoriatu na sam kraniec świata
Wystarczy być...
- co należy robić, aby trwać na cieplutkim stołku
Wystawy...
- przeróżne wystawy oraz ekspozycje z festiwalem związane
Vox populi
- głos ludu stowarzyszonego oraz obcego
Dyrekcja cyrku w budowie
- odyseja ekipy orgów po ciekawych miejscach Łodzi
Orgi oraz woły
- o tych, którzy pomagają oraz takich, co tylko udają
Inwazja autografożerców
- plaga równie żarłoczna co agresywna, niczym szarańcza
Wartość dodana
- jak z niczego stworzyć coś wartościowego?
Przypadek Klossa
- niemoralna propozycja, przyjęta przez zwierzaka bez żadnej refleksji :(
manga
- komiks, albo przebieranka... wybór należy do Ciebie :)
...dla dzieci
- czy twórczość dla dzieci rzeczywiście musi być gorsza?

lutego 06, 2025

Trust2

Następny Komiks Forum, oprócz przedstawienia dorobku Miszcza, stał się również katalogiem jego wystawy urodzinowej. Nikomu to nie przeszkadzało, za wyjątkiem redaktora wiadomego magazynu z Poznania :( Ekspozycję prac Przemka zorganizowałem tradycyjnie, w jednej z galerii Łódzkiego Domu Kultury, w grudniu 1997roku. Natomiast publikacja stanowiła zwieńczenie pewnego okresu wydawania mojej antologii. Wreszcie zabrakło mi prywatnych środków, które od początku zasilały tworzenie kolejnych edycji Komiks Forum :(

Komiks Forum - Trust2 (grudzień 1997) - katalog wystawy urodzinowej Przemka Truścińskiego

Ponieważ jestem zdolnym kreatorem różnych okazji, urodzinowy event Przemka stworzyłem według sprawdzonego formatu. Od dłuższego czasu planowałem kolejną prezentację grafik Trusta. Artysta był w tym okresie bardzo płodnym twórcą komiksów. Dlatego zamierzałem raz jeszcze pokazać jego dokonania w mojej antologii. Wystawa była doskonałym pretekstem. Nowy Komiks Forum mógł przecież zostać katalogiem ekspozycji. Mnie to nie przeszkadzało :) Aby jednak lepiej sprzedać wydawnictwo, potrzebna była liczniejsza grupa ludzi (potencjalnych klientów), niż garstka znajomych oraz wielbicieli twórczości Trusta. Czyli musiałem zorganizować prawdziwą imprezę :) Wykorzystałem w tym celu pomysł Gwiazdki z Komiksem. Początek grudnia stanowił odpowiedni termin. Artysta naprawdę był zachwycony tak liczną publicznością, która przybyła „specjalnie” na jego urodziny, aby podziwiać nowe prace Miszcza. Dom Kultury także był kontent z komiksowego eventu, który został stworzony obcymi rękami (znowu). Naturalnie zasilił on konto inicjatyw tej placówki. Ponieważ, zazwyczaj w grudniu niewiele tam się nie działo. Wszyscy z utęsknieniem czekali na święta :( Zaiste, w temacie komiksu czyniłem w instytucji kultury znacznie więcej, niż wszyscy inni, pozostali zatrudnieni pracownicy razem wzięci. Przez cały okres ich kariery :( Natomiast dla mnie, kolejna gwiazdka była okazją do rozprowadzenia nieco większej ilości wydawnictw. Choć nie takiej, jakiej rzeczywiście bym pragnął :(

