września 25, 2026

ipo festiwalu 2026

Co roku fascynuje mnie bardzo moje psychiczne zaangażowanie w stosunku do łódzkiej imprezy komiksowej w Atlas Arenie. Nawet kiedy dwa lata temu orgowie „zapomnieli” mnie zaprosić czułem się dość dziwnie. Szczególnie, kiedy dzwonili do mnie koledzy komiksiarze (nienawidzę tego słowa), zaniepokojeni moją nieobecnością na kiermaszu. Wszak bywałem na nim od początku istnienia imprezy. Ba. Nawet go stworzyłem i przez niemal trzydzieści lat organizowałem. A ponieważ moja obecna sytuacja finansowa nie jest zbyt zachwycająca, niektórzy proponowali nawet ufundowanie mojej skromnej osobie bilet na rok kolejny. Ostatnio, znajoma dowiedziawszy się, że to ja stworzyłem Festiwal Komiksu (wcześniej impreza nosiła miano: Konwent Twórców Komiksu) zapytała: czy otrzymuję tantiemy za wykorzystanie moich pomysłów? A może odnoszę jakieś inne korzyści związane z wieloletnim wysiłkiem realizatora (pisałem o tym już w „13lat prowizorki”).. Wydawałoby się czymś naturalnym uhonorowanie starego orga wejściówką na imprę, którą współtworzył przez lata.. Ale nie w świecie Mamuta :( Tutaj muszę za każdym razem prosić dyrektoriat o darmowy bilet oraz skrawek podłogi na giełdzie, którą wymyśliłem :(

mój tegoroczny kram festiwalowy, nadal obok wielkiego stoiska Ryśka z klanu :)

Co roku, przed kolejną edycją festiwalu, dopada mnie syndrom organizatora. Mimo, że od kilku lat nie pełnię już tej funkcji. Zawsze, na kilka dni przed imprezą ogarnia mnie pewien niepokój. Nocą udaje mi się przespać jedynie trzy godziny. Budzę się zmęczony i wiem, że już nie zasnę :( Myślę.. Podejrzewam, że nadmierne myślenie przyczyni się kiedyś do zagłady całej ludzkości.. Jeśli oczywiście wcześniej nie wygubi człowieków ta straszna Sztuczna Inteligencja ;)

Co roku niecierpliwie wyczekuję kolejnej edycji komiksowego konwentu. Ale kiedy się już zacznie, chciałbym żeby jak najszybciej się zakończył. Bo zamiast radości, wynikającej z chęci spotkania wielu znajomych. Jak również przekazania miłośnikom komiksów archiwalnych, oryginalnych wydawnictw, które zalegają półki w mojej małej kawalerce, jeszcze od czasu Komikslandu Kuźniaka. Czuję tylko rozgoryczenie powodowane zmęczeniem oraz brakiem możliwości pełniejszego udziału w evencie. Bowiem zawsze jestem „przykuty” do swojego stoiska :(

Zanim jednak przejdę do bardzo osobistej relacji z tegorocznej imprezy, chciałbym w tym miejscu złożyć szczere podziękowania Mamutowi. Za to, że po latach udostępnił uczestnikom Festiwalu Komiksu główne wejście do Atlas Areny. Tym samym, umożliwił swoim czynem powrót komiksowych dinozaurów na zajmowane onegdaj „pielesze” :) Osobom na wózkach, łatwiejszy dostęp do wind. Sprawniejszym uczestnikom, kilka wygodnych klatek schodowych. A wystawcom, lepsze wykorzystanie jedynej na tym poziomie rampy wyładowczej.. Domyślam się, że owa decyzja była dla zwierzaka olbrzymim poświęceniem. Użyczając wejścia VIP spoconym, cuchnącym, zwykłym miłośnikom komiksu, biedak musiał teraz sam przeciskać się przez rozentuzjazmowaną tłuszczę „komiksowych zombie”. Tym bardziej postanowienie dyrektora godne jest pochwały oraz gorących podziękowań :)

Przepraszam za brak większej ilości fotek w moim tegorocznym wpisie. Ale nie lubię zamazywać twarzy na zdjęciach. A taka moda nastała ostatnio w sferze informacyjnej naszych mediów. Jestem natomiast pewien, że na lepszych portalach branżowych oraz tych, które dostarczają „muchom” różnych, pospolitych wieści, można znaleźć sporą ilość świetnych zdjęć z łódzkiej imprezy :) Na ilustracji niniejszego tekstu pozwoliłem sobie tylko pokazać moją najnowszą konstrukcję z tektury, z której wykonania jestem bardzo dumny. Być może poznają mój „kieszonkowy kram” na żywo goście innych imprez, w różnych miastach naszego pięknego kraju :) Czekam na zaproszenia.

