czerwca 05, 2026

Podziękowania dla likwidatora

Nawet najdłuższy komiks „czyta się” dość szybko. Lecz tylko idiota może pomyśleć, że ilustrowaną opowieść tworzona jest niewiele dłużej :( Autor, który kiedykolwiek spróbował narysować historię za pomocą obrazków wie doskonale, iż nawet najskromniejsza nowelka wymaga poświęcenia jej sporo czasu i energii. Sam pomysł, nawet genialny, nie wystarczy. Należy go sprawnie przenieść z głowy do formy rysunkowej. Ilustracje powinny być czytelne oraz zrozumiałe dla innego odbiorcy (nie tylko dla samego twórcy). Do tego celu może posłużyć scenariusz oraz znajomość języka medium, w którym twórca dokonuje dzieła. Następnie zapisany przekaz myśli trzeba jeszcze „przelać na papier” (analogowy lub wirtualny). I wtedy komiks jest już gotowy! Czasami po tygodniu, miesiącu, roku pracy... Na przykład: podczas organizowanego przeze mnie Stulecia Komiksu (w roku 1996) Jerzy Ozga narysował w godzinę, na olbrzymiej planszy (na sztaludze), ciekawą historię z Supermanem. Ale znam też kogoś, komu stworzenie dwudziestu stron komiksu zajęło dziesięć lat ;) Oczywiście, obie prace zamieściłem niegdyś w Komiks Forum :)

W początkach historii nowego polskiego komiksu młodzi twórcy, organizatorzy pierwszego konwentu komiksowego (w roku 1991), mieli świadomość, że dłuższa opowieść ilustrowana jest sporym wyzwaniem dla każdego autora. Zbyt poważnym, aby takiego zadania podjął się człowiek nie mający pewności, czy jego praca zostanie doceniona lub opublikowana. Bowiem w tamtym czasie nie było wydawców zainteresowanych prezentacją dzieł debiutantów. Dlatego conturowcy wymyślili „konkurs na krótką formę komiksową”. A dzięki towarzyszącej konwentowi wystawie, wreszcie pojawiła się dla autorów szansa na publiczne pokazanie ich dzieł. Zasady konkursu ograniczały ilość stron komiksu do dziesięciu plansz, więc każdy zainteresowany twórca był w stanie poświęcić nieco czasu na sprawdzenie własnych możliwości w nowym medium. Jednocześnie nakład pracy potrzebny do realizacji obrazkowej noweli nie kolidował zbytnio z innymi zajęciami autora. W tamtym okresie dominował poważny deficyt scenarzystów komiksowych (niewiele zmieniło się do dziś). Dlatego twórca zazwyczaj był samotnikiem. Ale w tych pierwszych komiksach scenariusz nie był tak istotny. Ważniejsza była wizja młodego rysownika przeniesiona na papier. Mimo to, w kolejnych latach, na konwentowej wystawie pojawiało się wiele interesujących historii obrazkowych godnych publikacji... Dlatego zacząłem wydawać katalogi konwentowe :)

Owo eldorado dla ambitnych grafików trwało przez lata. Nawet ekipa nierobów Mamuta początkowo nie odważyła się zmienić tradycyjnego porządku rzeczy. Co roku, w trakcie konkursu, młodzi twórcy mieli wreszcie możliwość ukazania własnych zdolności rysunkowych. Łódzki konwent, a następnie Festiwal Komiksu był jedyną (w naszym pięknym kraju) imprezą, która oferowała tak szeroki zakres prezentacji dorobku komiksowych pasjonatów. Z tego artystycznego urodzaju korzystały zarówno pojawiające się nowe, niewielkie wydawnictwa niezależne, jak i rynkowi potentaci. Dzięki materiałom z konwentu mógł powstać Komiks Forum, Czas Komiksu, Arena Komiks... Nawet ekipa AQQ „maczała” często swoje palce w materiałach eventowych :) Lecz wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć :(