Antologię otwiera multiplikacja rysunków „z zeszytów”. Szkiców, projektów oraz pomysłów, z których autor korzystał tworząc swoje prace. To wyjątkowa, pod względem graficznym, edycja Komiks Forum. Ponieważ strony publikacji wypełnia ogromna ilość niesamowicie różnorodnych, aczkolwiek dość mrocznych, wizji artysty przeniesionych na papier. Niektóre z prezentowanych grafik ukazały się wcześniej w magazynach: Fantastyka, Talizman, Fenix, Magia i Miecz... Lecz na kartach antologii znalazły również miejsce prace dotąd nie pokazywane. Pierwszym komiksem jest ćwiczenie z Pracowni Projektowania Grafiki Wydawniczej, zabawny skecz „Divertimento opus 5”. Został on narysowany na podstawie znanego wiersza Jeremiego Przybory. Następny, fantastyczny „Łowca”, stworzony według pomysłu Tomka Kołodziejczaka, opowiada nieznaną przygodę bohatera. Jednak inną niż historia, jaka ukazała się pod tym samym tytułem w „Antologii komiksu polskiego” (wydanej przez Egmont w 2000roku). Short „Wirtualka” przedstawia interesujące spojrzenie Trusta na temat wirtualnej rzeczywistości. Świat dorosłych widziany oczami dziecka jest tematem pracy „Pajacyk”. Komiks ten powstał na bazie scenariusza Błażeja Kronica. Miałem olbrzymi problem z odpowiednią reprodukcją tej wyjątkowej pracy. Ponieważ autor malując kadry użył delikatnych, pastelowych barw, które niezwykle trudno przełożyć na odcienie szarości. Efekt końcowy mojego wysiłku nie jest zbyt zachwycający, lecz na pewno wykorzystałem możliwości druku w jednym tylko kolorze. Niestety, innej alternatywy wtedy nie miałem :( W publikacji pojawiły się także krótkie foto-impresje „Stworzenie Adama i Ewy” oraz „Kłótnia”. Plansze potwierdzające niesamowitą wszechstronność artysty w obszarach wielu różnych technik graficznych. Kontrowersyjna nowela „Radio” oraz kultowy, fantastyczny short „Podbój Księżyca” (wg pomysłu M. Jabłońskiego) zamykają prezentację komiksów Trusta. Zabawne, że tak rewelacyjna praca, nagrodzona w konkursie komiksowym, nie zyskała uznania ówczesnych redaktorów katalogu konwentowego i nie znalazła miejsca w publikacji eŁDeKu (?!) W antologii zamieściłem jeszcze fragmenty scenariusza Jacka Waliszewskiego oraz kilka plansz projektu „Nie Bajka”, który wtedy był w trakcie realizacji. Autorski materiał publikacji wieńczą, pochodzące również „z zeszytów”, wyjątkowe, osobiste przemyślenia artysty, dotyczące genezy jego twórczości.

Komiks Forum - Przemysław Truściński wydałem już „samodzielnie” w standardowym formacie, objętości oraz nakładzie. Nowa edycja antologii różniła się od poprzednich jedynie sztywniejszą, kartonową okładką. Niekiedy grafiki zamieszczone w publikacji zdają się być nieco zbyt ciemne. Ale taki mroczny charakter miała w tamtym czasie twórczość Przemka. Poza tym, forma prezentacji plansz stanowiła kompromis, między próbą oddania niuansów wykonania każdego rysunku, a możliwościami ówczesnej poligrafii. Od popełnienia błędu podczas składu dzieliła naprawdę niezwykle delikatna granica. Na przykład, w trakcie opracowania jednej z plansz „Nie Bajki” uwidoczniła się zmora pracy na niewielkim monitorze CRT (kineskopowym), który zawsze wyświetlał obraz bardzo kontrastowo. Toteż słabo były na nim widoczne drobne różnice tonalne. Dlatego dopiero po wydruku zauważyłem plamki mojego retuszu skanowanej grafiki, których nie byłem w stanie dostrzec podczas składu publikacji :(