Z korytarzy o-ringu Atlas Areny zniknęła jeszcze wątpliwa atrakcja poprzedniej edycji festiwalu. Mianowicie, potykacze skrywające kable energetyczne, ale też skutecznie utrudniające spacery gości między stoiskami. Orgowie konwentu odkryli, że przewody z prądem można umieścić wysoko nad głowami przechodniów, tak jak to jest robione od lat na innych normalnych imprezach, na całym świecie.

Lecz nagłośnienie płyty boiska nie zmieniło się wcale. Niekiedy przykra „muzyka” była wyraźnie odczuwalna nawet przy moim kramie. Dwa piętra wyżej i kilka ścian dalej. Ale to przecież jest znak firmowy imprez tworzonych przez ekipę zwierzaka.. Kiedy przez moment udało mi się uwolnić od mojego stoiska i robiąc fotki „dla pamięci” przechodziłem obok sceny, na której jakiś koleś napier.. oznajmiał eventowe banały, czułem wręcz ból w uszach podczas jego wynurzeń. Pomimo tego, że jestem już trochę głuchy.. W ubiegłym roku pokaźną przestrzeń dość blisko estrady zajmowało duże stoisko firmy Yatta. Obecnie sprzedawcy uciekli na drugi koniec hali. Byle dalej od hałasu ze sceny. Ekipa nowych orgów Mamuta nigdy nie mogła zrozumieć, dlaczego uczestnicy strefy targowej tak niechętnie stawiają swoje kramy na arenie. Naturalnie za wyjątkiem tych człowieków, którzy do pracy w ekstremalnych warunkach zostali zmuszeni. Zwykłych pracowników handlowych gigantów. Tym razem, na utratę słuchu zostali skazani szeregowi robole z EC1. Ogromna konstrukcja firmy (kto bogatemu zabroni szaleć, za pieniądze uczestników festiwalu) znajdowała się najbliżej sceny, więc przyjmowała cały impet „fali uderzeniowej”. Na przyszłość radzę biedakom obsługującym stoisko organizatora festiwalu rejestrowanie „dźwięków” aplikacją mierzącą decybele. Na pewno ułatwi to pozyskanie właściwego odszkodowania.. A może pomogą zatyczki w uszach i obsługa klientów językiem migowym ;)

Egmont częściowo odgrodził się od hałasu solidną ścianą. Było to największe stoisko na całej imprezie. Szkoda tylko, że doświadczeni, najstarsi stali wystawcy ze strefy targowej festiwalu nie wykorzystali (jak kiedyś) przestronnego holu, zaraz za głównym wejściem do Atlas Areny. Miejscem, z którego roztacza się najlepszy, bardzo spektakularny widok na całą arenę. Pozostali handlarze na płycie boiska starali się za wszelką cenę odizolować od „emanacji” sceny. Z różną skutecznością. Natomiast niemal wszyscy byli do estrady odwróceni dupą :(

Oferta targowa była typowa dla większości imprez komiksowych lat ostatnich. Uczestnikom festiwalu oferowano sporo rodzimych publikacji obrazkowych. Wśród nich można było dostrzec liczną grupę polskich autorów. Co bardzo cieszy. Lecz gros naszych twórców prezentowała swoje prace jedynie w sferze niezalu.. Dzięki temu, że obecnie rynek zasila wiele podmiotów wydawniczych (większych i mniejszych), nowych propozycji dla miłośników literatury obrazkowej jest naprawdę mnóstwo. A to cieszy podwójnie :) Naturalnie, standardowo w ofercie targowej znalazło się multum „dziewczyńskich” mang oraz różnych pluszaków, figurek, ciuszków, plakatów oraz innych, nikomu nie potrzebnych do życia gadżetów.. Niektórzy wystawcy trafili na kiermasz celowo. Lecz znalazło się kilka nowych, przypadkowych stoisk, zachęconych lukratywną perspektywą przez sprytnych orgów. Obsługa tych straganów ewidentnie się nudziła, ponieważ zainteresowanie ich kontentem było raczej niewielkie. Pewnie w kolejnej edycji zrezygnują z udziału w targach. Jak wcześniej wielu innych, zacnych poprzedników oferujących treści, które nie trafiały w gusta eventowych gości.