Przygotowanie konkursu nigdy nie należało do najłatwiejszych zadań dla festiwalowych orgów. Prace rysunkowe przybywały pocztą z całego kraju. A dzięki moim ówczesnym zabiegom, nawet zza granicy :) Komiksy należało opisać i przygotować do ekspozycji. W konkursie otwartym dla wszystkich zainteresowanych poziom prac bywał bardzo różny. Niekiedy zdarzały się plansze genialne, które zachwycały organizatorów. Lecz często pojawiały się też rysunki niegodne prezentacji. Zazwyczaj takie „dzieła” trafiały również na wystawę konkursową (zamiast do „kosza” ;) Przeważnie nikt nie dbał o wizerunek całej galerii. A tym samym, o poziom rodzimego komiksu. Tylko raz, kiedy sam objąłem funkcję komisarza wystawy, nie pozwoliłem na ekspozycji umieścić kilku grafomańskich wypróżnień. Oczywiście nadal wszystkie komiksy konkursowe podlegały ocenie jury. Bez względu na jakość ukazanego materiału. Tylko niektóre nie znalazły się na „mojej” wystawie. Lecz wtedy także opinia sędziów była zgodna z moją :)

Aby publicznie zaprezentować konkursowe prace zawsze niezbędna jest spora galeria. Duże sale z odpowiednim wyposażeniem są zazwyczaj dość kosztowne. Niestety, komiksy na ekspozycji z reguły nie „wieszają się” same. Dlatego do utworzenia pokazu potrzebna jest także „siła robocza”, nadzorowana przez kuratora. Nie należy również zapominać o ochronie wystawianych dzieł. A przynajmniej, zatrudnieniu „babci wystawowej” (nie mylić z klozetową :) Z przykrością stwierdzam, że to wszystko ma swoją wartość :(

Zaproszenie jurorów do oceny prac jest kolejnym poważnym kosztem organizacji konkursu komiksowego. Wszystkim sędziom trzeba przecież zapewnić właściwe honorarium. Natomiast przyjezdnym, godny nocleg, wyżywienie oraz zwrot kosztów podróży. Nikt nie będzie pracował za darmo :( W początkowych latach konwentu, aby ograniczyć wydatki (bo środków na organizację eventu było tyle, co kot napłakał), powołałem Akademię Komiksu. Konkursowe prace oceniali wówczas pro bono odwiedzający imprezę goście (tylko uznane autorytety oraz ludzie zawodowo zajmujący się komiksem). Lecz mój pomysł nie przyjął się na stałe. Pisałem o tym w „13lat prowizorki”... Czasami zdarzało się, iż niektórzy sędziowie nocowali w mojej kawalerce. Musiałem wtedy również ich karmić ;)

W drugim roku łódzkiego konkursu komiksowego wydałem własnym sumptem (w niewielkim nakładzie) katalog konwentowy. Pisałem już o tym na blogu... Od tamtej edycji, moja publikacja towarzyszyła każdemu jesiennemu spotkaniu z komiksami. Do czasu... W kolejnych latach, ten szczytny obowiązek przejął eŁDeK, nominalny organizator imprezy. Ale ostatnio, katalog już „męczyła” tylko ekipa Mamuta... Oczywiście, wydawanie antologii festiwalowej stwarzało zawsze wiele problemów. Oprócz sporego wysiłku, którego wymagało przygotowanie publikacji. Druk wybranych komiksów był znacznym obciążeniem dla budżetu każdej imprezy. Co roku należało bowiem zdobyć na ten cel dodatkowe środki. Na szczęście, „starym” orgom przeważnie to się udawało… Napiszę o tym jeszcze :)

Jednak największą zmorą organizatorów, którzy po imprezie zostali na festiwalowym „placu boju”, było nieustannie odsyłanie prac autorom. Należało przecież sprawnie i szybko usunąć komiksy z wystawy. Następnie dobrze je zapakować, żeby ich poczta nie „pożarła” w drodze do autora :( Chyba czasami dorzucano jeszcze do paczki gratisowe katalogi (egzemplarze autorskie). Co według orgów powiększało tylko straty (?!). Kiedyś sam walczyłem z Sobierajem o przestrzeganie honorowania twórców. Niestety, nie wiem z jakim skutkiem. Bo podczas pakowania przesyłek byłem raczej nieobecny (nie z własnej winy :( Tymczasem nadal odsyłanie prac konkursowych generowało dalsze koszty. Zarówno finansowe. Jak i społeczne ;) Ktoś musiał wreszcie to zmienić...