Bardzo cenię twórczość Przemka. Zwłaszcza, że mam świadomość ile artysta włożył pracy w rozwój własnego talentu. Zazwyczaj był on skromnym kolegą. Jednym z grupy młodych autorów komiksów. Jednak czasami zachowanie Trusta bywało dość niepokojące. Chyba dawało znać o sobie swoiste „gwiazdorzenie” Miszcza ;) Rozumiem, że w tamtym czasie rysownik górował umiejętnościami oraz inicjatywą twórczą nad pozostałymi autorami ze środowiska. Lecz chyba nie był to powód, aby się wywyższać, albo zawłaszczać działania innych. Tym bardziej, że często aktywność Przemka, podczas organizacji różnych eventów, była czysto wizualna. Aczkolwiek zawsze, w trakcie wywiadów, mienił się tytułem orga. Nawet jeśli niewiele robił przy imprezie. Naturalnie był nieustannie aktywny duchem. Ale już ciałem, raczej niekoniecznie :( Przypominam sobie, jak podczas jednej z wystaw w eŁDeKu wnerwiony Sobieraj nazwał ironicznie Trusta „facetem z kwiatkiem”. Bowiem artysta snuł się po galerii z żonkilem w dłoni nie pomagając kolegom w przygotowaniu ekspozycji. Widocznie Przemek przybył wtedy wyłącznie dla towarzystwa, aby mentalnie wesprzeć ciężko pracujących (niczym muza :) Pamiętam również inny, „olbrzymi wkład pracy” Miszcza w organizację konwentu. Polegał on na „zdobyciu” kasety video z wypożyczalni, która znajdowała się sto metrów od jego domu.

Lecz moja współpraca z Trustem przebiegała na ogół sprawnie (do pewnego momentu). Często mogłem liczyć na rysunkową pomoc artysty przy moich różnych inicjatywach komiksowych. Byłem przecież pierwszym promotorem jego twórczości. Wszak opublikowałem dwie monografie Trusta, kiedy jeszcze niewielu interesowało się jego komiksami. Wszystko zmieniło się diametralnie gdy prace Przemka „odkryli” profesjonalni wydawcy. Zapewne poznali je głównie dzięki „występom” autora w Komiks Forum właśnie :) Nigdy nie oczekiwałem wdzięczności artysty, za mój wkład w popularyzację jego wczesnego dorobku twórczego. Organizację wystaw. Przygotowanie licznych publikacji oraz promocji. Ale nie spodziewałem się również, że moje działania ulegną totalnemu zapomnieniu ze strony Trusta :( Jednak „największą przykrość Miszcz sprawił mi kilkanaście lat później, kiedy zaczął mnie podejrzewać o robienie dodruków” Komiks Forum z jego udziałem... Pisałem już o tym.

Po unikalnym dniu premiery każdy kolejny Komiks Forum sprzedawał się kiepsko, żeby nie powiedzieć tragicznie :( Woziłem moje antologie na wszystkie krajowe eventy, w których brałem udział. Czasami sprzedawałem kilka egzemplarzy komiksu. Lecz przeważnie chętnego znajdowała tylko jedna sztuka (?!) mojego wydawnictwa :( Widocznie czytelnicy, fanatycy literatury obrazkowej oraz zbieracze wszelkiej maści historyjek ilustrowanych zaspokajali swoje potrzeby wyłącznie podczas premiery publikacji. Zatem możliwości dystrybucji Komiks Forum ograniczały się zaledwie do nielicznych, branżowych imprez oraz jednej księgarni w Łodzi :( Wiedziałem, że spora liczba potencjalnych odbiorców jest poza moim zasięgiem. Lecz wszelkie próby zmiany tej chorej sytuacji powodowały dalsze koszty, a nawet spore straty (przykład: Komiksland). Brak środków za niesprzedane egzemplarze antologii był jednym z powodów mojego zniechęcenia pomysłem dalszego promowania młodych polskich twórców komiksu. Wszak ile jeszcze miałem dokładać do tego nierentownego „interesu”?!

W czasach sprzed Internetu wyniki sprzedaży Komiks Forum były ważną oznaką popularności antologii. Lecz dla mnie nie najważniejszą. Pozytywne opinie znajomych, znawców komiksu, dotyczące publikacji, utwierdzały mnie w przekonaniu, że robię „dobrą robotę”. Jednak grono koneserów zacnych opowieści graficznych nie było wtedy zbyt liczne. Poza tym, widywałem ich niezmiernie rzadko. Przeważnie raz do roku, na konwentach :( Natomiast zwykli czytelnicy komiksów raczej nie interesowali się, kto jest wydawcą Komiks Forum. Ich uwagę z reguły zaprzątały tylko nowe, ciekawe historie obrazkowe. Jednak rzadko który odbiorca dzielił się listownie własną oceną poznanych prac :( Brak szerszego odzewu czytelników był również powodem kolejnej mojej rozterki. Zacząłem wtedy zastanawiać się, po co w ogóle wydaję komiksy?