Tym razem na arenie nie spotkałem wielu znajomych. Jedynie Krzysia Ostrowskiego ze wspólnikiem. Oferowali oni cenione przez siebie albumy zza lady własnego wydawnictwa. Kolegę z Jarmarku Dominikańskiego, który obecnie handluje grami na konsole. Oraz starego handlarza „żołnierzykami” różnej wielkości oraz maści, który ostatnio poszerzył swoją ofertę o broń białą. Nie miał jednak Excalibura, więc nie dałem mu zarobić ;) Być może pozostali znajomi z branży zrezygnowali z festiwalu, ze względu na rosnące (z roku na rok) koszty udziału w imprezie. Albo umarli, jak Biskup i kilku moich starych kumpli :( Chyba poważnym argumentem absencji stałych sprzedawców jest mniejsza ilość klientów, których spora liczba została „uśmiercona” ceną biletu wstępu na imprezę, jeszcze przed konwentem :( Jednak zachłanność orgów w stosunku do eventowych geeków ma swoje granice.. Pisałem już o tym i na pewno, nie raz napiszę jeszcze..

Natomiast na o-ringu panował prawdziwy jarmark rozmaitości, oferowanych przez drobnych kramarzy. Ogromna popularność miejsca powstała za sprawą niższych kosztów mniejszego stoiska (na ladach szatni oraz małych stolikach). A także, ograniczonej dawki hałasu z boiska. Dominował tutaj, jak zwykle, przeróżny szrot mangoidalny oraz czarodziejsko-szatanistyczny ;) Lecz były też „profesjonalne” kramy mniejszych, rodzimych wydawców (mniejszych potencjałem finansowym, lecz nie ofertą :) Jak również ekspozycje kilku popularnych autorów komiksów, na których twórcy wrysowywali autografy swoim fanom. W korytarzach Atlas Areny można było dostrzec wiele ofert „niezalu”. Szkoda tylko, że nadal stoiska młodych autorów (często również samoistnych wydawców) były rozproszone oraz przedzielone przypadkowym kontentem. Wszelako tym razem, kilku grafikom słońce już nie świeciło w plecy, utrudniając znacznie rysowanie. Bowiem duże okna na świat mieli przed sobą. Mogli więc swobodnie pracować na dobrze oświetlonej planszy :) Ciekawe, czy to był przypadek? A może wreszcie, celowe działanie orgów? Proponuję jednak na przyszłość umieszczać kramy rysowników w jednej strefie. Najlepiej za ladą w szatniach Atlas Areny. Wtedy autorzy komiksów będą wśród „swoich”, a żaden zaaferowany fan nie będzie „wisiał” bezpośrednio nad głową pracującego twórcy :)

Wspomniałem już, że stoiska komiksowych dinozaurów trafiły na właściwe, zajmowane onegdaj przez dekadę miejsce. Była to chyba jedyna (choć nieduża) przestrzeń na całej imprezie, w której można było zobaczyć stare komiksy (zarówno polskie, jak i zagraniczne). Gdyby tej oferty zabrakło, wielu miłośników historii ilustrowanych utraciłoby sens przyjazdu na festiwal. Nowe tytuły można przecież otrzymać pocztą. Nie trzeba więc na zakupy wlec się do Łodzi oraz płacić koszmarnych cen za bilety wstępu na imprezę. Pomyślcie, ile za te zaoszczędzone pieniądze można byłoby kupić komiksów :) Ale nie martwcie się. Mamut na pewno wypije Wasze zdrowie, podliczywszy zyski po konwencie.

W tym roku ceny biletów wstępu oraz opłata za wynajęcie stoiska na festiwalu znowu wzrosły. Orgowie musieli przecież pokryć własne koszty. Impreza wszak potrzebowała aż dwóch scen, oświetlonych gigantycznymi ekranami. Hałas z estrady zazwyczaj również zużywa dużo kosztownego prądu. Lecz przecież zwierzak miał obowiązek jakoś zadowolić znajomych kontrahentów.. Odkąd pamiętam, Mamut marzył zawsze o portalu wejściowym. I ma :) Dobrze, że w tym roku ekrany umieszczone w konstrukcie nie świeciły w pustkę, tylko informowały miasto gdzie odbywa się event.. A niezbyt skromne stoisko EC1? Przecież organizator imprezy nie płacił za stylowe ściany oraz aranżację, na której prezentował trzy komiksy i kilka koszulek firmowych. Bo niby komu miał zapłacić? Sobie?! Ponadto dyrektor dość często, lekką ręką obdarza różnych przyjaciół przestrzenią targową, ładnie zabudowaną.. A to nie są tanie rzeczy ;) Ktoś musi za nie zapłacić :(