Wobec wyżej wymienionych problemów, które wiązały się z realizacją tego przedsięwzięcia, nasuwa się pytanie. Czy konkurs „na krótką formę komiksową” był potrzebny? Ja zawsze uważałem, że lepiej pokazać swoją pracę publicznie, niż chować stworzone z mozołem plansze w szufladzie. Myślę, że wielu autorów jest podobnego zdania. Natomiast jestem pewien, iż czytelnicy popierają moją tezę w stu procentach. Łódzki konkurs komiksowy był „trampoliną do kariery” dla wielu młodych autorów (choć brali w nim udział również starsi :) Przez kilka dekad stanowił jedyną możliwość prezentacji własnej twórczości komiksowej. Pełnił niebagatelną rolę w upowszechnianiu dziewiątej sztuki w naszym kraju… Ale tego konkursu już nie ma :(

Miejsce wyzwania dla wybornych nowel rysunkowych, które przecież gościły często na festiwalowych ekspozycjach (oraz w katalogu), zajął konkurs „na projekt publikacji komiksowej”. Tytuł równie dziwny, jak poprzedni :( Początkowo myślałem, że nowa oferta zwierzaka skierowana jest wyłącznie do wydawców. Bowiem nie wyobrażałem sobie, że rodzimy twórca (który zazwyczaj nie ma zbyt wiele czasu na poważniejsze przedsięwzięcia) zechce trwonić dni, miesiące na fanaberię rysowania obrazkowej historii „do szuflady”. Ponieważ szanse na publikację jego pracy (w tak wymyślonym konkursie) są raczej niewielkie :(

Rzekomo, wśród czytelników najbardziej popularne są albumy. Kiedyś, jeden z mniejszych wydawców żalił się, że zbiory komiksowych nowel słabo mu się sprzedają. Odbiorcy ilustrowanej treści wolą dłuższe formy wypowiedzi (albumy). Lecz przeczą temu wieloletnie sukcesy magazynów komiksowych (takich jak Relax, czy Metal Hurlant...), które bardzo chętnie na własnych łamach zamieszczały „krótkie formy komiksowe” :) Zapewne sukces każdego wydawnictwa zależy bardziej od jakości publikowanego materiału, niż jego obszernej treści. Niestety, nie wszyscy o tym pamiętają :( Raczej nie jestem przeciwnikiem albumów. Choć uwielbiam „krótkie formy”. Lecz chyba żaden szanujący się twórca komiksowy nie wymyśli ad hoc historii na 40 plansz, nie mając pewności, iż jego pracę poznają czytelnicy. Naturalnie wyjątkiem są grafomani, którzy potrafią wypróżniać z siebie kadry z chorobliwą wręcz intensywnością :(

Tymczasem Mamut jedną decyzją pozbył się kłopotu, który „spędzał mu sen z powiek” przez lata… Teraz, na jego nowy konkurs napływają tylko fragmenty historii, które jedynie jurorzy są zmuszeni czytać (bo płaci im za to). Podobno autorzy tych „szczątków” nie chcą pokazywać swoich prac na wystawie, żeby bezcennych pomysłów „nie skopiowała konkurencja” (?!). Tak jakby na festiwalu roiło się od komiksowych szpiegów, łaknących cudzej własności intelektualnej ;) Ale w takiej sytuacji, konkursowa ekspozycja raczej nie powstanie. Zbędna jest więc kosztowna galeria. Już nie potrzeba kuratora ani jego niewolników (pomocników) wieszających prace. Same oszczędności :) Ponieważ nie będzie wystawy prac konkursowych, nie ukaże się również katalog imprezy. Bo i po co? Odpada więc ciężka praca podczas przygotowania materiału. Znikają też koszty druku tradycyjnego wydawnictwa. Czyli następne korzyści ;) Fragmentów prac nie trzeba też nigdzie odsyłać, bo są to przeważnie kopie. Poza tym, większość z nich przybywa via Internet, więc Poczta Polska na konkursie nic nie zarobi :( Doprawdy, nowa formuła konkursu komiksowego posiada same zalety! Czyż to nie było genialne posunięcie jedynego demiurga festiwalu? Bez wątpienia zwierzak jest najlepszym organizatorem :(