Zapewne nie bez znaczenia, na kontynuowanie publikowania komiksów młodych adeptów dziewiątej sztuki, była ocena mojej pracy w ówczesnych mediach branżowych. A zwłaszcza w jednym, magazynie AQQ. Pismo to, dzięki większemu nakładowi oraz stosunkowo dobrej sieci dystrybucji, było najbardziej opiniotwórczym nośnikiem informacji z dziedziny rodzimego komiksu (do połowy lat .90 ubiegłego wieku). Poznański magazyn pokazywał również historie obrazkowe młodych twórców. Pozornie więc Komiks Forum stanowił dla niego konkurencję. Jednak w piśmie nadal zamieszczano wiele kiepskich prac. Chociaż czasami pojawiały się ciekawe komiksy. Zresztą porównanie obu wczesnych, niezależnych publikacji jest dla AQQ, obiektywnie rzecz biorąc, druzgocące na każdym polu (jakość komiksów, zawartość i opracowanie materiału). Niemal każdy czytelnik był w stanie potwierdzić moją opinię. AQQ było co prawda fajne, ale Komiks Forum znacznie lepszy :) Jedynie część informacyjna pisma stała na pewnym poziomie, lecz często dość dalekim od doskonałości :( Jest mi niezmiernie przykro, że redaktorzy poznańskiego magazynu, miast zadbać o poprawę jakości własnego periodyku, poszli na łatwiznę w „walce z konkurencją” deprecjonując moją antologię w swoich tekstach. Często zarzucali mojej publikacji wydumane błędy, których sami popełniali mnóstwo... „cudze ganicie, swego nie znacie” ;) Tak samo było w przypadku siódmego Komiks Forum. Nawet nie mam ochoty cytować głupot zawartych w ich „recenzji” antologii :(

Pod koniec 1997roku, zabrakło mi pieniędzy na dalsze rozpowszechnianie nowych, rodzimych komiksów. Odzew czytelników, kiedy antologia pojawiła się na ubogim rodzimym rynku komiksowym, również był znikomy. Nawet nie byłem pewien, czy zwolennicy nowych historii obrazkowych w ogóle istnieją? Pismaki z getta oczywiście nadal zażarcie zniechęcali odbiorców do mojej inicjatywy... W ten oto sposób nastąpił koniec pewnego okresu wydawania przeze mnie komiksów :( Umarł Komiks Forum. Niech żyje Komiks :)

Tekst został napisany człowiekiem.

Nieznana historia Komiks Forum

Numer pierwszy
- komiksy łódzkiej grupy Contur
Trust
- monografia Przemka Truścińskiego, komiksy, grafiki
Naznaczony Mrokiem
- historie fantasy oraz „komiks życia” Wojtka Birka
Czas Komiksu
- nowa antologia, nowa nadzieja dla komiksu polskiego
Studio Komiks Polski
- komiksy bydgoskiej grupy Studio Komiks Polski
100lat Komiksu
- katalog konkursu komiksowego (luty 1996)
Świat Komiksu
- moja alternatywa publicystyczna :)
Warszawa w Łodzi
- prezentacja komiksów ze stołecznego środowiska autorów
Komiksland
- pierwszy w Polsce sklep komiksowy z prawdziwego zdarzenia
Stulecie Komiksu
- wydanie specjalne z okazji stulecia dziewiątej sztuki
Trust2
- katalog wystawy urodzinowej Przemysława Truścińskiego
Komiks 98
- katalog wystawy konkursowej Konwentu Twórców Komikisu

...może to wydać się dziwne, ale nadal (po trzydziestu latach) posiadam niesprzedane egzemplarze Komiks Forum z tamtego okresu (w stanie magazynowym). Jeśli więc komuś brakuje któregoś egzemplarza mojej antologii, mogę go w prosty sposób uszczęśliwić :) Wystarczy, że do mnie napisze.