Łódzka impreza zapewne podobała się wielu uczestnikom. Goście chyba też byli ukontentowani. Niektórzy wystawcy zarobili trochę grosza. Inni tylko cieszyli się ze spotkania starych znajomych. Ja należałem do tej ostatniej grupy. Tradycyjnie przycupnąłem z moim nowym, tekturowym stoliczkiem, zajmującym jedynie 40 centymetrów podłogi, obok potężnego, bogatego stoiska Ryśka z klanu (ale innego :) Prezentację swojej oferty uzupełniłem ekspozycją komiksów, która kiedyś przeszkadzała „strażakowi”.. Niestety, moje starania wystawowe nie odniosły oczekiwanych skutków.. Obecnie w Stanach dowolny zeszyt z historią obrazkową kosztuje (w przeliczeniu) około 20 złotych. Natomiast komiksy z mojej kolekcji, które ukazały się ponad ćwierć wieku temu oraz posiadały znamienitych autorów, a dzisiaj są na naszym rynku przeważnie rzadkie (niektóre wręcz unikalne), na ogół wyceniałem połową tej kwoty. Jednak mimo atrakcyjnej oferty, znacznie poniżej nominalnej wartości, moje zeszyty nie cieszyły się zbytnią atencją wśród odwiedzających giełdę fanów. Drugiego dnia eventu (w niedzielę) utargowałem jedynie 200 złotych. Co raczej nie zwróciło mi kosztów, które przeznaczyłem kiedyś na zakup tych wydawnictw. Ani nie wynagrodziło wysiłku jaki poniosłem na przygotowanie kramu :( W sobotę było nieco lepiej. Ale i tak się cieszę. Ponieważ najbardziej zależało mi na przekazaniu moich zbiorów innym miłośnikom komiksu. Szkoda by mi było, gdyby fajne historie nadal zalegały na bibliotecznych półkach. Dlatego czasami dodatkowo obniżałem jeszcze cenę. A co szósty zeszyt był gratis :)

Jednak najbardziej radowało mnie to, że mój kramik przyciągał znajomych, których nie widziałem od roku (a niektórych znacznie dłużej). W pewnym momencie imprezy przysiadł do mnie Doktor Birek. On też sprezentował mi nowe wydanie „Naznaczonego Mrokiem” (aż z dwoma, kolorowymi wrysami :) którego przecież byłem pierwszym wydawcą (w Komiks Forum). Chwilę rozmawialiśmy o pięknej edycji „Kultury Gniewu” kiedy pojawił się Doktor Szyłak. Niestety, nie miałem już dla niego wolnego krzesełka :( Miejsce zgromadzenia takich autorytetów komiksowych zwabiło wkrótce innych znajomych :) Aż tu nagle pojawił się Mamut, aby przywitać moich gości. Przypomniałem sobie wtedy, że niektórzy twórcy oraz leciwi działacze na niwie komiksowej zbliżają się do wieku emerytalnego. Co niestety wiąże się z coraz bardziej postępującą entropią organizmu człowieków :( Dlatego można by było dla nich urządzić w targowej strefie festiwalu niewielki klub seniora (ze dwa stoliczki i kilka krzeseł w jednej z szatni, które zazwyczaj są częściowo puste).. Jednak moja propozycja nie spodobała się zwierzakowi. Skwitował ją jakąś kąśliwą uwagą (chyba zabawną, w jego stylu) i potruchtał dalej.. Dlatego na giełdzie klubu seniora raczej nie będzie :( Lecz najbardziej zasłużeni (w mniemaniu dyrektora) są dopuszczani do strefy VIP, na wyższym piętrze Atlas Areny.. Nigdy nie dostąpiłem tego zaszczytu :(

Mimo wszystko, mnie również impreza się podobała. Głównie za sprawą spotkań towarzyskich oraz nieznacznego odciążenia „nawisu Kuźniaka”. Komiksów nie kupiłem żadnych, lecz kilka otrzymałem w prezencie :) Tym razem mniej mi przeszkadzały stoiska ustawione w zbyt wąskich przejściach. Co roku tworzące natłok gości w tych samych, ciasnych miejscach. Brak światła w kiblach, poza oficjalnymi godzinami otwarcia eventu. Kiedy impreza jest organizowana przez sporą liczbę pracowników i wystawców.. Następnym razem wezmę z domu „czołówkę” :)

Tekst został napisany człowiekiem. Fotkę też zrobił Witek.