Z pierwotnego konwentu pozostał więc tylko mój kiermasz, który ekipa orgów skutecznie zamieniła w komercyjny „jarmark rozmaitości”. Gdzie dla komiksu jest coraz mniej miejsca :(

Tekst nadal został spisany człowiekiem. Natomiast obrazek stworzyła, nielubiana przez wielu twórców, sztuczna inteligencja :(

Zrób sobie festiwal

Legenda o złym Witku
- wstęp do nowej historii Festiwalu Komiksu w Łodzi
Nisza w niszy
- opowieść o miejscu bardzo przyjaznym organizatorom
Milczenie owiec (a raczej baranów)
- historia pewnego, tajemniczego spotkania
W krainie ślepców...
- poznajemy skład pierwszego dyrektoriatu
Komiksowa agencja wycieczkowa
- ciekawe podróże dyrektoriatu na sam kraniec świata
Wystarczy być...
- co należy robić, aby trwać na cieplutkim stołku
Wystawy...
- przeróżne wystawy oraz ekspozycje z festiwalem związane
Vox populi
- głos ludu stowarzyszonego oraz obcego
Dyrekcja cyrku w budowie
- odyseja ekipy orgów po ciekawych miejscach Łodzi
Orgi oraz woły
- o tych, którzy pomagają oraz takich, co tylko udają
Inwazja autografożerców
- plaga równie żarłoczna co agresywna, niczym szarańcza
Wartość dodana
- jak z niczego stworzyć coś wartościowego?
Przypadek Klossa
- niemoralna propozycja, przyjęta przez zwierzaka bez żadnej refleksji :(
manga
- komiks, albo przebieranka... wybór należy do Ciebie :)
...dla dzieci
- czy twórczość dla dzieci rzeczywiście musi być gorsza?
Centrum Komiksu i TePe
- nowa instytucja, czy kolejna fasada?
Pasożyty kultury
- jak to możliwe, że tak wielu zdziałało, przez dekady, tak niewiele?
Podziękowania dla likwidatora
- konkurs „na projekt publikacji komiksowej” (autorzy, tylko się nie pchać!)
ciąg dalszy nastąpi...

maja 21, 2026

Czas Komiksu - reaktywacja czy reanimacja?

Przez kilka ostatnich lat namawiałem Waldka Jeziorskiego aby przynajmniej wspomnieniem, w dowolnej formie, uczcił powstanie Czasu Komiksu. Tej zacnej (dla rodzimego komiksu) inicjatywy z 1995roku, której jedynie mizerny ślad niezwykle trudno jest dostrzec w Centrum Komiksu i TePe :( Zainteresowany byłem uhonorowaniem zasłużonego wydawnictwa, ponieważ onegdaj miałem niebagatelny udział nadaniu kształtu tej antologii :) Pisałem już o tym na blogu... Tymczasem, bez żadnego echa minęło ćwierćwiecze. Wkrótce upłynęło trzydzieści lat, od objawienia na rynku ważnego magazynu komiksowego. Inni wydawcy ilustrowanych periodyków, z połowy ostatniej dekady ubiegłego wieku, chętnie fetowali kolejne jubileusze. Lecz Waldek był niewzruszony ;) Ale kropla wody potrafi drążyć skałę :) Nadeszła więc pora aby przypomnieć nowemu pokoleniu miłośników literatury obrazkowej zapomnianą antologię Czas Komiksu...

okładka pierwszego numeru Czasu Komiksu autorstwa Andrzeja Deredosa

Pierwsze spotkanie organizacyjne odbyło się w „noc muzeów”, w kawiarni wspomnianego wcześniej CKiTP (niektórym orgom było najbliżej). Na zebranie zostałem zaproszony przez Waldka. Oprócz nas dwóch w kawiarni zjawili się Piorun i Pik. Natomiast wokół, czasami krążył duch Mamuta :) Każdy z uczestników spotkania miał coś sensownego do powiedzenia. Choć usłyszałem też herezję, że druk kolorowych plansz kosztuje ostatnio podobnie, jak czarno-białych?! Niestety, w trakcie dyskusji nad formułą przyszłej antologii, moje uwagi zdawały się trafiać w próżnię, albo były ignorowane. Odniosłem wręcz wrażenie iż zaproszenie mojej osoby było jedynie wyrazem kurtuazji ze strony wydawcy. Pozostali „gracze” podejmowali się różnych zadań, ja zaś byłem ciągle bezrobotny :( Ponieważ jednak uważam, że moje propozycje są godne większej uwagi. Poza tym, są one w stanie poważnie wpłynąć na dalszy los wznawianej inicjatywy wydawniczej, postanowiłem przedstawić niektóre z nich na blogu. W miejscu, które zawsze z uwagą mnie wysłucha :)

Podczas sobotniego spotkania z niepokojem stwierdziłem, że Waldek zabiera się do reaktywacji magazynu według założeń i sposobów znanych mu z czasów powstania antologii. Jednak od lat .90 ubiegłego wieku świat nieco się zmienił. A na pewno nasz rynek komiksowy. Chyba nie ma już na nim miejsca dla skromnych publikacji obrazkowych, zapełnionych wyłącznie abstrakcyjnymi wizjami artystów, które można przejrzeć w „pięć minut” (przy kawie w MPiKu :( Dlatego zaproponowałem wydawcy zwiększenie objętości antologii, kosztem niewielkiego zmniejszenia formatu publikacji (do rozmiaru ostatnich Komiks Forum lub katalogów festiwalowych). Z przewidywanych pięćdziesięciu stron powstałoby sto (czyli dwukrotnie więcej). Wszystko, za podobne pieniądze :) O materiał ilustrowany raczej bym się nie martwił. Pomimo usilnych zabiegów obecnych orgów łódzkiego festiwalu komiksu oraz likwidacji konkursu „na krótką formę komiksową”. Myślę, że autorzy, prawdziwi miłośnicy dziewiątej sztuki mają w głowie sporo pomysłów na obrazkowe impresje. I są oni w stanie przelać sprawnie na papier nowe historie w rozsądnym czasie :) Gdybym jednak się mylił, łamy magazynu można wzbogacić publicystyką (jak to robiono niegdyś w Alfie), drobnymi formami literackimi, albo wspomnieniami młodych twórców komiksu, którzy od nas odeszli (Janicki, Madej)... Reaktywowany kilka lat temu Metal Hurlant jakoś nie waha się przed prezentacją wcześniej publikowanych nowel starych klasyków, obok historii premierowych. Oczywiście jakość prezentowanego materiału zależy od właściwego doboru treści. Ale jest to wyzwanie dla zdolnego redaktora antologii. Możliwości pozyskania atrakcyjnego kontentu dla nowego czytelnika jest wiele. Wystarczy jedynie otworzyć umysł :)

W XXIwieku Internet trafił wreszcie „pod strzechy” naszej biednej ojczyzny. Jednak nadal, nie wszystkie człowieki zdają sobie sprawę z ogromnych możliwości, jakie oferuje ta forma ludzkiej komunikacji :( Dzięki sieci każde wydawnictwo zyskuje nowe perspektywy promocji oraz spory potencjał niezależnego rozpowszechniania dowolnej treści (dystrybucji tytułu). Korzyści płynące z udziału w „globalnej wiosce” pomnaża znacznie odpowiednie przygotowanie materiału. Bowiem na wirtualnym rynku rządzi jedynie cyfrowa forma kontentu. Niestety, moja propozycja komiksu responsywnego (który dostosuje się do formatu ekranu) spotkała się z wyraźną niechęcią redaktora Pioruna :( Nawet sugestia, żeby autorzy historii obrazkowych nie rysowali na planszach „dymków”, natomiast teksty przesyłali osobno, niemal wzbudziła strach w jego oczach ;) A przecież jest to standard przygotowania publikacji komiksowych na całym świecie... W ogóle, odniosłem wrażenie, iż Tomek, podczas składu pisma stara się zbytnio nie nadwyrężyć sił własnych. Świadczył o tym proponowany przez niego miesięczny termin wykonania operacji. Ale może redaktor jest aż tak perfekcyjnie dokładny ;)

Oczywiście, żeby mógł powstać komiks responsywny należy od autora uzyskać odpowiednio przygotowany materiał. Komputerowe przekształcanie gotowych plansz jest wyczynem dość karkołomnym. Naturalnie rysownik musi wcześniej poznać zasady, według których będzie tworzył kolejne kadry. Mimo, iż nie są one zbyt skomplikowane, stanowią fundament dalszych działań.

Jakiś czas temu, dzięki poznaniu HTML (języka konstrukcji stron internetowych), wymyśliłem sposób na uczynienie cyfrowego komiksu interaktywnym, a nawet prostą animację poszczególnych kadrów. Znalazłem też rozwiązanie uciążliwej bariery językowej, która utrudnia lekturę rodzimych historii obrazkowych miłośnikom komiksu z całego świata. Moja metoda sprawia, że ilustrowana opowieść jest zrozumiała dla czytelnika posługującego się dowolnym językiem. Obojętnie, czy pochodzi on z Ameryki, Afryki, czy Azji... Jakaż to promocja dla twórcy komiksu :) Jednak opracowanie tak nowatorskiej publikacji wymaga czasu. Natomiast plansza musi być wcześniej do konwersji odpowiednio dostosowana… Gdyby tak się stało, historie opowiadane przez rodzimych twórców łatwo by ruszyły w świat. I mogły być podziwiane na smartfonach, tabletach lub telewizorach (tak, jak w przypadku witryn internetowych), bez dyskomfortu związanego z ukazywaniem wizualnej treści na diametralnie różnych platformach... Niestety, podczas reaktywacji Czasu Komiksu, prawdopodobnie żaden z moich pomysłów nie zostanie wykorzystany. A szkoda. Bo niekonwencjonalne sposoby prezentowania obrazkowej treści zapewne znacznie poszerzyłyby zakres potencjalnych odbiorców nowej antologii :(

Na sobotnim spotkaniu poznałem jeszcze dalszy los wydawnictwa o Conturze. Pierwotnie, miało się ono ukazać dwa lata temu i zostać sfinansowane ze środków własnych. Jako forma reakcji, protestu członków grupy (przecież organizatorów pierwszych konwentów komiksowych, a także nadal czynnych twórców) na pominięcie ich dokonań w Centrum Komiksu i TePe (pisałem o tym na blogu)… Okazało się, że w międzyczasie Mamut zrobił sobie cyfrową kopię publikacji. Podobno ma zostać wydawcą?! Dziwnym trafem pamięć o aktywności łódzkiego środowiska komiksowego trafiła znowu pod kuratelę zwierzaka. Tylko dlaczego mnie to nie dziwi :( Niestety, nie miałem okazji zobaczyć conturowej antologii. Podobno spoczywa bezpiecznie gdzieś w trzewiach EC1 - miasta kultury, gdzie tylko Mamut ma do niej dostęp :( Może... jak będę grzeczny... zobaczę ją na konwencie ;)

Tekst został napisany człowiekiem.